— Jestem w szoku!

Jego ojciec wdarł się do naszej sypialni i zerwał ze mnie kołdrę!

Co się dzieje?

To niemożliwe!

„Kołdra wzleciała w górę, a lodowate powietrze natychmiast mnie otrzeźwiło…”

W jednej chwili pozbyłam się resztek snu; ta nagłość sprawiła, że skuliłam się z powodu niespodziewanego chłodu i lepkiego, przeszywającego uczucia wstydu.

— Pobudka!

Czas ruszył!

— zagrzmiał tuż przy uchu obcy, przerażająco donośny bas, od którego, zdawało się, zadrżały szyby w okiennych ramach.

Weronika krzyknęła ze strachu, konwulsyjnie próbując zakryć się strzępami cienkiej koronkowej koszuli nocnej, i zagubiona zamrugała od porannego słońca bijącego prosto w oczy.

W jej głowie uparcie krążyła jedna jedyna myśl: „Co się dzieje?

To niemożliwe!

To tylko zły, absurdalny sen”.

Ale rzeczywistość była bezlitosna.

Tuż przed nią, przy łóżku nowożeńców, stał monumentalny mężczyzna, jakby wykuty z granitu, ze stalowym spojrzeniem i mocno zaciśniętymi ustami.

To był jej świeżo upieczony teść!

Człowiek, w którego domu spędziła swoją pierwszą noc poślubną.

Wcale nie speszył go półnagi widok synowej, zastygłej w pozie bezbronnej ofiary.

Przeciwnie, na jego surowej twarzy, pooranej głębokimi zmarszczkami, nie drgnął ani jeden mięsień.

Tak zaczęło się to, co miało być początkiem szczęśliwego życia rodzinnego, a zamieniło się w długi, wyczerpujący koszmar.

A przecież zaledwie rok wcześniej Weronika szczerze wierzyła, że wyciągnęła szczęśliwy los.

Jej znajomość z Kiryłem przypominała fabułę pięknego romantycznego melodramatu.

Na tle współczesnych chłopaków, leniwych, niechlujnych i wiecznie wpatrzonych w ekrany telefonów, Kirył wydawał się kosmitą, idealnym mężczyzną z minionej epoki.

Zawsze pachniał drogimi perfumami i świeżo wypraną bawełną.

Kanty na jego spodniach mogłyby służyć za wzorzec geometrii, buty lśniły jak lustro, a jego postawa sprawiała, że przechodnie odwracali się za nim na ulicy.

Co więcej, Kirył znakomicie gotował, utrzymywał swoją kawalerską kawalerkę w sterylnej czystości i nigdy nie zapominał odsunąć Weronice krzesła w kawiarni.

— Kirył, przyznaj się, jaki jest twój sekret?

— pytała ze śmiechem, tuląc się do jego silnego, wytrenowanego ramienia podczas kolejnego wieczornego spaceru.

— Przecież tacy nieskazitelni mężczyźni nie istnieją w naturze.

Na pewno nie jesteś robotem z tajnego laboratorium?

Kirył uśmiechnął się łagodnie, ale w jego oczach na moment przemknął jakiś dziwny, ledwie uchwytny cień — mieszanina dumy i starego, głęboko ukrytego strachu.

— Wszystko jest dużo prostsze, Nika.

Mój ojciec jest pułkownikiem w stanie spoczynku.

Wiktor Pietrowicz.

Całe moje życie, odkąd pamiętam, podporządkowane było surowej dyscyplinie.

Ojciec wychował ze mnie człowieka, nauczył mnie przyjmować ciosy, cenić porządek i nie rozmazywać smarków.

Sport, reżim, odpowiedzialność — to u nas rodzinne.

— Oho… — Weronika z szacunkiem uniosła brwi.

— Czyli surowy?

Już trochę mnie to niepokoi.

Ale z drugiej strony wychował wspaniałego syna.

Nie mogę się doczekać, żeby go poznać!

Jeśli uczynił cię takim, musi być niezwykłym człowiekiem.

— Tak, niezwykłym, — powtórzył Kirył jakoś zbyt cicho, patrząc gdzieś obok niej.

— Dobrze, chodźmy, robi się chłodno.

Długo wyczekiwane pierwsze spotkanie z teściami odbyło się w cichej, eleganckiej restauracji, którą Wiktor Pietrowicz wybrał osobiście.

Weronika długo kręciła się przed lustrem, wybierając strój: zatrzymała się na eleganckiej spódnicy nieco za kolano i zwiewnej bluzce, dopełniając całość klasycznym, jaskrawoczerwonym manicure’em.

Chciała wyglądać pewnie i nowocześnie.

Kiedy weszli do sali VIP, atmosfera wydała się Weronice dziwnie przytłaczająca.

Przy stole siedzieli już rodzice Kiryła.

Matka, Irina Wasiljewna, blada, cicha kobieta o zgaszonym spojrzeniu i fryzurze ułożonej włos po włosku, ledwie zauważalnie skinęła Weronice głową i natychmiast nieśmiało schowała ręce pod obrus, jakby bała się zwrócić na siebie zbyt wiele uwagi.

Za to głowa rodziny zdawała się zajmować całą przestrzeń pomieszczenia.

Wiktor Pietrowicz siedział z szeroko rozłożonymi masywnymi ramionami.

Jego ciężkie, skanujące spojrzenie natychmiast wbiło się w dziewczynę, która weszła do sali.

Oglądał ją powoli, od dołu do góry, jakby przyjmował rekruta w punkcie poborowym.

— Wiktor Pietrowicz, — przedstawił się donośnie, z metaliczną chrypką, nawet nie myśląc o tym, by wstać na powitanie.

Zamiast uścisku dłoni albo kurtuazyjnego uśmiechu powiedział sucho: — Anastazjo… przepraszam, Weroniko.

Ma pani brudne buty.

Na lewym obcasie wyraźna plama po zaschniętej deszczówce.

Weronika osłupiała, uznając to za specyficzny wojskowy żart.

Zdezorientowana spojrzała na swoje nogi, potem na narzeczonego.

— Przepraszam?

Co pan powiedział?

— Mówię, że ma pani brud na obuwiu, — powtórzył pułkownik z naciskiem, marszcząc się niezadowolony.

— Poza tym spódnica w okolicy prawego uda jest źle wyprasowana, widać zagniecenia od siedzenia w samochodzie.

A paznokcie… Ten wyzywający, krzykliwy kolor.

Wygląda wulgarnie.

W Weronice natychmiast wezbrała fala sprzeciwu.

Znany projektant, u którego pracowała jako główna specjalistka od marketingu, nazywał jej styl nienagannym, a tutaj starszy mężczyzna beształ ją jak uczennicę.

— Czerwony manicure to klasyka, Wiktorze Pietrowiczu.

Jest stosowny zawsze i wszędzie, — spróbowała stanowczo, ale grzecznie obronić swoje granice.

— W moim rozumieniu jest to niedopuszczalne, — uciął teść, krzyżując ręce na piersi.

— Kobieta powinna przyciągać uwagę rozumem i skromnością, a nie bojowymi barwami Indianina.

— Tato, proszę, nie zaczynaj, nie obrażaj Niki, — błagalnie wtrącił się Kirył, kurcząc się pod spojrzeniem ojca i natychmiast tracąc całą swoją pozowaną męskość.

— Nie obrażam, Kirył.

Wygłaszam konstruktywne, obiektywne uwagi.

Prawdziwy człowiek potrafi przyjmować krytykę i pracować nad błędami, a nie dąsać się, — pouczającym tonem powiedział Wiktor Pietrowicz.

Cały pozostały wieczór zamienił się dla Weroniki w wyrafinowaną psychologiczną egzekucję.

Przy stukocie noży i widelców pułkownik metodycznie, z namysłem wydawał kolejne porcje „konstruktywnej” opinii.

W ciągu dwóch godzin kolacji Weronika dowiedziała się, że ma zupełnie niesportową sylwetkę, złą postawę, niewłaściwą fryzurę i wyjątkowo niepoważny, lekkomyślny zawód.

Kiedy wreszcie opuścili tę filię trybunału i wsiedli do taksówki, Weronika dosłownie trzęsła się z oburzenia.

Odwróciła się do Kiryła, starając się mówić jak najciszej i najdelikatniej, choć w środku wszystko w niej kipiało.

— Kirył… powiedz mi, czy twój ojciec zawsze taki jest?

Zawsze rozmawia z ludźmi w trybie przesłuchania i rozdawania diagnoz?

Kirył ciężko westchnął, wpatrując się przez okno w migające światła nocnego miasta.

— Tak, Nika.

Zawód i długie lata dowodzenia odciskają swoje piętno.

On nie robi tego ze złości, rozumiesz?

Po prostu przywykł do tego, że wokół niego musi panować idealny porządek.

Przyzwyczaisz się, naprawdę.

Mama się przyzwyczaiła.

„O nie, do takich bredni na pewno nie zamierzam się przyzwyczajać,” pomyślała ze złością Weronika, zaciskając pięści.

„Dzięki Bogu jesteśmy dorośli, będziemy mieszkać osobno i widywać teściów wyłącznie w większe święta, raz na pół roku.

Wytrzymam dla Kiryła.”

Jednak los postanowił inaczej, brutalnie przekreślając wszystkie plany Weroniki dotyczące niezależnego życia.

Dosłownie dwa tygodnie przed wyznaczonym ślubem międzynarodowa firma tekstylna, w której pracowała przez ostatnie trzy lata, niespodziewanie ogłosiła bankructwo i likwidację rosyjskiego oddziału.

Odprawy dla zwolnionych pracowników obcięto do minimum, konta zamrożono.

Weronika musiała w pośpiechu szukać nowej pracy.

Rynek był rozchwiany, a szczęście uśmiechnęło się do niej tylko w małej lokalnej agencji.

Ale obowiązków było tam dwa razy więcej niż wcześniej, a pensja — żałośnie niska, ledwie pokrywająca koszty jedzenia i dojazdów.

Kiedy Kirył usłyszał od przyszłej żony wysokość jej nowego wynagrodzenia, wpadł w autentyczne przerażenie.

Długo coś przeliczał na kalkulatorze, marszczył brwi i nerwowo chodził po pokoju.

— Nika, to katastrofa, — wydał werdykt, przeczesując włosy palcami.

— Z tymi twoimi nowymi groszami po prostu nie udźwigniemy wynajmu mieszkania w centrum.

A przecież planowaliśmy odkładać na wkład własny do kredytu hipotecznego!

Jeśli będziemy oddawać połowę mojej pensji obcemu człowiekowi za najem, ugrzęźniemy w długach na całe życie.

— I co mamy zrobić?

— w oczach Weroniki pojawiły się łzy rozpaczy.

— Może poszukamy czegoś skromniejszego?

Pokoju na obrzeżach?

Kawalerki w budującej się dzielnicy?

Kirył gwałtownie się zatrzymał i spojrzał na nią z entuzjazmem, który od razu wydał się Weronice podejrzany.

— Jest lepsza opcja.

Przeprowadźmy się do moich rodziców.

Tata sam wczoraj dzwonił, proponował, żebyśmy u nich trochę pomieszkali.

Mają ogromne trzypokojowe mieszkanie w starej kamienicy, miejsca wystarczy dla wszystkich.

Powiedział, że wydawanie szalonych pieniędzy na wynajem w naszej sytuacji to szczyt głupoty i ekonomicznego analfabetyzmu.

Przez rok, półtora odłożymy przyzwoitą sumę i kupimy własne mieszkanie.

Weronikę oblał lodowaty pot.

Przed oczami natychmiast stanęła jej surowa twarz pułkownika krytykującego jej paznokcie i spódnicę.

— Kirył, nie… proszę.

Nie sądzę, żebym mogła mieszkać pod jednym dachem z twoim ojcem.

On jest zbyt… specyficznym człowiekiem.

Pozagryzamy się w pierwszym tygodniu!

— Nika, ale jakie mamy wyjście?

— Kirył podszedł, wziął ją za ręce i spojrzał jej w oczy z nietypową twardością.

— Chcesz, żebyśmy głodowali przez dumę?

Tata jest normalny, jeśli nie narusza się jego spokoju.

Trochę wytrzymamy.

Dla naszej wspólnej przyszłości.

Weronika opuściła głowę, czując, jak ściany niewidzialnej pułapki powoli zaciskają się wokół niej.

Odpowiedziała cicho, z rezygnacją.

— Rzeczywiście nie ma wyjścia.

Dobrze, spróbujmy.

Sam ślub, ku zdziwieniu, przebiegł gładko, a nawet wesoło.

Weronika do ostatniej chwili czekała na jakiś podstęp, ale Wiktor Pietrowicz, ubrany w surowy galowy garnitur, zachowywał się z podkreśloną powściągliwością.

Nie wygłaszał niekończących się toastów, nie pchał się z pouczeniami do gości, choć po jego kamiennie nieprzeniknionej twarzy było wyraźnie widać, że wszystko, co działo się wokół — hałas, muzyka, tańce — budziło w nim głęboką odrazę.

Jakby odbywał obowiązkową służbę.

Po bankiecie zmęczeni, ale szczęśliwi nowożeńcy przyjechali do mieszkania rodziców.

Zasypiając na ogromnym łóżku w przeznaczonym dla nich pokoju, Weronika pozwoliła sobie się rozluźnić: „No i już, wszystko za nami.

Może pułkownik tylko przy ludziach się sroży, a w domu jest zwykłym emerytem?

Wszystko będzie dobrze”.

Jakże okrutnie się myliła.

— Dziesięć minut na zbiórkę!

Strój: codzienny, schludny.

Stawić się w salonie na poranny apel!

— ten wrzeszczący rozkaz Wiktora Pietrowicza, który nastąpił zaraz po bezceremonialnym zerwaniu kołdry, sprawił, że Weronika podskoczyła na łóżku.

Skuliła się, przyciskając do piersi poduszkę, czując się absolutnie bezbronna w swojej półprzezroczystej koronkowej koszuli nocnej.

Teść nawet nie pomyślał, żeby się odwrócić albo przeprosić.

Obrócił się na pięcie i wojskowym krokiem wyszedł z sypialni, głośno trzaskając drzwiami.

Drżącymi rękami Weronika chwyciła telefon leżący na stoliku nocnym.

Na ekranie świeciły cyfry: 07:30.

— Siódma trzydzieści rano?!

— wyszeptała w pustkę, nie wierząc własnym oczom.

— W niedzielę?!

Po ślubie?!

Odwróciła głowę, mając nadzieję znaleźć ochronę u męża, ale druga połowa łóżka była pusta i zdążyła już wystygnąć.

Kiryła nie było w pokoju.

Szybko, plącząc się w nogawkach domowych spodni i gorączkowo zapinając guziki zapiętej koszuli, Weronika doprowadziła się do porządku.

Serce waliło jej w piersi od niesprawiedliwości i narastającego gniewu.

Wyszła na korytarz i skierowała się do przestronnego salonu.

Tam czekała już na nią cała rodzina, przypominając zastygłą scenę z radzieckiego teatru.

Wiktor Pietrowicz zasiadał na czele masywnego dębowego stołu.

Po jego prawej stronie, wyprostowany, siedział Kirył — był już gładko ogolony, uczesany i ubrany w surowy sweter.

Nieco dalej, na skraju krzesła, przysiadła Irina Wasiljewna, wpatrując się w obrus.

— Siadać!

— krótko, jak do psa, rozkazał pułkownik, wskazując puste krzesło obok Kiryła.

Weronika ani drgnęła.

Uraza i duma domagały się natychmiastowej riposty.

— Wiktorze Pietrowiczu, dlaczego rozmawia pan ze mną takim tonem?

Nie jestem pana podwładną ani psem, żeby wykonywać komendy!

— powiedziała dźwięcznie, krzyżując ręce na piersi.

Kirył natychmiast pobladł, zerwał się z miejsca, chwycił ją za rękę i niemal siłą posadził na krześle, błagalnie szepcząc jej do ucha.

— Nika, na litość boską, zamilcz.

Nie złość go.

Potem wszystko omówimy, na osobności.

Proszę, po prostu go wysłuchaj.

Pułkownik powoli przeniósł swoje ciężkie spojrzenie na synową, a w jego oczach zapłonął zły błysk wyższości.

— Anastazjo… to znaczy Weroniko.

Od dziś jesteś oficjalnym członkiem mojej rodziny i mieszkasz na moim terytorium.

To znaczy, że jesteś zobowiązana bezwzględnie przestrzegać zasad tego domu.

Mój dom — moje prawa.

Nie ma tu miejsca na chaos, lenistwo i rozlazłość.

Słuchaj uważnie i zapamiętuj, nie mam zwyczaju powtarzać dwa razy.

Wiktor Pietrowicz wyjął z kieszeni złożoną na czworo kartkę papieru, starannie wygładził ją ogromną dłonią i zaczął czytać równym, monotonnym, nieznoszącym sprzeciwu głosem.

Zasada pierwsza.

Surowy rozkład dnia.

Cisza nocna dla wszystkich członków rodziny — dokładnie o 22:00.

Pobudka w dni robocze — o 6:00, w weekendy i święta — o 7:30.

Żadnych wyjątków i wylegiwania się w łóżku.

Zasada druga.

Podział dyżurów domowych.

Od teraz przygotowanie śniadania dla całej rodziny jest twoim osobistym obowiązkiem.

Gorące, świeże jedzenie ma stać na stole dokładnie dwadzieścia minut po pobudce.

Zasada trzecia.

Wspólne posiłki.

Siadamy do stołu tylko wszyscy razem.

Żadnego chaotycznego podjadania, nocnego chodzenia do lodówki i jedzenia w pokojach.

Chcesz jeść — czekasz na wspólne zebranie.

Zasada czwarta.

Dyscyplina finansowa.

Od dziś jesteś zobowiązana wpłacać do wspólnego funduszu rodzinnego dokładnie 30% swoich miesięcznych zarobków.

Pieniądze oddajesz mnie osobiście w dniu otrzymania pensji.

To opłata za media i amortyzację mieszkania.

Zasada piąta.

Wygląd zewnętrzny.

Poza swoją sypialnią masz obowiązek pojawiać się w pełni ubrana, uczesana i umyta.

Żadnych szlafroków, piżam, rozczochranych włosów i gołych nóg.

Trzymamy fason nawet w domu.

Zasada szósta.

Wzajemna pomoc.

Jeśli jesteś w domu, a Irina Wasiljewna potrzebuje pomocy w gospodarstwie — sprzątanie, pranie, prasowanie, robienie przetworów — rzucasz wszystkie swoje sprawy i bez szemrania jej pomagasz.

Zasada siódma.

Czas osobisty.

Przydziela ci się dokładnie dwie godziny wolnego czasu na dobę: jedną godzinę rano, po śniadaniu, i jedną godzinę wieczorem, przed ciszą nocną.

Tym czasem możesz rozporządzać według własnego uznania.

Zasada ósma.

Kultura fizyczna.

W zdrowym ciele zdrowy duch.

Masz obowiązek uprawiać sport.

Na początku osobiście będę kontrolował twoje treningi, normy i poprawę formy fizycznej.

Zasada dziewiąta.

Czystość rodu.

Kiedy ty i Kirył zdecydujecie się na dziecko, po jego narodzinach zostanie wykonany oficjalny test DNA.

To nie podlega dyskusji.

Muszę mieć stuprocentową pewność, że wychowuję prawowitego dziedzica mojego nazwiska, a nie cudze dziecko.

Zasada dziesiąta, najważniejsza.

Wszelkie rozkazy, polecenia i uwagi głowy rodziny, czyli mnie, wykonuje się natychmiast, bezwzględnie i bez dyskusji.

Weronika słuchała tego absurdalnego wykazu, czując, jak uginają się pod nią nogi.

Gorączkowo rozejrzała się po obecnych, szczerze licząc, że zobaczy na ich twarzach choć cień uśmiechu.

Wydawało jej się, że zaraz Kirył wybuchnie śmiechem, obejmie ją i powie: „No jak cię nabraliśmy?

To przecież tradycyjny wojskowy żart dla młodej synowej!”

Ale nikt się nie śmiał.

Kirył siedział, wpatrując się w swój talerz, a Irina Wasiljewna cichutko wzdychała, niepostrzeżenie ocierając łzę brzegiem fartucha.

Wiktor Pietrowicz starannie złożył kartkę i schował ją z powrotem do kieszeni.

— Dzisiaj, uwzględniając twój okres adaptacyjny i wczorajszą uroczystość, okazałem wielkoduszność.

Pozwoliłem ci wstać później niż zwykle, wyjść do salonu bez wcześniejszej toalety i zwolniłem cię z przygotowania śniadania.

Irina Wasiljewna wszystko zrobiła sama.

Ale od jutra rano regulamin wchodzi w życie w pełnym zakresie.

Są pytania?

Weronika z trudem przełknęła gulę podchodzącą do gardła.

— A jeśli odmówię wykonywania tych pańskich… szalonych zasad?

Jeśli nie chcę żyć według regulaminu kolonii karnej o zaostrzonym rygorze?

Oczy pułkownika zwęziły się, zamieniając w dwie lodowate szczeliny.

Atmosfera w pokoju w jednej chwili ochłodziła się chyba o dziesięć stopni.

— Wtedy będziesz musiała opuścić to mieszkanie w ciągu dwudziestu czterech godzin.

Albo przyjąć odpowiednią karę za nieposłuszeństwo i naruszenie dyscypliny.

Trzeciej możliwości nie ma.

Weronika wycisnęła z siebie nerwowy, przestraszony uśmiech.

— I co pan zrobi?

Wsadzi mnie pan do karceru o chlebie i wodzie?

Zwiąże mnie pan?

Jej słaba próba ironii rozbiła się o ciężkie, ołowiane spojrzenie teścia.

Na jego twarzy nie było ani kropli humoru — tylko absolutna, przerażająca pewność własnej racji i nieograniczonej władzy nad tymi ścianami.

— Idź do swojego pokoju i ubierz się jak należy, — lodowatym tonem rozkazał pułkownik.

— Za dwadzieścia minut jemy śniadanie, a potem czekam na ciebie na podwórzu, na boisku sportowym.

Będziemy likwidować twoją zadyszkę i nadwagę.

Biegiem marsz!

Ten dzień zamienił się dla Weroniki w prawdziwe piekło na ziemi.

Nie pozwolono jej usiąść ani na minutę.

Najpierw teść wygonił ją na stadion, gdzie zmuszał ją do biegania okrążeń po oblodzonej bieżni, bezlitośnie mierząc czas stoperem.

Kiedy Weronika, dusząc się i chwytając za kłujący bok, opadała na ławkę, podchodził i ryczał: „Wstać!

W grobie odpoczniesz!

Jeszcze dwa okrążenia i dziesięć pompek od ławki!”

Po tej egzekucji, kiedy mięśnie drżały jej ze zmęczenia, a przed oczami ciemniało, odpoczynek nie nastąpił.

W domu czekała już na nią Irina Wasiljewna.

Weronikę obciążono ciężkimi pracami domowymi: myciem okien, czyszczeniem ogromnych dywanów starym, ciężkim odkurzaczem, a potem teść pogonił ją i matkę do supermarketu — dźwigać niemożliwe do uniesienia torby z zakupami na cały tydzień.

Wieczorem Weronika dosłownie runęła na łóżko, czując się jak pobita.

Każda komórka ciała bolała ją od nietypowego, wyniszczającego wysiłku.

Jednak zasnąć nie zdołała.

Od dzieciństwa była typową „sową”: szczyt jej aktywności umysłowej i natchnienia przypadał na nocne godziny, przywykła zasypiać nie wcześniej niż o pierwszej albo drugiej w nocy.

Po półgodzinnej męce w ciemności, przy monotonnym chrapaniu zmęczonego Kiryła, Weronika ostrożnie, starając się nie hałasować, wyjęła z torby służbowy laptop.

Założyła słuchawki, postanawiając obejrzeć lekki film, żeby jakoś odciągnąć myśli od stresu i rozluźnić napięte nerwy.

Popełniła przy tym fatalny błąd — nie wzięła pod uwagę, że cienki pasek światła z ekranu zdradliwie przebija się spod drzwi na ciemny korytarz.

Nie minęło dziesięć minut, gdy drzwi sypialni rozwarły się od silnego kopnięcia.

Do pokoju wdarł się Wiktor Pietrowicz.

W samych luźnych majtkach i podkoszulku wyglądał jeszcze groźniej.

— Naruszenie trybu snu nocnego!

Używanie zakazanych urządzeń elektronicznych po ciszy nocnej!

— zaryczał, doskoczył do łóżka i jednym gwałtownym ruchem wyrwał laptop z rąk oszołomionej dziewczyny.

— Oddajcie!

To moja rzecz!

Moja osobista własność, nie ma pan prawa!

— krzyknęła przez łzy Weronika, próbując odzyskać komputer.

— W moim domu nie ma osobistej własności, są tylko środki zapewnienia funkcjonowania!

— uciął pułkownik, chowając laptop pod pachę.

— Dostaniesz swoje mienie jutro rano, po biegu.

A teraz spać!

Komenda „cisza nocna” została wydana dwie godziny temu!

— Nie mogę zasnąć!

Rozumie pan to swoim wojskowym mózgiem czy nie?!

Nie jestem przyzwyczajona kłaść się o dziesiątej wieczorem, mój organizm działa inaczej!

— Weronika zerwała się na krzyk.

Teść zatrzymał się w drzwiach i powoli odwrócił do niej.

— Jeśli nie możesz zasnąć, Anastazjo, oznacza to tylko jedno: w ciągu dnia pracowałaś zbyt mało jakościowo i wytrwale.

Twój organizm nie zużył energii.

Jutro twoje obciążenie fizyczne zostanie podwojone.

A od jutra osobiście będę odłączał router Wi-Fi w całym mieszkaniu dokładnie o 21:55.

Żeby nie powstawały pokusy.

Kliknął włącznikiem, pogrążając pokój w ciemności, i wyszedł, głośno zamykając za sobą drzwi.

Weronika została na łóżku, dusząc się od bezgłośnych łez.

W tym momencie z drugiej strony poduszki rozległ się niezadowolony, senny głos obudzonego Kiryła.

— I po co urządziłaś ten cyrk?

Trudno było nakryć się kołdrą po głowę, jak my wszyscy robimy?

Teraz przez twoją głupotę będzie odcinał internet na noc.

Ani w telefonie posiedzieć, ani poczty sprawdzić przed snem.

Dzięki wielkie, przysłużyłaś się.

Weronika zamarła, porażona jego słowami.

W ciemności wpatrywała się w sylwetkę męża i z przerażeniem rozumiała: on nie żartuje.

Nie zamierza jej bronić.

Szczerze obwinia o wszystko ją, a nie swojego obłąkanego ojca.

Ciągnęły się długie, szare tygodnie, które zlały się dla Weroniki w nieskończony, wysysający duszę „dzień świstaka” o twardym wojskowym zabarwieniu.

Jej życie przypominało teraz pobyt w batalionie dyscyplinarnym.

Każdego bożego dnia budziła się pod donośny krzyk teścia, w biegu zaplatała warkocz, wlokła się do kuchni, gdzie pod nadzorem Wiktora Pietrowicza przygotowywała kaszę albo omlet dla czworga.

Potem biegła do pracy, która wydawała jej się teraz jedyną wyspą względnej wolności.

Wieczorem wracała do mieszkania-koszar, bez słowa pomagała teściowej w domu, a równo o dziesiątej padała na łóżko i godzinami męczyła się z bezsennością, patrząc w sufit.

Najgorsze było to, że Wiktor Pietrowicz szczerze wyobraził sobie siebie jako Pigmaliona, który postanowił ulepić z „zepsutej cywilizacją” synowej, jak sam mówił, „prawdziwego, pełnowartościowego i godnego człowieka”.

Najpierw zakaz objął wszystkie jej kosmetyki i manicure.

„Wszystkie te wasze babskie ozdóbki, pomadki, kremy i lakiery to namiastki maskujące lenistwo i przywary,” autorytatywnie oświadczał teść, stojąc nad nią podczas śniadania.

„Czyste, starannie zebrane włosy, twarz umyta mydłem i krótko obcięte, czyste paznokcie — oto prawdziwa godność radzieckiej kobiety.

Reszta pochodzi od złego.”

Potem pułkownik urządził sprawdzian jej umiejętności domowych.

Zmuszał Weronikę, by po kilka razy ręcznie prała jego koszule, jeśli znajdował na nich najmniejszą niedostrzeżoną plamkę, i ponownie polerowała jego chromowe buty, dopóki nie widział w nich swojego idealnego odbicia.

Następnie przyszła kolej na gotowanie.

Tutaj kontrolę nad Weroniką przejęła Irina Wasiljewna.

Ta cicha, zastraszona kobieta zdawała się dawno utracić własne „ja”, zamieniając się w bezwolny cień męża.

— Weroniko, dziecinko, posłuchaj mnie, — przestraszona szeptała teściowa, nerwowo oglądając się na drzwi kuchni.

— Ziemniaki do zupy krój w duże kostki, mniej więcej dwa na dwa centymetry.

A marchewkę przeciwnie — w najcieńsze słupki.

Jeśli Wiktor Pietrowicz zobaczy okrągłe plasterki marchewki albo drobne ziemniaki, nie będzie jadł.

Będzie awantura.

Nie, nie, spójrz, odcięłaś za dużo!

Trzeba o dwa milimetry mniej, błagam cię, popraw!

„Co za dzicz… Co za niesłychany, paranoiczny bełkot!” myślała Weronika, czując, jak w środku gotuje się głucha furia.

„Jaki normalny człowiek mierzy kostki ziemniaków w talerzu zupy?

On tam siedzi z linijką?”

Okazało się, że siedzi.

Tego samego wieczoru Wiktor Pietrowicz, nabrawszy łyżką barszczu przygotowanego przez Weronikę, zastygł z obrzydzeniem.

Uważnie obejrzał zawartość łyżki, potem powoli podniósł oczy na synową.

Bez jednego słowa pułkownik wstał, wziął ciężki garnek z gorącą zupą, równym krokiem skierował się do toalety i z hałasem wylał całą pięciolitrową pracę Weroniki do sedesu.

Wróciwszy do kuchni, z hukiem postawił pusty, parujący garnek przed pobladłą dziewczyną i krótko, ze stalą w głosie, rozkazał.

— Naruszenie technologii przygotowania posiłku.

Zupa niezdatna do spożycia przez skład osobowy.

Przerobić.

Od zera.

Czas ruszył.

Innym razem Weronika popełniła jeszcze jeden „niewybaczalny błąd” — ośmieliła się naruszyć świętą zasadę zakazu nieautoryzowanych przekąsek.

Dzień w pracy był szalony, nie udało jej się zjeść obiadu, a wieczorem w brzuchu dosłownie burczało jej z głodu.

Nie doczekawszy oficjalnej kolacji, zaplanowanej dopiero za półtorej godziny, zakradła się do kuchni, ukroiła kawałek chleba z kiełbasą i już wracała do swojego pokoju, ukrywając kanapkę za plecami.

Ale przy wyjściu z korytarza przechwycił ją Wiktor Pietrowicz, niczym doświadczony pogranicznik.

— Anastazjo, stój!

— jego głos sprawił, że drgnęła.

— Co masz w ręce?

Czy pamiętasz zasadę numer trzy naszego rodzinnego regulaminu dotyczącą przyjmowania posiłków?

— Wiktorze Pietrowiczu, jestem potwornie głodna!

— zawołała Weronika ze łzami w oczach, ściskając w dłoni nieszczęsną kanapkę.

— Miałam ciężki dzień, nie jadłam obiadu!

Kręci mi się w głowie z głodu!

— Jeśli nie najadasz się podczas głównych posiłków, oznacza to, że twoja dobowa racja zostanie przeanalizowana i zwiększona kosztem kaloryczności kasz, — absolutnie spokojnym, drewnianym głosem odpowiedział teść.

— A teraz idź do kosza i wyrzuć tę kanapkę.

Natychmiast.

— Ale to przecież absurd!

To marnowanie produktów, w końcu!

Tak nie wolno, to grzech!

— oburzyła się Weronika, próbując go obejść.

Pułkownik zrobił krok w bok, całkowicie blokując jej przejście masywnymi ramionami.

— Całkowicie słusznie.

Wyrzucanie dobrego jedzenia to przestępstwo.

I to przestępstwo teraz w całości spadnie na twoje sumienie, Anastazjo.

Musisz nauczyć się żelaznej dyscypliny i odpowiedzialności, jeśli chcesz żyć z moim synem i w przyszłości rodzić mi zdrowe, psychicznie stabilne wnuki.

Wyrzucaj.

„Idź do diabła!

Nikogo ci w tym więzieniu nie będę rodzić!

Nigdy w życiu!” pomyślała Weronika z wściekłością i zaciekłością.

Zamachnęła się i cisnęła kanapkę do kosza, po czym głośno szlochając, uciekła do swojego pokoju.

Rozwiązanie tej tyranii nastąpiło tydzień później.

Z powodu chronicznej bezsenności i dzikiego zmęczenia Weronika popełniła fatalną pomyłkę — zwyczajnie zaspała.

Budzik w telefonie z jakiegoś powodu nie zadzwonił, a kiedy otworzyła oczy, na zegarku było już 06:15.

Rozumiejąc, że katastrofalnie spóźnia się z przygotowaniem śniadania i zaraz zacznie się kolejny skandal, Weronika w panice wyskoczyła z łóżka.

Zapominając o wszystkich zasadach wyglądu, wybiegła na korytarz taka, jaka była — w pogniecionej koszuli nocnej, z potarganymi włosami i boso — i pobiegła do kuchni.

Tam już czekał na nią Wiktor Pietrowicz ze skrzyżowanymi na piersi rękami.

Na jego nadgarstku demonstracyjnie tykał ciężki komandorski zegarek.

— Anastazjo, odnotowuję dwa najpoważniejsze naruszenia porządku regulaminowego, — lodowatym tonem powiedział.

— Pierwsze: przespałaś czas pobudki o piętnaście minut, zakłócając harmonogram zapewnienia rodzinie wyżywienia.

Drugie: opuściłaś rejon swojego pokoju w nieodpowiednim, półnagim wyglądzie, okazując skrajny brak szacunku starszym stopniem.

W tym momencie w Weronice coś ostatecznie pękło.

Zmęczenie, krzywda, złość i upokorzenie nagromadzone przez te miesiące wyrwały się na zewnątrz potężnym, niekontrolowanym strumieniem.

Zrobiła krok prosto ku teściowi, patrząc mu w oczy.

— Tak!

Zaspałam!

I tak — wyszłam w koszuli nocnej!

I wie pan co?

Gówno mnie obchodzą pańskie nienormalne, schizofreniczne zasady!

Nic strasznego się nie stanie, apokalipsa nie nadejdzie, jeśli raz sam przygotuje pan sobie tę swoją cholerną kaszę!

Jest pan chorym człowiekiem, Wiktorze Pietrowiczu!

Pan powinien się leczyć, a nie rozkazywać ludziom!

Twarz pułkownika natychmiast nabiegła purpurową czerwienią, żyły na czole nabrzmiały, stając się podobne do grubych powrozów.

— Kiedy przekroczyłaś próg mojego domu, automatycznie przyjęłaś jego warunki, — powiedział cicho, ale z tak straszną siłą, że Weronika miała ochotę się skulić.

— Jeśli coś ci się nie podoba, nikt cię tu nie trzyma, drzwi są otwarte.

Ale dopóki tu jesteś — będziesz się podporządkowywać.

— Doskonale pan wie, że teraz nie mam dokąd iść!

Moja pensja nie pozwala wynająć nawet pokoju, a wszystkie oszczędności poszły na ślub!

Co pan zrobi?

Wyrzuci mnie zimą na ulicę w samej piżamie?

— krzyczała Weronika.

— Nie.

Na ulicę cię nie wyrzucę.

Nie jestem potworem.

Po prostu cię ukarzę.

Ograniczę twoją wolność dla twojej własnej poprawy, — spokojnie odpowiedział.

Zanim Weronika zdążyła zrozumieć jego słowa, Wiktor Pietrowicz żelaznym chwytem zacisnął dłoń na jej nadgarstku.

Jego palce ścisnęły jej rękę jak stalowe imadło.

Nie zwracając uwagi na jej krzyki, kopanie i próby wyrwania się, dosłownie wywlókł ją z kuchni, przeciągnął długim korytarzem i z siłą wepchnął do jej i Kiryła sypialni.

Jednym sprawnym ruchem wyrwał z jej kieszeni telefon komórkowy, który tam leżał, wyszedł z pokoju i głośno przekręcił klucz w zamku od zewnątrz.

— Osiem godzin odosobnienia w zamkniętej przestrzeni na przemyślenie swojego zachowania, — rozległ się zza drzwi jego głuchy, pozbawiony emocji głos.

Weronika w przerażeniu podbiegła do drzwi i zaczęła w nie wściekle walić pięściami.

— Oszalał pan?!

Proszę mnie natychmiast wypuścić!

Za godzinę muszę być w pracy!

Jeśli nie przyjdę, dostanę karę za nieobecność albo w ogóle mnie zwolnią!

Niszczy pan moje życie!

— Sama jesteś winna, Anastazjo.

To logiczna konsekwencja twoich własnych świadomych przewinień i braku szacunku wobec starszych.

Posiedź w ciszy, bez urządzeń, i pomyśl, jak mogłaś uniknąć tej sytuacji, gdybyś po prostu wstała i ubrała się na czas.

A ponieważ przebywasz na areszcie, racja obiadowa ci nie przysługuje.

Jedzenie otrzymasz dopiero podczas wspólnej kolacji, wieczorem.

Weronika nadal krzyczała i waliła w drzwi, aż rozbolały ją ręce.

Po pół godzinie usłyszała, jak na korytarzu zakrzątnął się Kirył, szykując się do pracy.

— Kirył!

Kirył, błagam cię, otwórz drzwi!

Twój ojciec zwariował, zamknął mnie!

Wypuść mnie, muszę do pracy!

— krzyknęła z nadzieją.

Ale mąż nawet nie podszedł do drzwi.

Dotarło do niej tylko jego ciche, zirytowane westchnienie i szelest kurtki.

Kirył po prostu milcząco wyszedł, tchórzliwie uciekając od konfliktu i zostawiając żonę pod kluczem.

Wkrótce Weronika zrozumiała, że teść na dodatek wyłączył router Wi-Fi w całym mieszkaniu.

Bez telefonu i internetu znalazła się w całkowitej, absolutnej izolacji informacyjnej.

Naprawdę nie pozostawało jej nic innego, jak siedzieć na łóżku i myśleć.

Godziny ciągnęły się nieznośnie wolno.

Cień od ramy okiennej leniwie pełzł po przeciwległej ścianie, odmierzając minuty jej upokorzenia.

Wewnątrz Weroniki w tych godzinach dokonywała się tektoniczna przebudowa mentalna.

Strach i łzy stopniowo wyparowały, ustępując miejsca zimnej, krystalicznie czystej i zaciekłej nienawiści.

Podeszła do dużego lustra stojącego w kącie, spojrzała na swoje blade odbicie z oczami opuchniętymi od płaczu i stanowczo, wyraźnie powiedziała.

— Ucieknę z tego obozu.

Choćby nie wiem co.

Wyszarpnę swoją wolność.

Odłożę każdy grosz, znajdę dodatkową pracę, wynajmę jakikolwiek najbrudniejszy kąt, ale wyjadę stąd.

I nawet jeśli Kirył na kolanach będzie błagał mnie, żebym została — odejdę.

Moje życie należy tylko do mnie.

Wieczorem, kiedy zamek wreszcie szczęknął i drzwi się otworzyły, Weronika najpierw rzuciła się na męża, który wrócił z pracy.

Wciągnęła go do pokoju i, ledwie powstrzymując krzyk, wysyczała.

— Słyszałeś… przecież wszystko rano słyszałeś, Kirył!

Słyszałeś, jak twój szalony ojciec mnie zamknął, jak błagałam o pomoc!

Dlaczego nie otworzyłeś drzwi?!

Dlaczego mnie zdradziłeś?!

Kirył westchnął zmęczony, rzucił teczkę na fotel i zaczął starannie zdejmować krawat, nawet nie patrząc na żonę.

— Bo sama jesteś winna, Nika.

Ojciec ma rację: złamałaś zasady, urządziłaś histerię, nagadałaś mu świństw.

Nic strasznego ci się nie stało, pomyśleć tylko — posiedziałaś jeden dzień w domu, w cieple, odpoczęłaś od pracy.

Ja w dzieciństwie i młodości za najmniejsze przewinienie siedziałem pod kluczem po tygodniu, bez telewizora i książek, i nic — wyrosłem na człowieka, jak widzisz.

Dyscyplina jeszcze nikomu nie zaszkodziła.

Weronika cofnęła się od niego, czując, jak w środku wszystko lodowacieje z przerażenia.

— To nie dyscyplina, Kirył… To średniowieczne tortury, to przemoc psychiczna!

Rozumiesz, że twój ojciec jest domowym tyranem i sadystą, a ty — jego wiernym niewolnikiem ze złamaną psychiką?

Nie chcę tu zostać ani jednej minuty dłużej!

Wyjedźmy, już jutro!

Wynajmiemy mały pokój w mieszkaniu komunalnym, kawalerkę na obrzeżach, wystarczy nam pieniędzy, jeśli ograniczymy wydatki!

Proszę, uratuj nasze małżeństwo!

Kirył odwrócił się do niej, a jego twarz przybrała dokładnie taki sam zimny, nieprzenikniony wyraz jak twarz ojca.

— Może zamiast wydawać kupę pieniędzy na wynajem kątów, powinnaś po prostu nauczyć się żyć według zasad naszej rodziny?

Pomyśl głową, wyłącz emocje: co złego jest w wymaganiach taty?

Przestrzeganie prawidłowego rytmu dnia jest korzystne dla zdrowia.

Normalne, punktualne jedzenie domowych posiłków jest świetne dla żołądka.

Uprawianie sportu na świeżym powietrzu wzmacnia odporność.

We wszystkim trzeba szukać plusów, Nika.

Podszedł bliżej i spróbował wziąć ją za ramiona, ale Weronika odskoczyła.

Kirył kontynuował.

— Ojciec jest surowy, ale się o nas troszczy.

W zeszłym tygodniu, kiedy zaczęła się ulewa, specjalnie uruchomił samochód i przyjechał po ciebie pod biuro, żebyś nie przemoczyła nóg i nie szła w deszczu.

A kiedy trzy dni temu przeziębiłaś się i leżałaś z gorączką, sam poszedł do apteki i kupił ci najdroższe importowane lekarstwa.

Teraz jesteś częścią naszej rodziny i on troszczy się o ciebie tak, jak umie.

— Tak… plusy oczywiście są, — przez zęby wycedziła Weronika, czując, jak do gardła podchodzi jej mdłość.

— Ale za te wątpliwe „plusy” i krople troski nie jestem gotowa oddawać swojej wolności, osobowości i prawa decydowania, kiedy mam spać i co nosić!

— A więc tak, Weroniko, powiem ci wprost i tylko raz, — Kirył zmarszczył brwi, a w jego głosie pojawiły się ojcowskie, pułkownikowskie nuty.

— Jestem kategorycznie przeciwny jakiejkolwiek przeprowadzce.

Nie mamy na to zbędnych pieniędzy i nie zamierzam wyrzucać swoich ciężko zarobionych środków w błoto z powodu twoich kaprysów.

Pogódź się z tym, uspokój swoje ambicje i postaraj się wreszcie dorównać poziomowi naszej rodziny.

„Wszystko jasne.

Na Kiryła nie mogę już liczyć.

Jest całkowicie złamany przez ten system, jest jego częścią,” ostatecznie uświadomiła sobie Weronika.

„Będę musiała ratować się sama.

Wybacz, ukochany, ale moja wolność i zdrowie psychiczne są dla mnie stokroć cenniejsze niż twój komfort pod skrzydłem tatusia.”

Od następnego ranka Weronika radykalnie zmieniła taktykę zachowania.

Przemieniła się w tę właśnie „idealną, pokorną synową”, o której tak namiętnie marzył Wiktor Pietrowicz.

Wstawała za pięć szósta, nie czekając na krzyk teścia.

Szybko doprowadzała się do nienagannego wyglądu, wychodziła do kuchni i przygotowywała wystawne, obfite śniadania.

Nakrywała do stołu z dokładnością co do milimetra, układając sztućce ściśle pod linijkę.

Ziemniaki do wieczornej zupy kroiła teraz z idealną geometryczną dokładnością, jakby pracował nad nimi zawodowy szef kuchni.

Podczas porannego zebrania Wiktor Pietrowicz z zadowoleniem obejrzał nakryty stół, nabrał łyżkę kaszy i ze zdobywczym, pobłażliwym uśmiechem spojrzał na synową.

— No proszę, Anastazjo, zupełnie inna sprawa!

Potrafisz, kiedy chcesz.

Zaledwie osiem godzin zdrowej izolacji i rozmowy profilaktycznej — i jaki wspaniały, jakościowy rezultat!

Dyscyplina czyni cuda.

Weronika pokornie spuściła oczy, nakładając na twarz maskę głębokiej skruchy.

— Proszę mi wybaczyć moją poprzednią głupią histerię, Wiktorze Pietrowiczu.

Miał pan absolutną rację.

Dał mi pan schronienie w swoim domu, a ja okazałam brak szacunku.

Jestem panu ogromnie wdzięczna za naukę i troskę.

A w środku w tej chwili szalał w niej zimny, wyrachowany głos.

„Ciesz się, stary tyranie, świętuj swoje pozorne zwycięstwo, póki możesz!

Każde twoje słowo, każde upokorzenie przybliża dzień mojego triumfu.

Gdy tylko nadarzy się najmniejsza okazja — zniknę stąd tak, że nigdy mnie nie znajdziecie.”

Aby jak najrzadziej przebywać w dusznej atmosferze mieszkania-koszar, Weronika rzuciła się w pracę z całych sił, nie oszczędzając siebie.

Przychodziła do biura wcześniej niż wszyscy, zostawała do późna, dobrowolnie brała na siebie najtrudniejsze, rutynowe projekty i zadania po godzinach.

Praca stała się dla niej jedynym legalnym, oficjalnym pretekstem do wymigiwania się od wyczerpujących obowiązków domowych i treningów z teściem, ponieważ Wiktor Pietrowicz, jako człowiek starej daty, z szacunkiem odnosił się do pracy i „konieczności produkcyjnej”.

Jej nieludzkie wysiłki i oddanie sprawie nie pozostały niezauważone przez kierownictwo.

Po dwóch miesiącach takiej pracy dyrektor generalna agencji, Natalia Władimirowna, wezwała Weronikę do swojego gabinetu na poważną rozmowę.

— Weroniko, usiądź, — powiedziała łagodnie szefowa, przyglądając się zmęczonej, ale opanowanej dziewczynie.

— Uważnie obserwuję twoje wyniki przez ostatnie tygodnie.

Wykazujesz fantastyczną produktywność, dosłownie ciągniesz na sobie cały dział, mimo że na początku zdarzyła ci się ta niefortunna całodniowa nieobecność.

Bardzo potrzebujemy takich oddanych, silnych kadr.

Natalia Władimirowna zrobiła pauzę, przekładając papiery na biurku.

— Mam dla ciebie poważną propozycję.

Nasz oddział na Syberii się rozwija, uruchamiamy tam duży projekt i potrzebujemy antykryzysowej menedżerki marketingu.

Chcę zaproponować to stanowisko tobie.

Będzie się to wiązało z ogromną podwyżką pensji — od razu trzykrotną, plus solidne premie.

Ale jest jedno „ale”: stanowisko oznacza długie, częste delegacje, stałe wyjazdy po regionach.

Wiem, że całkiem niedawno wyszłaś za mąż, pewnie zechcesz pobyć w domu, z młodym mężem…

— Zgadzam się!

Zgadzam się absolutnie, bezwarunkowo, Natalio Władimirowno!

— niemal wykrzyknęła Weronika, nie pozwalając szefowej dokończyć.

Jej oczy dziko zabłysły nagle rozpaloną nadzieją.

Dyrektorka spojrzała na nią zdziwiona, poprawiając okulary.

— Oho… jaka ekspresja.

Cóż, cieszę się, że nie pomyliłam się co do twojej ambicji.

W takim razie przygotowujemy dokumenty.

Twój pierwszy wylot w delegację — już w ten weekend.

Przygotuj się.

Ze swojej pierwszej dwutygodniowej podróży służbowej Weronika wracała z dziwnym, ciężkim i sprzecznym uczuciem.

Tam, tysiące kilometrów od Moskwy, w przytulnym pokoju hotelowym, po raz pierwszy od długich miesięcy odetchnęła pełną piersią.

Na nowo poczuła upajający, zapomniany smak absolutnej osobistej wolności.

Nikt nie budził jej dzikim krzykiem o szóstej rano.

Mogła spokojnie spać do ósmej, a wieczorem spacerować po nieznanym mieście, chodzić do kina na późne seanse, zamawiać do łóżka niezdrową, pyszną pizzę i oglądać ulubione seriale do czwartej rano, nie bojąc się, że ktoś wyłamie drzwi i zabierze jej komputer.

Swoją drogą, Wiktor Pietrowicz kategorycznie nie aprobował jej gustów kulinarnych, uznając tylko „normalne, zdrowe radzieckie jedzenie, takie jak kasza i kapuśniak”.

Teraz, siedząc w samolocie zbliżającym się do stolicy, jasno rozumiała: wraca do klatki.

Do dusznego, szarego, strasznego więzienia.

Nawet wspomnienie tego, jak czule i mocno Kirył objął ją na lotnisku, nie poprawiało jej nastroju.

Przeciwnie, patrząc na męża, Weronika z lodowatą jasnością uświadomiła sobie straszną rzecz: wcale za nim nie tęskniła.

I nie była już pewna, czy została w niej choć kropla dawnej miłości do tego człowieka.

W domu, wszedłszy do ich sypialni, Weronika zmęczona opadła na dywanik i zaczęła powoli rozpakowywać walizkę.

W tym momencie jej telefon komórkowy, leżący na łóżku, cicho piknął, informując o wiadomości z banku.

Weronika niedbale odblokowała ekran, spojrzała na liczby i zamarła.

Zacisnęła powieki, potrząsnęła głową i znów spojrzała na wyświetlacz.

Kwota na jej koncie była po prostu astronomiczna — wpłynęła pierwsza pensja według nowej stawki, ogromne dodatki i rozliczenie delegacji.

Ręce dziewczyny zadrżały.

Nie wierząc własnym oczom, gorączkowo wybrała numer Natalii Władimirowny.

— Halo, Natalio Władimirowno?

Przepraszam, że przeszkadzam po godzinach… Przyszły mi pieniądze na kartę.

Tam jest jakaś gigantyczna suma, chyba księgowość popełniła błąd i przelała mi cudze środki!

Po drugiej stronie rozległ się miękki, zadowolony śmiech szefowej.

— Nie ma tu żadnego błędu, Weroniko.

To twoja oficjalna premia i bonusy za udane uruchomienie syberyjskiego projektu.

Niesamowicie nam pomogłaś, zaoszczędziłaś firmie miliony swoim precyzyjnym planem marketingowym.

Powiedz mi szczerze, czy możemy liczyć na twoje równie stuprocentowe zaangażowanie i gotowość do kolejnych długich wyjazdów w przyszłości?

— Tak!

Tak, Natalio Władimirowno!

— niemal krzyknęła do słuchawki Weronika, czując, jak po policzkach płyną jej łzy — ale teraz były to łzy bezgranicznego szczęścia i ulgi.

— W każdej chwili!

Jestem gotowa lecieć dokądkolwiek, choćby na koniec świata, choćby jutro!

Jestem gotowa pracować całą dobę!

W tym momencie drzwi sypialni uchyliły się i do pokoju zajrzał Kirył.

Z niezadowoleniem zmarszczył brwi, patrząc na żonę.

— Nika, dlaczego tak krzyczysz na cały dom?

Ojciec ogląda w salonie telewizję, przeszkadzasz mu.

Co to za krzyki?

Weronika powoli opuściła telefon.

Spojrzała na męża stojącego w drzwiach — tak poprawnego, wyprasowanego, posłusznego.

Potem przeniosła wzrok na swoją do połowy rozpakowaną walizkę, przypomniała sobie upragnione cyfry nowego salda na karcie bankowej, które dawały jej pełną niezależność finansową, i głęboko odetchnęła.

Maska idealnej synowej spadła z jej twarzy na zawsze.

— Kirył… musimy poważnie porozmawiać, — powiedziała stanowczo, bez cienia dawnej nieśmiałości.

— Rozwodzimy się.

Kirył osłupiał.

Szczęka dosłownie mu opadła, a oczy rozszerzyły się ze szczerego, głębokiego niezrozumienia.

— Co?.. Ty… ty teraz żartujesz, tak?

To jakiś głupi żart po ciężkiej podróży?

— wyjąkał, robiąc krok do pokoju.

— Nie żartuję, Kirył.

Jestem absolutnie poważna, jak nigdy w życiu, — spokojnie odpowiedziała Weronika, wstając z kolan.

— Już cię nie kocham.

I nie zostanę w tych szalonych wojskowych koszarach ani minuty dłużej.

Rozumiem, że dla ciebie to wszystko jest normą, że tak dorastałeś, że twój mózg od dzieciństwa został zdeformowany ojcowskim regulaminowym obłędem.

Ale z zewnątrz, dla każdego normalnego człowieka, całe wasze życie rodzinne jest głęboko chore, wypaczone i tyrańskie.

Odchodzę.

Natychmiast.

Mówiąc to, Weronika zaczęła szybko, garściami wyciągać swoje rzeczy z szafy i z rozmachem wrzucać je z powrotem do walizki i plastikowych toreb.

Dopiero w tym momencie, widząc jej gorączkowe, pewne ruchy, do Kiryła ostatecznie dotarło: ona nie blefuje.

To dzieje się naprawdę.

— Dokąd ty pójdziesz?!

Oszalałaś?!

O tej porze?!

Na dworzec, pod płot?!

— oburzył się, próbując przechwycić z jej rąk kolejną naręcz ubrań.

— Zginiesz sama z tymi swoimi groszami!

— Najpierw pojadę do dobrego hostelu albo hotelu, a jutro rano wynajmę świetne dwupokojowe mieszkanie w samym centrum, — z dumą i rozkoszą odpowiedziała Weronika, rzucając torbę na łóżko.

— Oficjalnie awansowałam, Kirył.

Moje dochody teraz wielokrotnie przewyższają twoje.

Mogę sobie pozwolić absolutnie na wszystko, czego zechcę.

I nie potrzebuję już do tego obok siebie mężczyzny, który nie potrafi obronić własnej żony przed własnym ojcem.

W tym momencie drzwi sypialni z hukiem otworzyły się na oścież.

W progu pojawiła się monumentalna postać Wiktora Pietrowicza.

Jego twarz wyrażała najwyższy stopień despotycznego niezadowolenia.

— Co to za nieautoryzowany wiec w rejonie jednostki?!

Dość gadania, już się przywitaliście, czas wolnej komunikacji zakończony!

Kirył — biegiem marsz na podwórze, myć i czyścić samochód do jutrzejszego wyjazdu.

Anastazja — natychmiast do kuchni, pomagać Irinie Wasiljewnie czyścić rybę na kolację.

Żywo, czas ruszył!

Weronika powoli się wyprostowała, odwróciła twarzą do pułkownika i spojrzała na niego z tak otwartą, szczerą pogardą i kpiną, że Wiktor Pietrowicz po raz pierwszy przez cały ten czas urwał i zdziwiony uniósł brwi.

— Nie pójdę czyścić pańskiej ryby, Wiktorze Pietrowiczu, — powiedziała Weronika z niewysłowioną, głęboką przyjemnością, delektując się każdym słowem.

— I na pańskie idiotyczne biegi też już nie pójdę.

Właśnie teraz rozwodzę się z pańskim synem.

A to oznacza, że od tej chwili jest pan dla mnie nikim.

Pustym miejscem.

Obcym, głęboko nieszczęśliwym starszym mężczyzną ze złamaną psychiką.

I wie pan co?

Uświadomienie sobie tego faktu jest najprzyjemniejszą i najpiękniejszą rzeczą, jaka spotkała mnie przez cały ten rok.

Pułkownik dosłownie zakrztusił się z oburzenia, jego twarz stała się purpurowa, otworzył usta, żeby wyrzucić z siebie potok ordynarnych wyzwisk i komend, ale Weronika lekkim, pewnym ruchem obeszła go, podchwyciła walizkę i ruszyła do wyjścia.

Ani Kirył, ani Wiktor Pietrowicz nie podjęli choćby jednej próby zatrzymania jej — stali pośrodku pokoju, jak rażeni piorunem, zamienieni w milczące pomniki własnej tyranii.

Minął dokładnie rok…

Weronika szła ruchliwą wiosenną ulicą w centrum miasta, wystawiając twarz na ciepłe, łagodne promienie słońca.

Przez ten rok jej życie zmieniło się nie do poznania.

Jej szefową, Natalię Władimirowną, przeniesiono na awans do głównego europejskiego biura firmy, a Weronika, dzięki swojemu talentowi i pracoholizmowi, zajęła jej fotel, zostając dyrektorką całego działu marketingu dużej agencji.

Radykalnie zmieniła styl: zrobiła odważną, modną krótką fryzurę, miała na sobie luksusowy designerski płaszcz, a na ustach lśniła ta sama ukochana klasyczna jaskrawoczerwona pomadka, która kiedyś tak rozwścieczyła jej byłego teścia.

Była wolna, odnosząca sukcesy i absolutnie szczęśliwa.

Nagle w tłumie przechodniów jej wzrok zaczepił się o boleśnie znajomą męską sylwetkę.

Naprzeciwko niej szedł Kirył.

Postawa wciąż idealna, sweter nienagannie wyprasowany.

Ale nie szedł sam.

Obok niego, mocno trzymając się jego ramienia, szła młoda, krucha dziewczyna.

Weronika mimowolnie spuściła wzrok na jej rękę — na serdecznym palcu wyraźnie błyszczała świeża obrączka.

Nowa żona.

Weronika na sekundę zwolniła krok, uważnie skanując nieznajomą wzrokiem.

To, co zobaczyła, sprawiło, że serce boleśnie ścisnęło jej się z litości.

Na twarzy dziewczyny nie było ani grama makijażu — blada, czysta skóra, umyta zwykłym mydłem.

Włosy były ciasno i nudno ściągnięte w mały kok na karku.

Spódnica — surowa, długa, wyprasowana z maniakalną dokładnością co do milimetra.

Buty lśniły lustrzanym, wojskowym blaskiem pasty.

Ale najstraszniejsze było jej spojrzenie.

Zastraszone, przestraszone, zgaszone spojrzenie istoty, która przez całą dobę żyje pod celownikiem cudzego totalnego nadzoru.

„Boże mój… Pływaliśmy, znamy to,” pomyślała Weronika ze smutnym uśmieszkiem.

„Kolejna ofiara pułkownikowskiego regulaminu.

Taśma produkcyjna złamanych losów działa bez przerwy.”

W tym momencie Kirył również zauważył Weronikę.

Zatrzymał się jak wryty, a jego oczy rozszerzyły się ze zdumienia i szoku.

Nie od razu rozpoznał w tej luksusowej, pewnej siebie kobiecie biznesu tę bladą, zapłakaną dziewczynę w koszuli nocnej, którą kiedyś zostawił pod kluczem.

Ale kiedy ostatecznie zrozumiał, kto stoi przed nim, w jego oczach natychmiast przemknął dziki, paniczny strach — zauważył, że jego była żona pewnym krokiem zmierza prosto ku nim.

Jednak sam Kirył interesował Weronikę najmniej na świecie.

Podeszła blisko, zignorowała jego przestraszone spojrzenie i popatrzyła prosto w zastraszone oczy jego nowej małżonki.

Zrównawszy się z nią, Weronika powiedziała cicho, ale maksymalnie wyraźnie i z naciskiem.

— Posłuchaj mojej dobrej rady, dziewczyno… Uciekaj.

Uciekaj z tych szalonych wojskowych koszar już teraz, zanim całkowicie zadepczą twoją osobowość i zniszczą twoją duszę.

Zasługujesz na dużo więcej, uwierz mi.

Dziewczyna przestraszona odsunęła się, przyciskając do ramienia Kiryła, i zagubiona wymamrotała.

— Co?.. Kim pani jest?

O czym pani w ogóle mówi?

Kirył, kto to jest?!

— Nie słuchaj jej, Anieczko, chodźmy szybciej!

To jakaś wariatka, miejska wariatka, nie zwracaj uwagi, — zdenerwował się Kirył, chwytając nową żonę za rękę i dosłownie odciągając ją chodnikiem.

Weronika odwróciła się i spojrzała za nimi.

Zdążyła zauważyć, jak w oczach Anieczki na sekundę przemknęło głębokie, świadome zrozumienie.

Dziewczyna wyraźnie domyśliła się, o jakie „koszary” chodzi, a na jej twarzy zastygł wyraz głębokiego, bolesnego zamyślenia.

Ziarno wątpliwości zostało skutecznie zasiane.

„Ciekawe, ile jeszcze takich naiwnych, głupiutkich dziewczyn będzie po mnie i po tej nieszczęsnej Anieczce?” rozmyślała Weronika, kontynuując drogę do ukochanej pracy.

„Tak, Kirył… Nigdy w życiu nie zaznasz prawdziwego, cichego rodzinnego szczęścia, dopóki twój obłąkany ojciec stoi za twoimi plecami ze swoją linijką i regulaminem służby wewnętrznej.

Nie wszyscy ludzie urodzili się po to, żeby żyć w koszarach.

Niektórzy urodzili się po to, żeby latać.”