Irina zamarła przy stanowisku odprawy na lotnisku Szeremietiewo.
Dziewczyna w niebieskiej pilotce patrzyła na nią z uprzejmą obojętnością.
Za plecami już buczał tłum turystów z walizkami, pachniało drogimi perfumami z duty-free i fast foodem.
Ośmioletnia Masza ciężko, ze świstem wypuściła powietrze i mocniej ścisnęła dłoń Iriny.
W drugiej ręce dziewczynka trzymała plastikowy inhalator.
— Jak to anulowana? — Irina uderzyła paszportami o ladę.
Plastikowa okładka żałośnie chrupnęła pod jej palcami.
— Rezerwowaliśmy pół roku temu, oto wydruk.
— Nic nie wiem.
Pół godziny temu przez konto osobiste wpłynęła prośba o zwrot.
Pieniądze już poszły na kartę płatnika.
Następny, proszę!
Irina odciągnęła walizkę na bok.
Serce waliło jej gdzieś w gardle, utrudniając oddychanie.
Wyjęła telefon i zadzwoniła do męża.
Denis odebrał dopiero po piątym sygnale.
W tle coś skwierczało na patelni.
— Denis, nie chcesz mi niczego wyjaśnić? — głos Iriny drżał, ale trzymała się w garści.
— Jesteśmy na lotnisku, naszych biletów nie ma.
— A, już dojechałyście?
Szybko wam poszło — ziewnął Denis.
— Słuchaj, Ira, jest taka sprawa… Krótko mówiąc, oddałem bilety, pieniądze wróciły mi na kartę.
— Co znaczy oddałeś? — Irinie pociemniało przed oczami.
— Denis, Masza miała trzy ataki w ciągu tygodnia!
Pulmonolog dał wypis: tylko morze przez miesiąc, inaczej nie zejdziemy z inhalatorów hormonalnych!
Czy ty jesteś przy zdrowych zmysłach?
— Oj, daj spokój, nie rozdmuchuj tego — w głosie męża pojawiła się irytacja.
— Wielkie rzeczy, astma.
Dawniej na wsiach leczyli pokrzywą i nic, byli zdrowsi.
A Kristinka ma depresję po rozwodzie, rozumiesz?
Nie może spać, ciągle płacze.
Musi dojść do siebie.
Przelałem jej te pieniądze, teraz wynajmie sobie mieszkanie w Moskwie na doby i się wyśpi.
Jesteśmy rodziną, Iro, i musimy sobie pomagać.
Pocierpicie trochę, Maszka pooddycha w parku przy stawie, jeden rok to nie katastrofa.
Irina milczała, patrzyła na Maszę, która próbowała łapać powietrze ustami, i czuła, jak w środku wszystko wypala się do popiołu.
Litość, przywiązanie, dziesięć lat wspólnego życia — wszystko zmieniło się w suchy, martwy śmieć.
— Oddałeś bilety naszego dziecka dla swojej trzydziestoletniej siostry? — zapytała cicho.
— No i zaczęło się!
Egoistka z ciebie, Irka.
Tobie tylko leżeć na plaży.
Kristinie naprawdę jest źle, a wy… Krótko mówiąc, wracajcie do domu.
Wieczorem porozmawiamy.
Denis się rozłączył.
Irina powoli opuściła telefon.
Histerii nie będzie.
Po prostu nie ma na to czasu.
Przykucnęła przed córką i poprawiła jej zsunięty kołnierz bluzy.
— Maszeńko, zaraz polecimy.
Poczekaj jeszcze troszeczkę, dobrze?
Otworzyła aplikację bankową.
Własnych oszczędności na nowe bilety kupowane tego samego dnia nie wystarczało.
Denis sprawnie kontrolował rodzinny budżet, zostawiając jej tylko na jedzenie.
Ale miała rodziców.
Po pięciu minutach matka przelała potrzebną kwotę.
Kupiła dwa bilety na najbliższy lot do Soczi, w jedną stronę, za trzykrotną cenę.
Ale kiedy samolot oderwał się od pasa startowego, Irina pierwszy raz tego dnia odetchnęła.
Dziesiątego dnia pobytu nad morzem Masza przestała kaszleć nocami.
Irina siedziała na plaży pod wyblakłym parasolem, skóra swędziała ją od taniego kremu przeciwsłonecznego i soli, a w słuchawce cicho brzmiał suchy głos Aleksandra, jej starego znajomego, który pracował jako prawnik.
— Ira, prawnie sytuacja jest kiepska, ale można się czegoś uczepić — mówił Aleksandr, szeleszcząc jakimiś papierami po drugiej stronie.
— Karty, z których kupowano bilety, są na ciebie?
— Tak!
Konto osobiste linii lotniczej też jest powiązane z moim mailem i moim numerem.
— Świetnie!
Jak wszedł?
— Hasła były zapisane na domowym komputerze, po prostu otworzył przeglądarkę.
— To jest paragraf, oszustwo komputerowe.
Albo kradzież z konta, co jeszcze gorzej.
Bez twojej wiedzy rozporządził twoim majątkiem i przelał pieniądze na kartę siostry.
Jeśli złożymy zawiadomienie na policję, Denis będzie miał bardzo nieprzyjemnie.
To nie jest drobna złośliwość, tylko sprawa karna.
Jego mamusia zje cię żywcem.
Jesteś gotowa iść do końca?
Irina spojrzała na Maszę.
Dziewczynka budowała zamek z piasku, jej policzki zaróżowiły się, a oddech był równy i czysty, bez żadnego nebulizatora.
— Jestem gotowa, Sasza — spokojnie odpowiedziała Irina.
— Przygotuj dokumenty, za trzy dni wracamy.
— Iroczko, dzięki Bogu! — Tamara Siemionowna z czterdziestego drugiego zastąpiła jej drogę prosto przy windzie, ściskając w rękach worek ze śmieciami.
— Już miałam dzwonić do dzielnicowego.
Myślałam, że wynajęłaś mieszkanie jakimś Cyganom!
Muzyka do trzeciej w nocy, jacyś obcy faceci się kręcą, palą prosto na klatce.
Zwróciłam Denisowi uwagę, a on prawie zepchnął mnie ze schodów!
W Irinie wszystko się ścisnęło.
Masza cicho zakaszlała za jej plecami, przyciskając się do walizki.
— Dziękuję, Tamaro Siemionowno.
Zrozumiałam.
Irina podeszła do swoich drzwi.
Mieszkanie było jej, kupione przed ślubem.
Przekręciła klucz, zamek ustąpił.
Wystarczyło uchylić drzwi, a w twarz uderzył ją ciężki, kwaśny zapach przetrawionego alkoholu, stęchłego dymu tytoniowego i tanich półproduktów.
Irina weszła do przedpokoju, na podłodze leżała sterta brudnych butów, a czyjeś zdeptane adidasy blokowały przejście.
Z salonu dobiegał przytłumiony śmiech.
Irina poszła dalej.
Na jej ukochanej białej kanapie, kupionej za roczną premię, rozlewała się ogromna tłusta plama po pudełku pizzy.
Obok, na stoliku kawowym, stał talerz z obeschłymi głowami gromadnika, wokół którego już krążyły muszki.
Z sypialni wyszła Kristina, leniwie ziewając.
Miała na sobie szmaragdowy jedwabny szlafrok Iriny — prezent od mamy na rocznicę.
— O, przyjechałyście? — Kristina nawet nie drgnęła.
Podrapała się po ramieniu, patrząc na Irinę mętnymi oczami.
— A Denis mówił, że będziecie jeszcze tydzień nad morzem.
Słuchaj, Ira, masz jakąś normalną kawę?
Bo tej waszej rozpuszczalnej nie da się pić, mam po niej zgagę.
Masza za plecami Iriny zakaszlała mocniej.
Kwaśny dym papierosowy, którym przesiąkły zasłony, natychmiast zadziałał jak wyzwalacz.
Dziewczynka chwyciła się za gardło.
— Masza, oddychaj.
Spokojnie — Irina rzuciła torbę na podłogę i szybko uklękła.
— Gdzie jest spejser?
Kristina, gdzie jest pudełko z lekami, które stało na komodzie w sypialni?
Tam był inhalator i nebulizator.
Szybko!
Kristina leniwie upiła łyk wody ze szklanki.
— A, to plastikowe pudełko z kablami?
Wczoraj je wyrzuciłam.
Irinie zatkało uszy.
Podłoga zachwiała się pod nogami.
— Co zrobiłaś?
— No wyrzuciłam — Kristina skrzywiła się, jakby Irina żądała od niej niemożliwego.
— Zajmowało cały parapet, psuło widok.
Postawiłam tam swoje perfumy i świece do medytacji.
Czemu od razu krzyczysz?
Śmietnik jest na zewnątrz pod wiatą, idź i zabierz, jeśli tak bardzo trzeba.
Myślałam, że to jakieś stare graty.
W tej chwili z kuchni wyszedł Denis w samych spodniach dresowych.
Miał zmiętą twarz i czerwone oczy.
— O, Irka — burknął, unikając spojrzenia żony.
— Jednak przyleciałyście?
I po co tu urządzasz cyrk?
— Denis, twoja siostra wyrzuciła inhalator Maszy! — krzyknęła Irina, trzęsąc się z wściekłości.
— Dziecko się dusi!
Było tam leków za piętnaście tysięcy i aparat za dziesięć!
— No kupimy nowy, po co podnosisz raban na cały blok? — Denis machnął ręką i objął Kristinę za ramiona.
— Kristinie i tak jest ciężko, ma depresję.
A w ogóle czemu przyjechałaś bez ostrzeżenia?
My tu… omawialiśmy sprawy.
Irina spojrzała na męża.
Na jego piersi widniał ślad szminki, wyraźnie nie w jej kolorze.
Na parapecie rzeczywiście stały równym rządkiem tanie flakoniki Kristiny.
Irina nie zaczęła krzyczeć.
W milczeniu otworzyła plecak, wyjęła podróżny pojemnik z kieszonkowym inhalatorem, który zawsze nosiła w ukrytej kieszeni, i przycisnęła go do ust córki.
Masza zrobiła dwa spazmatyczne wdechy, zwiotczała i wtuliła twarz w kurtkę mamy.
— Denis — powiedziała Irina, podnosząc się z kolan.
— Wejdź do sypialni, porozmawiamy.
Denis wszedł do sypialni i szczelnie zamknął za sobą drzwi.
Próbował przybrać minę pana domu — szeroko rozstawił nogi i wsunął ręce do kieszeni spodni dresowych.
— Ira, no przestań się dąsać — zaczął, starając się mówić protekcjonalnie.
— Kristinka jest tu tymczasowo.
No, trochę zaszalała dziewczyna, komu się nie zdarza?
Ma stres i w ogóle, jesteś moją żoną czy kim?
Dlaczego mam ci się rozliczać z każdej kopiejki?
Pieniądze rzecz nabyta.
Irina nie odpowiedziała, wyjęła z szafy podróżną torbę Maszy i zaczęła w milczeniu wkładać do niej dziecięce rzeczy.
— Co, postanowiłaś mnie ignorować? — Denis zrobił krok w jej stronę, w jego głosie zabrzęczała złość.
— Wyjeżdżasz?
No to wynoś się do swojej mamusi!
Polatasz trzy dni, ostygniesz i sama przypełzniesz z powrotem.
Tylko nie waż się psuć Kristinie nastroju tą swoją kwaśną miną, ona jest wrażliwa.
Irina zapięła zamek torby.
Odwróciła się i spojrzała mężowi prosto w oczy.
Spokojnie, bez jednej łzy.
— Tak, Denis.
Wyjeżdżamy.
Masza musi oddychać czystym powietrzem.
— No to wynoście się — burknął, wyraźnie ucieszony, że nie będzie awantury i terytorium zostanie dla niego.
Godzinę później Irina była już u rodziców.
Zostawiwszy śpiącą Maszę pod opieką babci, pojechała do biura Aleksandra.
Prawnik czekał na nią z filiżanką mocnej kawy i stosem wydrukowanych formularzy.
Na jego biurku świeciła lampka.
— A więc tak, Ira — Aleksandr postukał ołówkiem w stół.
— Denis popełnił klasyczną głupotę.
Wszedł do twojego banku internetowego z twojego domowego komputera.
Adres IP jest twój, ale potwierdzenie przelewu poszło bez twojej wiedzy.
Podejrzał twój wzór graficzny albo kod SMS, kiedy spałaś.
To czysta sprawa karna, kradzież z rachunku bankowego.
— I co mu grozi? — Irina wypiła łyk gorzkiej kawy.
— To poważne przestępstwo, Ira.
Do sześciu lat pozbawienia wolności.
Tu nawet nie da się „po rodzinnemu” pojednać, jeśli sprawę wszczęto.
Prokurator i tak doprowadzi ją do sądu.
Teraz piszemy zawiadomienie.
Do tego dołączamy paragony za zakup nowych biletów lotniczych i wypis z historii choroby Maszy.
To udowodni szkodę materialną i cynizm jego działań.
— Pisz, nie będzie litości.
Zostawił moją córkę bez leków podczas ataku.
Kiedy podpis pod zawiadomieniem został złożony, Irina otworzyła w telefonie wyszukiwarkę i wpisała: „Usługa dezynsekcji Moskwa”.
Wybrała firmę.
— Dzień dobry, potrzebuję opryskać dwupokojowe mieszkanie przeciw pluskwom.
Tak, generatorem zimnej mgły.
Maksymalne stężenie preparatu, żeby zapach utrzymał się dłużej.
— Wyjazd możliwy w sobotę — odpowiedział senny operator.
— Ale proszę pamiętać, że przebywanie w pomieszczeniu podczas zabiegu i przez pierwsze osiem godzin po nim jest kategorycznie zabronione.
Środek jest toksyczny, powoduje obrzęk płuc i pieczenie oczu.
Przygotuje pani mieszkanie?
Uprzedzi pani lokatorów?
Irina spojrzała na zegarek.
W sobotę Denis i Kristina planowali kolejną „imprezę”, o czym zdążyła już donieść jej czujna sąsiadka Tamara Siemionowna.
— Nikogo nie trzeba uprzedzać — odpowiedziała Irina lodowatym tonem.
— Sama spotkam waszych pracowników na progu i otworzę drzwi, przygotujcie sprzęt.
W sobotę o czwartej po południu klatka schodowa domu Iriny drżała od ciężkich basów.
Zza drzwi jej mieszkania dobiegał pijacki rechot i brzęk butelek.
Irina wjechała windą w towarzystwie trzech osób.
Dwóch miało na sobie grube białe kombinezony ochronne, z respiratorami na szyi i ciężkimi, buczącymi urządzeniami w rękach.
Trzeci był krępym mężczyzną z walizką narzędzi — ślusarzem.
Przy drzwiach czekała już na nich Tamara Siemionowna, zwycięsko krzyżując ręce na piersi.
Irina w milczeniu włożyła klucz do zamka, przekręciła go i pchnęła drzwi.
W przedpokoju pachniało tanim piwem i smażoną rybą.
W salonie, na zatłuszczonej kanapie, Kristina i jakiś barczysty chłopak w tatuażach wesoło stukali się szklankami przy rapie ryczącym z głośnika.
Denis, w samych bokserkach, z talerzem kanapek w rękach, zamarł pośrodku korytarza.
— Irka?
Co ty tu robisz? — nastroszył się, przenosząc wzrok na ludzi w białych skafandrach.
— A to niby kto?
Ej, dokąd pchacie się w brudnych butach?!
— Przeprowadzamy planową dezynsekcję przeciw pluskwom i karaluchom — sucho odpowiedział starszy dezynsektor, naciągając na twarz grubą maskę z filtrami.
— Właścicielka wezwała.
Wszyscy mają opuścić pomieszczenie.
Natychmiast!
— Jaka dezynsekcja?!
Oszaleliście?!
Ja tu jestem mężem! — wrzasnął Denis, próbując zagrodzić korytarz własnym ciałem.
— Wynocha stąd!
Ira, ty kompletnie zwariowałaś?!
Irina zrobiła krok w tył, na klatkę schodową, i po prostu skinęła dezynsektorom głową.
— Pracujcie, pełnym programem.
Starszy pstryknął przełącznikiem.
Metalowy zbiornik w jego rękach zawył jak turbina odrzutowca.
Z dyszy wyrwał się gęsty, lodowaty strumień białej pary.
Powietrze natychmiast wypełniło się ostrym, duszącym zapachem chemii, od którego od razu ściskało gardło.
— Ej, co wy wyprawiacie?! — krzyknął wytatuowany gość, wybiegając z pokoju.
Ale gdy tylko wziął wdech, zgiął się wpół w gwałtownym, rwącym kaszlu.
Biała mgła szybko wypełniała przedpokój, osiadając wilgotnym nalotem na ścianach i rzeczach.
— Aaa!
Moje oczy! — zapiszczała Kristina, wyskakując z sypialni.
Znowu miała na sobie jedwabny szlafrok Iriny.
Trzyła twarz rękami, rozmazując tusz, łzy i drogie kosmetyki.
— Denis, zrób coś!
Denis spróbował złapać dezynsektora za rękaw, ale gęsta chmura środka uderzyła go prosto w twarz.
Gardło ścisnęło mu się jak żelaznym skurczem, oczy wykręciło od ostrego bólu, łzy popłynęły strumieniami.
Zaskomlał, zasłonił usta dłonią i, potykając się o własne adidasy, rzucił się do wyjścia.
Po trzydziestu sekundach całe wesołe towarzystwo — Denis w majtkach, Kristina w jedwabnym szlafroku i ich podpity gość bez butów — kaszląc, plując i przeklinając, wypadło na zimny beton klatki schodowej.
— Ty suko! — zachrypiał Denis, próbując mrugać i patrząc na Irinę czerwonymi, zapalonymi oczami.
— Co ty urządziłaś?!
Wezwiemy policję!
— Wzywaj — spokojnie odpowiedziała Irina.
Ślusarz tymczasem już kucał przed otwartymi drzwiami, z których waliły kłęby toksycznej pary.
Pisk wiertarki zagłuszył przekleństwa Denisa.
Mistrz w kilka sekund rozwiercił wkładkę starego zamka, wybił ją młotkiem i wstawił nową, ciężką wkładkę z pancerną osłoną.
Irina wyjęła zza pleców trzy duże czarne worki na śmieci, które przyniosła ze sobą, i rzuciła je mężowi pod nogi.
— Twoja odzież wierzchnia i buty są tam.
Rzeczy Kristiny też zabierajcie i wynoście się.
— Ira, wpuść mnie do mieszkania!
Tam są moje dokumenty!
I torba Kristinki! — Denis spróbował zrobić krok do drzwi, ale dezynsektor zagrodził mu drogę, kierując strumień wyjącej mgły prosto przed jego stopy.
— Do mieszkania nie wolno wchodzić jeszcze przez osiem godzin — głośno powiedział pracownik przez maskę.
Ślusarz skończył pracę, zatrzasnął drzwi i podał Irinie pęk nowych kluczy.
— Gotowe, właścicielko.
Zamek o podwyższonej trudności, teraz bez szlifierki nie da się go otworzyć.
Odwróciła się do Denisa, który charczał na brudnej podłodze.
— Szczęśliwej drogi, Denis.








