— Jestem w domu! — dobiegło z korytarza.
Klucz przekręcił się w zamku.

Dźwięk zabrzmiał jak wystrzał.
Larisa drgnęła.
Czekała trzy godziny.
Siedząc w ciemnej kuchni.
Nie wyszła go przywitać.
Nie miała siły.
W mieszkaniu unosił się zapach choroby.
Ocet.
Syrop.
Strach.
Zapach wsiąkł we wszystko.
Dima wszedł głośno.
Jak u siebie.
Zdjął buty.
Powiesił kurtkę.
Pachniał zimnem.
I czymś obcym.
Obcym domem.
— Czemu siedzisz w ciemności?
— Jest coś do jedzenia?
— Jestem głodny.
Zapalił światło.
Larisa zmrużyła oczy.
Wyglądała źle.
— Ciszej, — szepnęła.
— Misza zasnął.
Dima otworzył lodówkę.
— Znowu pachnie octem?
— Jak w szpitalu.
Zaczął jeść.
Larisa patrzyła.
W środku coś rosło.
— Dima, — powiedziała.
— Czemu pachniesz smażonymi ziemniakami?
— I wanilią?
Zamarł.
— Wydaje ci się.
— Jadłem na mieście.
— Nie przesłuchuj mnie.
— Pracuję.
— Pracujesz?
— O dziesiątej wieczorem?
— Byłeś u Mariny.
— Tak, byłem!
— Miała problem!
— Jestem ojcem!
Larisa spojrzała.
Był spokojny.
Najedzony.
A ona…
Była sama.
— Jaki problem?
— Kran się zepsuł!
— Woda leciała!
— Pomogłem!
— Trzy godziny?
— Tak!
— Piliśmy herbatę.
— Ona jest sama.
Larisa pamiętała.
Dziecko.
Drżało.
Paliło się.
Nie oddychało.
Dzwoniła.
I znowu.
I znowu.
On odrzucał.
— Misza miał czterdzieści stopni, — powiedziała.
— Drgawki.
— Myślałam, że umrze.
Dima skrzywił się.
— Przesadzasz.
— To wirus.
— Dałaś lek.
— I tyle.
Coś w niej pękło.
— Dzwoniłam trzy godziny!
— A ty byłeś tam!
— Mieszkasz tam!
— Idź do niej!
— Ciszej, — syknął.
— Obudzisz dziecko!
— Awaria była!
— Awaria była tutaj!
— Twoje dziecko umierało!
— A ty jadłeś!
— Nie odrzucałem!
— Byłem zajęty!
— Jesteś egoistką!
— Tam też mam dzieci!
— To idź do nich!
Rzuciła ręcznik.
— Nie podchodź do mnie!
Dima usiadł.
— Skończyłaś?
— Nie będę słuchał bzdur.
— Bzdur?
— Twój syn miał drgawki.
— A ty byłeś gdzie indziej.
— Marina nie umie nic sama.
— Pomogłem jej.
— Oszczędziłem pieniądze.
— Dla której rodziny?
— Tutaj był koszmar.
— Nie wiedziałem!
— Nie jestem jasnowidzem!
— Tam był problem!
— Tu było dziecko!
— Dzwoniłam czterdzieści razy.
— Nie oddzwoniłeś.
— Pracowałem!
— Myślałem, że narzekasz.
— Mogłeś odebrać.
— Nie odebrałem!
— Dziecko żyje.
— Więc wszystko dobrze.
— Ty jesteś silna.
— Ona nie.
— Czyli to moja wina?
— Ty sobie radzisz.
— Ona potrzebuje pomocy.
— Nie obchodzi mnie jej kran, — powiedziała.
— Dziś prawie straciłam dziecko.
— A ty wybrałeś kran.
— Dość! — krzyknął.
— Idę spać.
— Jutro znowu tam pojadę.
— Dokończyć pracę.
Larisa zrozumiała.
To koniec.
Nie kłótnia.
Koniec.
— Poczekaj, — powiedziała.
— Spójrz pod nogi.
Listwa przypodłogowa.
Zepsuta.
Miesiącami.
— I co?
— To nie o plastik chodzi.
— To o twoje podejście.
— Tutaj nic nie robisz.
— Tam biegniesz od razu.
— Tam jesteś bohaterem.
— Tutaj obowiązkiem.
Dima się zdenerwował.
— Tam mnie doceniają!
— Tutaj tylko pretensje!
Larisa zrozumiała.
On nie chciał rodziny.
Chciał roli.
— Czyli dla „dziękuję”?
— Zdradziłeś syna?
— Dość!
— Nie jestem zły!
— Tam są moje dzieci!
— A tutaj?
— Idź!
— Żyj jak chcesz!
Spakował się.
Wyszedł.
Drzwi się zamknęły.
Cisza.
Larisa została sama.
Dziecko oddychało ciężko.
A ona…
cicho zapłakała.







