Nie spałam od trzech dób.
Oczy piekły mnie tak, jakby ktoś nasypał do nich piasku.

Ciało przypominało napiętą strunę, która zaraz pęknie.
Śmierć ojca wyssała ze μέնιε wszystkie siły.
Została tylko zła, wibrująca pustka i pragnienie dotarcia do łóżka.
Wycieraczki skrzypiały na szybie, rozmazując brudną maź.
Listopadowa trasa — to żadna przyjemność.
Kiedy zapaliła się kontrolka paliwa, skręciłam na pierwszą lepszą stację.
Jedynym marzeniem było zatankować do pełna, wziąć czarną kawę i przejechać ostatnie dwieście kilometrów.
Podjeżdżając do dystrybutora, zobaczyłam, jak w poprzek oznaczeń staje ogromny, lśniący chromem G-Wagon.
Zablokował wyjazd z dwóch dystrybutorów naraz.
Kierowca się nie spieszył.
Drzwi otworzyły się i na asfalt wysypała się grupa ludzi. Czworo.
Młodzi, głośni, w rozpiętych kurtkach mimo przenikliwego wiatru.
Zgasiłam silnik. Wyszłam.
Zimno natychmiast wślizgnęło się pod sweter.
„Młodzi ludzie”, mój głos brzmiał głucho.
„Przestawcie samochód. Zablokowaliście wyjazd”.
Odwrócili się. Ten, który siedział za kierownicą — wysoki, z modną fryzurą i wściekłymi oczami — uśmiechnął się.
„My się nie spieszymy, matka. Poczekasz”.
W rękach trzymał puszkę energetyka, αλλά po zapachu wiedziałam: alkohol był tam głównym składnikiem.
Byli pijani. Bardzo.
„Ja się spieszę”, powiedziałam, wkładając pistolet do baku.
„Macie dwie opcje: odjechać teraz albo później tłumaczyć policji drogowej, dlaczego prowadzicie w tym stanie”.
Chłopak zamarł. Jego koledzy zarechotali.
„Tioma, wyobraź sobie, ona cię straszy!”
Artem uznał, że jego autorytet jest zagrożony.
Rzucił pustą puszkę pod moje nogi.
„Słuchaj, ty straszydło. Wiesz, czyim synem jestem?”
Ruszył na mnie chwiejnym krokiem „pana życia”.
Westchnęłam. Boże, co за niefortunny moment.
„Artem, wsiadaj do samochodu”, poprosiłam zmęczonym głosem.
„Zaraz ja cię wsadzę!”
Zamachnął się. Niezdarnie, chcąc uderzyć mnie w twarz dłonią, by mnie upokorzyć.
Ciało zadziałało szybciej niż mózg zdążył się przestraszyć.
Dwunastu lat w systemie się nie zapomina.
Zrobiłam krok w lewo, pozwalając jego ręce przelecieć obok, i twardym, krótkim ruchem powaliłam go na ziemię.
Upadł jak worek.
Dźwięk drogiej kurtki uderzającej o mokry asfalt był wyraźny.
Artem łapał powietrze z wybałuszonymi oczami.
Jego trzej koledzy zamarli.
„Stara” w starych dżinsach nie powinna się tak poruszać.
„Suka!” wycharczał Artem, próbując wstać.
„Masz przerąbane! Zadzwonię do ojca! Pożałujesz tego!”
Wyciągnął telefon drżącymi palcami.
„Tato! Jakaś szmata… Tak, na trasie! Napadła mnie!”
Spokojnie odwiesiłam pistolet. Tankowanie zakończone. Teraz zacznie się cyrk.
Patrol przyjechał szybko. Zbyt szybko.
Najwyraźniej tata Artema był bardzo wpływowy. Zabrali nas wszystkich.
Sierżant odholował mój samochód na parking policyjny, choć nie miał do tego prawa.
Na komisariacie posadzili mnie za szklaną przegrodą, jak groźnego przestępcę.
Artem i jego świta siedzieli na ławce, pili kawę i śmiali się, rzucając mi zwycięskie spojrzenia.
Dyżurny, major z czerwoną twarzą, nawet mnie nie przesłuchał.
„Czekamy na szefa”, mruknął.
Po pół godzinie drzwi otworzyły się z hukiem.
Wszedł mężczyzna. Eduard Gradow. Właściciel holdingu, poseł i lokalny pan.
„Gdzie jest ta bestia?” jego głos wypełnił pomieszczenie.
Artem zerwał się, udając ofiarę.
„Tato, to ona! Patrz, to jakaś karateczka, pewnie pod wpływem narkotyków!”
Gradow podszedł do szyby. Spojrzał na mnie z pogardą, jak na błoto na bucie.
„Otwieraj”, rzucił do majora.
„Słuchaj”, Gradow wszedł do środka.
„Teraz podpiszesz przyznanie się do winy. Napaść, chuligaństwo, próba napadu”.
„Napadu?” uśmiechnęłam się.
„Będzie tak, jak ja powiem”, pochylił się nade mną.
„Pójdziesz siedzieć. Mój syn to szanowany człowiek, a ty kim jesteś? Żebrakiem z trasy?”
„Jestem Olga Nikołajewna Wierszynina”, powiedziałam cicho.
„Gówno mnie to obchodzi! Majorze, wypisuj dokumenty”.
Sięgnęłam do wewnętrznej kieszeni kurtki. Gradow napiął się, myśląc, że mam broń.
Wyjęłam małą książeczkę z bordową okładką.
„Tymczasowo nie pracuję”, powiedziałam, kładąc legitymację na stole.
„Pułκownik sprawiedliwości w stanie spoczynku. Były starszy śledczy do spraw szczególnej wagi Prokuratury Generalnej”.
Major zamarł. Jego ręka zawisła nad papierem.
Wziął legitymację. Otworzył ją. Spojrzał na zdjęcie, potem na mnie.
„Eduardzie Wiktorowiczu…” szepnął, blednąc. „Proszę spojrzeć…”
Gradow wyrwał dokument.
Czytał długo. Widziałem, jak krew odpływa mu z twarzy.
Tacy ludzie boją się tylko tych, którzy mogą obrócić prawo przeciwko nim.
Nazwisko Wierszynina było znane każdemu, kto kradł pieniądze budżetowe.
Mój ojciec był sędzią, a ja wsadzałam takich jak Gradow setkami.
W pokoju zapadła cisza.
„Olgo Nikołajewno…” głos Gradowa się zmienił. Stał się drżący.
„To… pani? Córka Nikołaja Pietrowicza?”
„Ja”, skinęłam głową. „Wracam z pogrzebu ojca. A pański syn uznał, że świetną zabawą będzie dręczenie kobiety”.
Gradow spojrzał na syna. Artem przestał się uśmiechać.
„Zamknij się!” ryknął Gradow do syna.
Zwrócił się do mnie. Cała jego pewność siebie zniknęła.
„Olgo Nikołajewno, proszę przyjąć moje kondolencje. Nie wiedzieliśmy”.
„Chłopaki… no, młodzi, głupi. Przesadzili z alkoholem”.
„Przesadzili?” zapytałam. „Pili prowadząc. Napadli mnie. Chciał pan sfałszować sprawę”.
Gradow wytarł czoło chusteczką.
„Olgo Nikołajewno, proszę nie niszczyć chłopaka. Ukarzę go. Zamknę w domu”.
Szarpnął syna za rękaw.
„Przepraszaj! Szybko!”
Gradow uderzył syna w twarz. Artem zamilκł, trzymając się za policzek.
„Przeproś, idioto! Wiesz, na kogo podniosłeś rękę?!”
Artem patrzył na ojca z przerażeniem. Nigdy nie widział go tak wystraszonego.
„Przepraszam…” wymamrotał, patrząc w podłogę.
Czυłam tylko obrzydzenie. Żadnej satysfakcji. Tylko brud.
„Mój samochód. Natychmiast”.
„Oczywiście! Mój kierowca go przyprowadzi!” obiecał Gradow.
Wyszłam w noc.
Po pięciu minutach przyprowadzili auto.
Jechałam pustą drogą, myśląc o życiu.
Mój ojciec zostawił mi stare mieszkanie, książki i sumienie.
Ten oligarchα zostawi synowi miliony i przekonanie, że wolno wszystko.
Wiedziałam dokładnie, czyj spadek jest cenniejszy.







