— Lena, nie czuję małego palca u lewej nogi! — głos Witalija drżał, przechodząc w dramatyczny falset.
— To koniec.

Gangrena podchodzi niepostrzeżenie.
Leżał na szerokim małżeńskim łóżku z rozłożonymi rękami, jak ukrzyżowany męczennik.
Kołdra była podciągnięta aż pod brodę, ukrywając „strategicznie ważne” uszkodzenia jego organizmu.
Na twarzy miał mieszankę kosmicznego smutku i oczekiwania natychmiastowej obsługi.
Elena postawiła tacę z parującym bulionem na szafce nocnej.
— Witalik, po prostu przeleżałeś nogę.
Nie ruszasz się już trzecią godzinę.
— Nie ruszam się, bo jestem sparaliżowany! — oburzył się, ale zaraz skrzywił się, jakby od bólu w krzyżu.
— Zapomniałaś, jak się nadwyrężyłem?
Poświęciłem się dla wygody w tym domu.
Przesuwałem ten przeklęty kanapę, żebyś mogła wygodniej oglądać swoje seriale.
W rzeczywistości kanapę przesuwali tragarze rok temu.
Witalij trzy dni temu „zerwał sobie plecy”, próbując wyciągnąć spod fotela kapsel od piwa.
Ale w jego wersji rzeczywistości był to wyczyn godny Herkulesa.
Elena westchnęła i poprawiła mu poduszkę.
— Pamiętam, kochanie.
Zjedz bulion, póki gorący.
— Jaki bulion?
Prosiłem o kotlety! — jęknął kapryśnie „inwalida”.
— I podaj pilot.
Spadł na podłogę, a ja nie mogę sięgnąć.
Jestem teraz jak roślina, Lena.
Fikus w dresach.
Będziesz musiała karmić mnie łyżeczką.
Elena schyliła się po pilot.
Plecy zakłuły ją z przemęczenia.
Od trzech dni biegała maraton między kuchnią a sypialnią, spełniając zachcianki męża.
— I zadzwoń do swojej mamy — mruknął Witalij, gryząc już kawałek chleba.
— Powiedz jej, że w ten weekend nie będzie kopania ziemniaków.
Fizycznie nie dam rady trzymać łopaty.
Jestem teraz osobą z niepełnosprawnością.
Potrzebuję spokoju i opieki.
W tym momencie zadzwonił dzwonek do drzwi.
— To Lew Borysowicz — powiedziała Elena, wycierając ręce o fartuch.
— Poprosiłam go, żeby obejrzał twoje plecy.
Dosyć już tego samoleczenia.
Witalij się napiął.
— Po co?
Ja sam wiem, co mi jest.
Przemieszczenie dysków.
Ucisk nerwu.
Może nawet złamanie kręgosłupa.
Po co wydawać pieniądze na szarlatanów?
— Lew Borysowicz nie jest szarlatanem.
To przyjaciel rodziny i świetny neurolog — ucięła Elena.
— I już tu jest.
Lekarz wszedł do pokoju, roznosząc zapach drogiego tytoniu i środka dezynfekującego.
Witalij natychmiast przyjął pozę umierającego łabędzia.
Przewrócił oczami i wydał jęk godny sceny w wielkim teatrze.
— No dobrze, młody człowieku, na co się skarżymy? — zapytał energicznie doktor, stawiając torbę na krześle.
— Na życie, doktorze.
Na okrutny los — jęknął Witalij.
— Nogi mi odmawiają posłuszeństwa.
Plecy płoną.
Każdy ruch sprawia piekielny ból.
Elena stała w drzwiach z rękami skrzyżowanymi na piersi.
Widziała ten spektakl setki razy.
Ale gdzieś głęboko w środku wciąż tliła się mała wątpliwość.
A może naprawdę go boli?
Lew Borysowicz zaczął badanie.
Uciskał mięśnie, sprawdzał kręgosłup, prosił, żeby pacjent zginał i prostował nogi.
Witalij jęczał i syczał z bólu, ale odruchy były całkowicie normalne.
— Proszę się odwrócić na brzuch — polecił lekarz.
Witalij wykonywał polecenie prawie trzy minuty.
Demonstrował przy tym niewiarygodne cierpienie.
W końcu położył się twarzą w poduszce, odsłaniając plecy.
Elena zauważyła, że Lew Borysowicz nagle zamarł.
Lekarz poprawił okulary i pochylił się bliżej.
Potem jeszcze bliżej.
Przesunął palcem wzdłuż łopatki pacjenta.
Witalij drgnął.
— Boli? — zapytał lekarz.
— Strasznie! — potwierdził Witalij w poduszkę.
Lew Borysowicz wyprostował się.
Zdjął okulary i zaczął je powoli wycierać chusteczką.
Wyglądał na zakłopotanego i trochę zmieszanego.
— Elenko, czy możemy zamienić kilka słów? — zapytał cicho.
— Zostawmy chorego, niech odpocznie.
Wyszli do kuchni.
Elena zamknęła drzwi.
Serce zaczęło bić szybciej.
Czy naprawdę było coś poważnego?
Przepuklina?
Operacja?
— Co się dzieje, Lew Borysowicz? — zapytała nerwowo.
— Jest aż tak źle?
Lekarz ciężko westchnął.
Znał Elenę od dziecka i wyraźnie czuł się niezręcznie.
— Medycznie rzecz biorąc, ma lekki stan zapalny mięśnia.
Przewiał sobie plecy.
Za kilka dni przejdzie.
Jeśli przestanie udawać.
Lekarz chrząknął.
— Ale jest pewien szczegół.
— Jaki szczegół? — zapytała Elena.
Lekarz ściszył głos do szeptu.
— Na plecach twojego męża, Leno…
W okolicy łopatek i trochę niżej…
Są bardzo charakterystyczne ślady.
— Ślady czego? — zapytała Elena.
— Uderzenia?
Upadku?
— Ślady namiętności, Leno — odpowiedział cicho lekarz.
— Podłużne zadrapania.
Głębokie.
Od kobiecych paznokci.
Powiedziałbym nawet, że od bardzo długich i ostrych paznokci.
Elena zamarła.
Słowa lekarza spadały w jej świadomość jak ciężkie kamienie.
— W ranach zostały nawet drobinki lakieru — dodał bezlitośnie Lew Borysowicz.
— Czerwonego.
Bardzo jaskrawego.
Szkarłatnego.
Elena powoli podniosła ręce.
Jej paznokcie były krótko obcięte.
Bez żadnego lakieru.
To były ręce kobiety, która gotuje.
Ręce przyzwyczajone do noży i gorących garnków.
Żadnego lakieru.
Żadnej długości.
W pamięci pojawił się obraz sąsiadki z trzeciego piętra.
Ilony.
Efektownej brunetki, która ciągle prosiła Witalika, żeby „sprawdził instalację”, bo u niej „iskrzy gniazdko”.
I jej ręce.
Długie paznokcie jak sztylety.
Zawsze pomalowane na krwistoczerwony kolor.
Układanka złożyła się z suchym kliknięciem.
„Instalacja”.
„Zostałem dłużej w pracy”.
„Nadwyrężyłem plecy”.
— Dziękuję, doktorze — powiedziała Elena.
Jej głos brzmiał obco i lodowato.
W środku coś się w niej przełączyło.
Mechanizm współczucia się zepsuł.
Zastąpiła go zimna złość.
— Rozumiem.
Leczenie wyznaczę sama.
Lew Borysowicz skinął głową ze zrozumieniem.
Szybko zebrał swoje rzeczy.
I wyszedł, nie chcąc być świadkiem rodzinnej burzy.
Elena została sama w kuchni.
Patrzyła na słoik z adżiką stojący na stole.
Domową.
Najostrzejszą.
Teść, ojciec Witalija, bardzo ją lubił.
Taką, żeby „oczy wychodziły z orbit”.
To dla niego Elena przygotowywała ją własnoręcznie, ucierając ostre papryczki.
Plan pojawił się natychmiast.
Elena otworzyła apteczkę.
Wyjęła tubkę maści „Finalgon”.
Maść, która nawet bez dodatków pali skórę jak rozgrzane żelazo.
Postawiła na stole małą miskę.
Wycisnęła do niej sporą ilość maści.
Potem odkręciła słoik z adżiką.
Ostry zapach uderzył w nos.
Elena aż kichnęła.
Nabrała dużą łyżkę gęstej czerwonej pasty.
I dodała ją do maści.
Wszystko dokładnie wymieszała.
Mieszanka wyglądała groźnie.
Przypominała lawę.
— No dobrze, kochanie — szepnęła Elena, patrząc na swoje dzieło.
— Wyleczymy twój paraliż.
Weszła do sypialni.
Jej twarz była maską troski i współczucia.
Witalij wciąż leżał na brzuchu, wpatrzony w telefon.
Gdy usłyszał kroki, szybko schował go pod poduszkę i jęknął.
— Co powiedział lekarz? — zapytał słabym głosem.
— Potrzebuję szpitala?
Sanatorium?
— Jest gorzej, kochanie — powiedziała Elena, siadając na brzegu łóżka.
Jej głos drżał od udawanego niepokoju.
— Lekarz powiedział, że to rzadki rodzaj paraliżu mięśni.
Krążenie krwi jest poważnie zaburzone.
Witalij uniósł głowę.
— I co teraz?
— Trzeba natychmiast zastosować „piekącą terapię szokową”.
Inaczej…
Elena zrobiła dramatyczną pauzę.
— Inaczej zacznie się martwica tkanek.
A twoja męska funkcja…
Odpadnie razem z nogami.
Oczy Witalija rozszerzyły się z przerażenia.
Groźba utraty „męskiej funkcji” zadziałała natychmiast.
— Rób to! — wyszeptał.
— Rób cokolwiek, tylko mnie uratuj!
— Doktor kazał wcierać mieszankę w miejsca najbardziej uszkodzone — powiedziała Elena.
Nabrała palcami piekielną substancję.
— Tam, gdzie skóra jest najbardziej podrażniona.
To otworzy kanały energetyczne.
Zdecydowanym ruchem odsunęła kołdrę do pasa.
I zobaczyła je.
Zadrapania.
Wyraźne czerwone linie na jasnej skórze.
Jak mapa jego zdrady.
Ilona najwyraźniej nie powstrzymywała emocji.
Elena na chwilę zamarła.
Przez sekundę pojawiła się litość.
Ale natychmiast zniknęła.
Przypomniała sobie, jak przez trzy dni biegała wokół niego, podczas gdy on pisał wiadomości do kochanki.
— Wytrzymaj, zaraz zrobi się ciepło — powiedziała łagodnie.
I z rozmachem wtarła mieszankę pieprzu i maści prosto w świeże rany.
Przez dwie sekundy panowała cisza.
Witalij próbował zrozumieć, co się dzieje.
A potem wybuchło piekło.
— AAAAAA!!! — jego krzyk zatrząsł szybami w szafce.
Wygiął się jak ryba na patelni.
— Lena! Co ty robisz?!
Pali!
Pali jak ogień!
Zetrzyj to natychmiast!
— Wytrzymaj, kochanie — mówiła Elena, dalej wcierając mieszankę.
— Krew zaczyna krążyć.
Lekarz mówił, że musi piec.
Jeśli nie piecze, to znaczy, że tkanki już obumarły.
Nie chcesz zostać impotentem, prawda?
Witalij wył z bólu.
Gryzł poduszkę.
Łzy ciekły mu z oczu.
Jego ciało chciało zerwać się z łóżka i uciec.
Ale jeśli wstanie…
Całe kłamstwo wyjdzie na jaw.
Więc leżał i cierpiał.
Po kilku minutach Elena wytarła ręce serwetką.
— Świetnie, pierwszy etap zakończony — powiedziała spokojnie.
— Teraz drugi.
W tym momencie rozległ się ciężki dzwonek do drzwi.
Witalij zamarł.
— Kogo jeszcze wezwałaś?
— Najlepszego specjalistę w okolicy — odpowiedziała Elena.
— Ma bardzo silne ręce.
Poszła otworzyć drzwi.
Do sypialni wszedł gość.
Drzwi wydawały się dla niego trochę za wąskie.
To był Nikołaj.
Mąż Ilony.
Kola pracował jako tragarz w hurtowni.
Jego pięści były wielkości kufla do piwa.
Szyi prawie nie było widać.
Przechodziła płynnie w potężne ramiona.
Był prostym, dobrym człowiekiem.
Dopóki ktoś go nie rozzłościł.
— Cześć, sąsiedzie — powiedział niskim głosem.
Jego głos przypominał dźwięk pracującego traktora.
— Lena zadzwoniła do mnie.
Powiedziała, że złapało cię w plecach.
Poprosiła, żebym pomógł cię odwrócić, bo dla niej to za ciężkie.
Witalij wcisnął się głębiej w poduszkę.
Jego „paraliż” nagle zamienił się w ogromną chęć stania się niewidzialnym.
— I jeszcze Lena powiedziała — ciągnął Kola, podchodząc bliżej.
— że chciałeś mi coś pokazać.
Jakieś dziwne zaczerwienienie na plecach.
Powiedziała, że wygląda jak od „instalacji”.
A ja akurat znam się na elektryce.
Kola powąchał powietrze.
— Chociaż pachnie raczej pieprzem.
I strachem.
Elena stała w drzwiach, oparta o framugę.
Wyglądała całkowicie spokojnie.
— Kola, spójrz uważnie na plecy Witalija — powiedziała miękko.
— Pod maścią są bardzo ciekawe wzory.
Wydaje mi się, że idealnie pasują do manicure twojej żony.
Ty często widzisz ręce Ilony.
Sprawdź.
W pokoju zapadła ciężka cisza.
Nawet mucha uderzająca o szybę ucichła.
Kola powoli pochylił się nad łóżkiem.
Zmrużył oczy.
Jego wzrok zatrzymał się na długich liniach, które płonęły pod warstwą adżiki.
— Ilonka… — mruknął.
— Ona ma złamany paznokieć na małym palcu.
W kształcie trójkąta.
Pochylił się jeszcze bliżej.
— I tutaj jest ślad…
— Trójkątny.
Mózg Koli pracował powoli, ale pewnie.
Jak żarna młyna.
Zrozumienie pojawiło się na jego twarzy.
Najpierw zdziwienie.
Potem ból.
A potem wściekłość.
Witalij zrozumiał, że pieczenie od adżiki i maści było tylko delikatną zapowiedzią.
W porównaniu z tym, co zaraz nastąpi.
Słowo „paraliż” zniknęło z jego słownika.
Zapiszczał jak zając, na którego nadepnął niedźwiedź.
Zapomniał o bolących plecach.
O sparaliżowanych nogach.
O gangrenie w małym palcu.
Wyskoczył z łóżka.
W samych slipkach.
Cały czerwony i wysmarowany piekącą mieszanką.
Rzucił się w stronę okna.
— STAĆ!!! — ryknął Kola.
Ten ryk mógłby zatrzymać pociąg.
Ale nie przerażonego cudzołożnika.
Witalij otworzył okno.
Na szczęście był parter.
Pod nim rosły krzaki bzu.
Bez wahania wyskoczył na zewnątrz.
Gałęzie smagały jego piekące plecy.
Kola natychmiast ruszył za nim.
Rama okna zaskrzypiała pod jego ciężarem, ale wytrzymała.
— Zabiję cię! — rozległo się z podwórka.
Elena podeszła do okna.
Widok był jak scena z filmu akcji.
Witalij biegł przez podwórko, wysoko podnosząc kolana.
Za nim, łamiąc krzaki, pędził rozwścieczony Kola.
Sąsiadki siedzące na ławce przestały łuskać pestki.
I otworzyły szeroko usta.
Takiego widowiska dawno nie widziały.
Elena patrzyła za nimi.
Nie czuła ani litości.
Ani złośliwej satysfakcji.
Tylko ogromną ulgę.
Jakby z domu wyniesiono stary, zakurzony dywan.
Powietrze wpadające przez otwarte okno było świeże.
Jesienne.
Elena wyjęła telefon.
— Mamo? — powiedziała spokojnie.
— Plany się zmieniły.
— Ziemniaki odwołane.
— Przygotuj pokój gościnny.
— Przyjadę do ciebie na dłużej.
— Co się stało, córko? — zapytała zaniepokojona matka.
— Nic strasznego.
— Po prostu robię porządki w swoim życiu.
— Pozbywam się pasożytów.
Elena odłożyła telefon.
Spojrzała na sypialnię.
Na stoliku nocnym stał słoik z adżiką.
Wzięła go do ręki.
Mocno zakręciła pokrywkę.
I postawiła z powrotem na miejsce.
Dobra rzecz.
Przydatna w domu.
Potem poszła do kuchni.
I wreszcie zjadła kotlet.
Sama.
W ciszy.
I był to najsmaczniejszy kotlet w jej życiu.







