„Od tego miesiąca mamy oddzielny budżet!” — oświadczył mąż. Ale kiedy teściowie przyjechali na obiad, zastali głodnego syna i pustą kuchnię.

Blaszana puszka z groszkiem podskoczyła na blacie, gdy Stas rzucił na stół swój skórzany terminarz.

Tonia drgnęła, upuszczając nóż, którym przed chwilą kroiła marchewkę.

Pomarańczowe wiórki przykleiły się do jej wilgotnych palców.

Na kuchence cicho bulgotał wywar na kości — Stas uwielbiał sycące zupy po zmianie w salonie samochodowym.

— Usiądź, Antonino. Musimy porozmawiać — ton męża był nienaturalnie twardy i oschły.

Tonia wytarła ręce w waflowy ręcznik, czując, jak w środku wszystko nieprzyjemnie się ścisnęło.

Usiadła na taborecie, starając się nie trącić nogą starej psiej miski pod stołem.

Stas otworzył terminarz, w którym cała strona zapisana była równymi kolumnami cyfr podkreślonych czerwonym markerem.

— „Od tego miesiąca mamy oddzielny budżet!” — ogłosił mąż, wskazując palcem na stronę.

— Przeanalizowałem nasze wydatki z ostatniego półrocza i to jest katastrofa.

Żyjemy ponad stan, a właściwie ty żyjesz ponad mój stan.

W kuchni zapadła nienaturalna cisza, którą przerywało jedynie uporczywe brzęczenie starej lodówki w kącie.

— Co masz na myśli? — Tonia zmrużyła oczy, próbując dostrzec liczby w jego zeszycie.

— Przecież dopiero wczoraj rozmawialiśmy, że musimy odłożyć na remont w przedpokoju…

— Właśnie o to chodzi! — przerwał Stas.

— Ja odkładam, a ty wydajesz wszystko na głupoty.

Zarabiam półtora raza więcej, ale moich pieniędzy nie widać.

Kupujesz jakieś drogie płyny do płukania, karmę dla psa klasy premium, trzy rodzaje sera.

Ja chcę uzbierać na porządną działkę, a nie sponsorować twoje wyprawy do supermarketu.

Teraz wszystko będzie uczciwie: opłaty za mieszkanie dokładnie po połowie.

Jedzenie — każdy kupuje sobie sam.

Chcesz swój ser z pleśnią — kupuj go za własne pieniądze.

Tonia siedziała w milczeniu, a powietrze w kuchni wydało jej się nagle duszne.

Byli małżeństwem od sześciu lat i przez ten czas zawsze wpłacała swoją pensję przedszkolanki na wspólne konto.

Przez sześć lat po pracy biegała po rynkach w poszukiwaniu tańszego mięsa i dźwigała ciężkie siatki.

Przez sześć lat szorowała tłuste patelnie i prasowała jego koszule, żeby wyglądał profesjonalnie przed klientami.

A teraz okazuje się, że jest rozrzutna, bo kupuje proszek do prania.

— Dobrze — głos Toni brzmiał zaskakująco spokojnie.

— Skoro oddzielny, to oddzielny, zaczynamy od jutra.

Stas skinął z zadowoleniem głową i przysunął do siebie głęboki talerz, czekając na zupę.

Tonia wstała, milcząc wyłączyła palnik, przykryła garnek pokrywką i schowała go do lodówki.

— Hej! A obiad? — oburzył się.

— Jutro zaczyna się za cztery godziny, a mój dzień pracy właśnie się skończył.

Jeśli jesteś głodny, wywar jest na górnej półce, podgrzej go sobie sam.

Następnego dnia Tonia kupiła rolkę niebieskiej taśmy malarskiej.

Po powrocie do domu otworzyła lodówkę i nakleiła równą niebieską linię dokładnie przez środek każdej półki.

Lewą stronę zastawiła swoim kefirem, pojemnikami z kaszą i kotletami z kurczaka.

Prawą stronę zostawiła nieskazitelnie pustą.

W łazience schowała swoje szampony i miękki papier toaletowy do szafki pod umywalką, na której powiesiła małą kłódkę.

Kiedy Stas wrócił do domu, był wściekły.

— Tonia! Dlaczego w toalecie nie ma papieru i gdzie jest normalny szampon? Musiałem myć głowę zwykłym mydłem!

Tonia, czytając książkę na kanapie, nawet nie podniosła wzroku.

— Twoja półka w łazience jest pusta, Stas.

Kupiłam chemię domową dla siebie za własne pieniądze, bo moje żele pod prysznic nie pasują do twojej rubryki wydatków.

Kolejny tydzień zamienił się w cichą walkę pozycyjną.

Stas próbował udowodnić, że jego plan jest genialny, kupując tanie makarony i parówki w promocji.

Jednak szybko zaczęły się problemy, bo okazało się, że parówki trzeba ugotować, a patelnia sama się nie umyje.

W sobotę rano Stas rzucił stertę brudnych ubrań przed pralką.

— Tonia, wrzuć ciemne rzeczy na szybkie pranie, skończyły mi się czyste skarpetki.

Ona w tym czasie starannie rozwieszała swoje bluzki pachnące świeżym płynem do płukania.

— Proszek do prania kosztuje sporo, do tego dochodzi amortyzacja pralki i prąd.

Sto rubli za cykl prania — przelej mi na kartę, to nacisnę przycisk.

— Całkiem oszalałaś z tymi swoimi zasadami?! — krzyknął Stas. — Mieszkamy w jednym mieszkaniu!

— To czysta ekonomia, mężu, dzięki tobie moja wiedza finansowa błyskawicznie rośnie.

Stas przeklął pod nosem, złapał kurtkę i wyjechał, wracając późno z torbami fast foodu.

Tonia zauważyła, że zaczął wyglądać gorzej: pod oczami pojawiły się cienie, a jego koszule były pogniecione.

Tymczasem Tonia rozkwitła — przestała kupować kilogramy mięsa i nagle odkryła, że zostaje jej sporo pieniędzy na karcie.

Poszła na manicure, kupiła nowy szal i przestała się martwić, co ugotować na kolację dorosłemu facetowi.

Uderzenie nadeszło pod koniec miesiąca, w czwartkowy wieczór.

U Stasa zadzwonił telefon — to był jego ojciec, Boris Jefimowicz, ustawiony na tryb głośnomówiący.

— Stas, cześć! Słuchaj, będziemy jutro z matką w mieście, wpadniemy do was około trzeciej na obiad.

Niech Tonia przygotuje to swoje popisowe mięso i jakieś sałatki, będziemy głodni jak wilki.

Stas pobladł i zerknął na żonę, ale ona spokojnie przewróciła kartkę w książce.

— Tato, słuchaj… może pójdziemy do kawiarni? Ja stawiam.

— Jakiej kawiarni? Chcę domowego jedzenia! Koniec dyskusji, będziemy jutro o trzeciej.

Stas powoli odłożył telefon, a w kuchni zapadła ciężka cisza.

— Tonia… — odchrząknął — słyszałaś, dasz radę wziąć jutro wolne i przygotować stół? Przeleję ci na zakupy.

Ona zamknęła książkę i spojrzała mu prosto w oczy.

— Nie, Stas. Pracuję i nie mam zamiaru poświęcać wolnego czasu na obsługę twoich gości.

Twoi rodzice to twoja odpowiedzialność, w moim budżecie nie ma funduszy na wydatki reprezentacyjne.

W piątek o 14:45 zadzwonił dzwonek do drzwi.

Tonia właśnie wróciła z pracy i piła zieloną herbatę, podczas gdy Stas miotał się po kuchni.

Na stole leżały dwie pizze z taniej dostawy i plastikowe pojemniki z kupną sałatką.

Tonia otworzyła drzwi — w progu stali teściowie z torbą pełną domowych przetworów.

— Ale ziąb! — zawołał teść. — Tonia, cześć! Czym to u was… nie pachnie? Gdzie obiad?

Weszli do kuchni, a Boris Jefimowicz osłupiał na widok pudełek z pizzą.

— Co to za studencka impreza? Stas, matka prosiła o normalny obiad, a ty nas chcesz karmić suchym prowiantem?

Stas nerwowo przełykał ślinę, tłumacząc, że Tonia była w pracy i nie zdążyła.

Teściowa podeszła do lodówki, by schować słoiki, i nagle znieruchomiała.

Niebieska taśma malarska wyglądała jak policyjne odgrodzenie miejsca zbrodni.

Po lewej stronie stały porządne posiłki Toni, a po prawej samotny napój i wyschnięty kawałek sera.

— Staszek… — teściowa powoli odwróciła się do syna. — Co to za niebieskie pasy? Bawicie się w mieszkanie komunalne?

Stas spuścił głowę, a ojciec usiadł ciężko na krześle, patrząc na syna z niedowierzaniem.

— Oddzielny budżet? — głos ojca był cichy, ale przerażający. — A podłogę też myjesz według niebieskiej linii?

— Tato, to jest teraz nowoczesne…

— Milcz! — teść uderzył pięścią w stół. — Nowoczesne mu się zachciało! Ty, synu, żyłeś na gotowym!

Kto ci prasował koszule do awansu? Kto mi szukał leków po całym mieście w zeszłym roku? Tonia!

Teściowa bez słowa zabrała swoje słoiki i skierowała się do wyjścia.

— Borys, idziemy. Przez tę „nowoczesność” straciłam apetyt.

Stas pobiegł za nimi, obiecując zamówienie jedzenia z restauracji, ale ojciec uciął to krótko.

— Zamów sobie sam, optymalizatorze. Do widzenia, Tonia. Przepraszamy za kłopot.

Drzwi się zamknęły, a Stas wrócił do kuchni, gdzie Tonia spokojnie piła herbatę.

Usiadł naprzeciwko niej, chwytając się za głowę. Cała jego pewność siebie zniknęła.

— Moja karta jest pusta — wyznał cicho. — Fast foody i pranie mnie zrujnowały.

Myślałem, że cię utrzymuję, a okazało się, że bez ciebie nie potrafię zadbać nawet o siebie.

Spojrzał na nią zaczerwienionymi oczami.

— Dzisiaj rano próbowałem domyć patelnię i zrozumiałem… Ty robiłaś to wszystko codziennie. Milcząc.

A ja wyliczałem ci cenę szamponu. Jakim byłem głupcem.

Tonia patrzyła na niego, wiedząc, że lekcja została przyswojona.

— Ta taśma w lodówce, Stas, nie podzieliła jedzenia. Ona podzieliła nas.

Chciałeś wiedzieć, ile warta jest moja praca. Już wiesz.

Pytanie tylko, czy zdołamy zerwać tę taśmę tak, żeby nie został po niej lepki ślad?

Stas niepewnie przykrył jej dłoń swoją.

— Wszystko domyję. Tylko powiedz, że nie jesteśmy już tylko współlokatorami. Proszę.

Napięcie w kuchni wreszcie opadło. Tonia nie odpowiedziała od razu, ale nie zabrała ręki.

***

„Brak wam wychowania” — napisała nauczycielka czerwonym długopisem w dzienniczku.

Przy wszystkich dzieciach mówiła: „Są dzieci z dobrych rodzin, a są… sami widzicie”.

Chłopiec zaczął bać się szkoły, a matka zapisywała każde takie zdanie.

Na wywiadówce drzwi się otworzyły i wszedł mężczyzna w mundurze z gwiazdkami na pagonach. Nauczycielka pobladła.