W kancelarii notarialnej huczał klimatyzator, ale Ninie i tak brakowało powietrza.
Patrzyła na męża i nie poznawała go.

Oleg siedział rozluźniony, przeglądał telefon, jakby nie przyszli dzielić dwunastu lat życia, lecz opłacać czynsz.
— Podpisuj, Nin, nie przeciągaj, — ziewnął, nie zasłaniając ust.
— Mój obiad zaczyna się za dwadzieścia minut, Kristina zarezerwowała stolik.
Na stole leżały papiery: „Umowa o podziale majątku”.
Ładna nazwa dla grabieży.
Mieszkanie w nowym bloku, gdzie Nina sama kładła tapety, zostawało u Olega.
„Kupione na kredyt, ja płacę, więc mieszkanie jest moje”, — oświadczył.
Samochód — też dla niego, bardziej potrzebny mu do pracy.
Działka z łaźnią — tam samo.
A Ninie dostawał się „Domek na wsi”.
Tak Oleg nazywał ruinę czterdzieści kilometrów od miasta, którą odziedziczył po dziadku.
Dom, który prościej było spalić, niż odnowić.
— I ostatnie, — notariusz poprawiła okulary. — Punkt o opiece.
Oleg w końcu odłożył telefon, a w jego oczach mignęło coś na kształt obrzydzenia.
— Tak. To główny warunek. Zabierasz Annę Pietrowną.
Anna Pietrowna. Jego babcia. Osiemdziesiąt osiem lat.
Człowiek, który sprzedał swoje dwa pokoje, aby ukochany wnuczek otworzył pierwszy biznes.
Teraz prawie nie chodziła, źle widziała i przeszkadzała „młodej rodzinie” swoim szuraniem i zapachem leków.
— Oleg, ty poważnie? — głos Niny zadrżał.
— Tam nie ma żadnych warunków. Toaleta na zewnątrz, woda w studni. Jak ja tam z nią będę? Zimą?
— A mnie to nie obchodzi, — rzucił ostro, a maska znudzonego biznesmena opadła.
— Kristina jest w ciąży. Potrzebuje spokoju, a nietylko skarg babki za ścianą.
— Albo zabierasz staruszkę i walisz do tego domu, albo oddaję ją do państwowego pensjonatu. Jutro.
— Wiesz, że tacy jak ona długo tam nie wytrzymują.
Wiedział, gdzie uderzyć. Nina kochała babcię Niurę.
To właśnie babcia uczyła ją piec ciasta, gdy matka Olega krzywiła się na „synową z prowincji”.
To ona po cichu wsuwała jej pieniądze, gdy Oleg obcinał budżet „w celach wychowawczych”.
— Zabieraj babkę i spadaj, — wysyczał Oleg cicho, by nie usłyszała notariusz.
— I podziękuj, że nie zostawiłem cię na ulicy.
Nina milcząc wzięła pióro. Podpis wyszedł koślawy.
Przeprowadzka przypominała ewakuację.
Oleg nie wynajął nawet tragarzy — przysłał kierowcę, który wyładował kartony na ziemię i odjechał bez słowa.
Dom przywitał je chłodem.
Z pieca dymiło, a ze szczelin w oknach świszczało tak, że płomień świecy tańczył.
Nina posadziła Annę Pietrowną na krześle, owijając ją trzema kocami.
Staruszka siedziała spokojnie, przyciskając do piersi stary, popękany skórzany ridiculu.
Nigdy się z nim nie rozstawała. Oleg zawsze się śmiał: „Co ona tam ma? Suchary z wojny?”.
— Ninoczko, — szepnęła babcia. — Gdzie jesteśmy?
— W domu, Anno Pietrowno. Teraz to nasz dom.
— A Oleżek?
— A Oleżek… zajęty. Pracuje.
Nina odwróciła się, by nie zapłakać. W kieszeni miała tysiąc rubli.
Do pensji nauczycielki — dwa tygodnie. Trzeba było kupić drewno, leki, jedzenie.
Pierwsza noc była straszna. Dom jęczał od wiatru.
Nina leżała w ubraniu, obejmując babcię, by ogrzać ją własnym ciałem.
Po tygodniu uderzyły pierwsze mrozy. Stary kocioł nie wytrzymał i pękł. Woda zalała podłogę.
Nina wybierała wodę wiadrami, dłonie jej spuchły.
Usiadła na mokrej podłodze i zapłakała w dłoń. Siły się skończyły.
— Ninka! — głos babci zabrzmiał niespodziewanie mocno.
Anna Pietrowna patrzyła na nią z łóżka. Wzrok był jasny.
— Przestań rozpaczać. Podejdź tutaj.
Nina podeszła, wycierając twarz rękawem.
— Myślisz, że nie rozumiem? — babcia uśmiechnęła się gorzko.
— Wyrzucił nas. Jak parszywe psy.
— Anno Pietrowno, ja…
— Milcz. Wszystko widziałam. I jak na ciebie wrzeszczał, i jak patrzył na tę swoją Kristinę. Cały ojciec.
Zaczęła majstrować przy zamku w ridiculu. Palce jej nie słuchały.
— Pomóż, — rozkazała.
Nina otworzyła zapięcie. Zapachniało lawendą i starym papierem.
— Wyjmij zawiniątko. To w niebieskiej chuście.
Nina wyciągnęła ciężki węzeł. Rozwiązała go. Wewnątrz, w naoliwionym papierze, leżało coś metalowego.
Gdy ostatnia warstwa papieru opadła, Nina przestała oddychać.
To nie były radzieckie ruble. Ani biżuteria.
Na szarym kocu matowo i ciężko lśniły złote carskie monety.
A obok leżała brosza z kamieniami, które rozbłysły w świetle żarówki.
— Co to jest? — szepnęła Nina.
— To, dziecko, moje ubezpieczenie, — Anna Pietrowna pogłaskała złoto suchym palcem.
— Mój ojciec był jubilerem przed rewolucją. Zdążył to ukryć.
— Podczas wojny głodowałam, jadłam trawę, ale nie sprzedałam.
— W trudnych latach dziewięćdziesiątych zbierałam zmarznięte ziemniaki, ale nie dotknęłam.
Spojrzała na Ninę.
— Trzymałam to dla Olega. Ale on okazał się małym człowiekiem.
— Sprzedałby to za bezcen albo zmarnował na błyskotki dla swojej kochanki.
Babcia wzięła jedną monetę i włożyła ją w dłoń Niny.
— Jutro pojedziesz do miasta. Na Sadowej jest uczciwy lombard, właściciel to stary Żyd, nie oszuka.
— Sprzedaj jedną. Na razie tylko jedną. Kupimy kocioł, drewno i porządne mięso.
Życie nie naprawiło się od razu, ale mając środki, problemy dało się rozwiązać.
Nina sprzedała trzy monety. To wystarczyło na remont dachu, gaz i nowe okna.
Prywatny lekarz, którego sprowadziła Nina, dokonał cudu z babcią.
Dzięki nowej diecie i leczeniu Anna Pietrowna zaczęła wychodzić na ganek o własnych siłach.
Do wiosny dom zmienił się w przytulną posiadłość.
Nina rzuciła pracę w szkole i otworzyła własne kursy online, o czym Oleg zawsze jej zabraniał marzyć.
Żyły cicho, pijąc herbatę na werandzie i słuchając opowieści z przeszłości.
Oleg pojawił się w maju. Postarzał się, miał worki pod oczami.
Przyszedł pieszo ze stacji, bo nie miał już samochodu.
Nina wyszła na ganek, wyglądając spokojnie i pięknie.
— Cześć, — powiedział Oleg patrząc na odnowiony dom. — Nieźle żyjecie. Znalazłaś sponsora?
— Znalazłam siebie, — odpowiedziała Nina. — Czego chcesz?
— Przyszedłem odwiedzić babcię. Mam prawo, jestem wnukiem.
— Zrzekłeś się jej. Chcesz zobaczyć dokumenty?
Oleg skrzywił się z bólu.
— Nie zaczynaj. Mam problemy. Biznes padł. Kristina… odeszła.
— Słyszałam plotki… że chodzisz do jubilera ze złotymi monetami.
— To złoto babci! Okradłyście mnie! To mój spadek!
— Wyrzuciłeś nas na śmierć, Oleg, — powiedziała cicho Nina.
— Byłem w stresie! Otwieraj! Wezwę policję! Udowodnię, że babcia nie jest poczytalna!
Drzwi domu otworzyły się i wyszła Anna Pietrowna, elegancko ubrana.
— Babciu! — Oleg zmienił ton na błagalny. — Powiedz jej! Ja jestem twój Oleżek!
Anna Pietrowna spojrzała na niego, jakby widziała pleśń w kącie ściany.
— Wnuczek… — powiedziała powoli. — A ja myślałam, że jestem dla ciebie „balastem”. Tak powiedziałeś u notariusza?
— Babciu, byłem głupi! Zabiorę cię! Będziesz żyła jak królowa!
— Nie potrzebuję twojego pokoju, — ucięła. — Mam dom i mam córkę.
Położyła dłoń na ramieniu Niny.
— Nina to moja rodzina. A ty jesteś obcym człowiekiem, Oleg. Idź stąd.
— Pozwę was! — wrzeszczał Oleg.
— Rób co chcesz, — odpowiedziała Nina. — Mamy zaświadczenia lekarskie, że babcia jest w pełni władz umysłowych.
— Słyszałam jednak, że masz długi i szukają cię wierzyciele. Nie radziłabym przyciągać uwagi władz.
Zamarł. Zrozumiał, że przegrał wszystko.
Odwrócił się i powlókł w stronę stacji, zgarbiony jak zbity pies.
Nina patrzyła za nim, aż zniknął. Nie czuła żalu ani gniewu. Tylko pustkę.
— Poszedł? — zapytała Anna Pietrowna.
— Poszedł, babciu.
— Chwała Bogu. Chodźmy na herbatę, Nina. W ridiculu zostało jeszcze na sanatorium jesienią. Pojedziemy?
— Pojedziemy, — uśmiechnęła się Nina, obejmując ją. — Na pewno pojedziemy.
Wiatr szumiał w jabłoniach, ale teraz ten dźwięm był kojący. W domu było ciepło.







