— Jesteś po prostu straszydłem — rzuciła teściowa do synowej, nie podejrzewając, jak postąpi jej syn.

W warsztacie pachniało ostrą chemią, suchymi ziołami i ledwie wyczuwalnym zapachem starego drewna.

Dla nieprzygotowanego gościa ten zapach mógł wydawać się mdły,

ale dla Igora i Kariny był to zapach ich życia, ich dziwnego,

lecz trwałego symbiozy.

Karina, kobieta o kształtach, które artyści epoki renesansu opiewaliby w oleju,

lecz współczesne błyszczące magazyny nazwałyby „plus-size”, pochyliła się nad stołem.

W jej dłoniach, mocnych i pewnych, błyszczał skalpel

— jedyne narzędzie, które ufała wyłącznie sobie.

Nie była lekarzem.

Była taksydermistką, jedną z najlepszych w tej dziedzinie.

Muzea ustawiały się w kolejce, aby Karina przywróciła wygląd rzadkiego wymarłego gatunku lub zakonserwowała trofeum do prywatnej kolekcji.

— Za mocno naciągasz skórę na szyi

— zauważył Igor, nie odrywając się od swojego zajęcia.

Siedział w kącie, gdzie światło padało pod szczególnym kątem, oświetlając płytę przyszłych skrzypiec.

Igor był lutnikiem.

Tworzył instrumenty, które śpiewały głosami aniołów, choć sam twórca najczęściej milczał.

— Jeśli poluzuję, będzie wyglądał jak smutny spaniel, a to przecież stepowy wilk — odparła Karina, zręcznie operując igłą.

— Powinien budzić STRACH, a nie litość.

Igor uśmiechnął się tylko kącikami ust.

Kochał ją właśnie taką: nie jak idealnie uczesaną lalkę, lecz żywą, prawdziwą, pachnącą odczynnikami i trocinami.

Jej pełne kształty były dla niego symbolem ciepła i siły, a nie wadą.

Ale wiedział, że dla świata zewnętrznego, a szczególnie dla jego matki, Walentyny Georgijewny, Karina była „nieporozumieniem”.

— Dziś kolacja

— przypomniał i powietrze w warsztacie natychmiast stało się cięższe.

— Pamiętam.

Twoja mama, jej syrena-przyjaciółka Łarisa i wiadro trucizny na deser.

Założyłam zbroję.

— Karin…

— Nie, Igorze, szczerze.

Jestem zmęczona byciem uprzejmą.

Jeśli znów zacznie sugerować, że „zjadam” twój talent, nie ręczę za siebie.

— Nie pozwolę, żeby cię skrzywdziła.

— Zawsze tak mówisz.

Ale kiedy zaczyna swoją arię „męczennicy”, zamieniasz się w chłopca-skrzypka, który boi się fałszywej nuty.

Igor odłożył dłuto.

Drewno klonu, ciepłe i gładkie, chłodziło jego palce.

Wiedział, że jego żona ma rację.

Jego matka, Walentyna, przez całe życie grała rolę wielkiej męczennicy,

która położyła swoją karierę (której właściwie nie było, pracowała jako

administratorka w filharmonii) na ołtarzu wychowania syna.

Ten „ołtarz” wymagał codziennych ofiar.

Finansowych i moralnych.

— Dziś będzie inaczej — powiedział cicho Igor.

— Mam dla niej niespodziankę.

— Mam nadzieję, że nie jest to kolejny turnus w sanatorium, który skrytykuje?

— Nie.

Coś znacznie ciekawszego.

***

Mieszkanie Walentyny Georgijewny przypominało muzeum kiczu.

Ciężkie zasłony, pozłacane ramy z reprodukcjami obrazów, których nikt nie oglądał, oraz niezliczone porcelanowe figurki zbierające kurz.

Wszystko tutaj krzyczało o pretensjach do arystokracji, które rozbijały się o mieszczańską chciwość.

Przy stole siedziała już Łarisa — kobieta-głośnik, której córka uciekła na Sachalin tylko po to, by nie słuchać matczynych rad dotyczących życia osobistego.

Łarisa zajmowała się hodowlą miniaturowych szpiców i wydawało się, że przejęła od swoich pupili zwyczaj piskliwego obszczekiwania wszystkiego, co jej się nie podobało.

— O, pojawili się! — Łarisa machnęła ręką, na której błysnęły kiczowate pierścionki.

— Już myślałyśmy, że utknęliście w korku.

— Albo Karineczka znowu nie mogła przejść przez framugę drzwi?

Łarisa roześmiała się głośno, zadowolona ze swojego żartu.

Walentyna Georgijewna tylko drapieżnie się uśmiechnęła, poprawiając fryzurę.

— No po co tak, Laro?

Karina jest u nas… wyrazista.

Siadaj, dziecko, krzesło jest mocne, sprawdzałam.

Igor zacisnął szczęki tak, że mięśnie na jego twarzy zadrżały, ale milczał, wysuwając krzesło dla żony.

Karina usiadła z gracją królowej, ignorując złośliwość.

— Mamo, świetnie wyglądasz — powiedział sucho Igor.

— Staram się, synku, staram.

Dla kogo mam jeszcze żyć?

Twój ojciec, niech ziemia mu będzie lekką, nie widzi, jaka się stałam.

A ty… ty cały czas pracujesz.

A tak w ogóle, co z twoim warsztatem?

Dokumenty, o których rozmawialiśmy… przyniosłeś?

Oczy Walentyny błysnęły chciwym ogniem.

— Przyniosłem — Igor klepnął się w kieszeń na piersi.

— Ale najpierw kolacja.

Stół był zastawiony bogato, lecz bez duszy.

Sałatki kupione w delikatesach i przełożone do kryształowych misek, wędliny, które zdążyły już lekko obeschnięć.

— Jedz, Karina, jedz — zaśpiewała słodkim głosem teściowa.

— Dieta i tak ci już nie pomoże, więc przynajmniej będziesz miała przyjemność.

— Walentyno Georgijewno — Karina uśmiechnęła się, a ten uśmiech przypominał wyszczerzone zęby wilka, którego niedawno wypychała.

— Pańska troska jest wzruszająca.

Dokładnie jak u pająka, który owija muchę.

Ale ja nie jestem muchą.

I mam świetny apetyt, bo pracuję, a nie plotkuję.

Łarisa zakrztusiła się winem.

— Co za bezczelność!

Wala, słyszysz?

Tak ona odzywa się do matki swojego męża?

— Dzisiejsza młodzież jest taka niewdzięczna — westchnęła Walentyna.

— Igor nas utrzymuje, a ona z tego korzysta.

Siedzi tam i patroszy martwe zwierzęta, tfu, jakie to obrzydliwe.

Normalna kobieta powinna tworzyć domowe ciepło, a nie grzebać w wnętrznościach.

— Taksydermia to sztuka, mamo — spokojnie odpowiedział Igor.

— I Karina zarabia nie mniej ode mnie.

— Och, nie rozśmieszaj mnie! — prychnęła Łarisa.

— Komu potrzebne są te wypchane zwierzęta?

Tylko zbieracze kurzu.

Kolacja trwała w tym samym duchu.

Ukłucia,

aluzje,

bezpośrednie zniewagi,

ukryte pod maską „rodzinnej troski”.

Igor jadł niewiele,

uważnie obserwując matkę.

Widział,

jak wymienia spojrzenia z Łarisą,

jak nerwowo skubie serwetkę,

czekając na moment,

aby zdobyć upragnione dokumenty.

Była pewna,

że syn podpisze jej pełnomocnictwo do zarządzania jego podmiejską nieruchomością —

starym domem,

który Igor planował przerobić na dużą pracownię.

Walentyna natomiast planowała sprzedać ten dom,

aby zainwestować w „pewne przedsięwzięcie” przyjaciółki Łarisy —

jakąś aferę z elitarnymi psami.

***

— Igorze,

synku,

skończyło się wino —

Walentyna demonstracyjnie odwróciła pustą butelkę.

— Idź do samochodu,

chyba miałeś tam skrzynkę francuskiego,

które klienci ci podarowali?

— Oczywiście,

zaraz przyniosę.

Igor wstał

i wyszedł do przedpokoju.

Głośno trzasnął drzwiami wejściowymi,

ale nie wyszedł.

Został stać w przedsionku,

bezszelestnie zamykając zamek.

Zdjął buty

i na palcach wrócił do drzwi prowadzących do salonu,

które były lekko uchylone.

Musiał to usłyszeć.

Musiał upewnić się ostatecznie.

Ostatnia kropla wątpliwości musiała wyparować.

W pokoju zapanowała cisza,

a potem wszystko się zaczęło.

— No co,

poszedł twój mięczak? —

głos Łarisy stał się jeszcze bardziej obrzydliwy.

— Poszedł.

Zaraz przyniesie skrzynkę,

napijemy się,

a ja podsunę mu dokumenty.

Powiem,

że to dla urzędu skarbowego.

On nawet nie będzie czytał —

odpowiedziała Walentyna.

— A z tą co zrobisz? —

Łarisa skinęła głową w stronę Kariny,

jakby ta była meblem.

Karina siedziała prosto,

wpatrując się w teściową.

Nie jadła.

— A co mam z nią zrobić? —

Walentyna zaśmiała się,

a jej śmiech przypominał zgrzyt metalu.

— Niech siedzi.

Na razie ją toleruję.

Ale gdy tylko Igor przepisze na mnie dom,

a potem przekonam go,

żeby sprzedał pracownię…

po co mu pracownia?

Niech pracuje w fabryce,

będzie stabilniej.

Wtedy tę…

pozbędę się jej.

Walentyna odwróciła się do synowej.

Była pewna, że Igor nie wróci jeszcze przez kilka minut.

— Na co się gapisz? — syknęła z pogardą.

— Myślisz, że nie widzę, jak siedzisz na jego karku?

Znalazła się piękność.

Na ciebie bez łez nawet nie spojrzeć.

Gruba i niezdarna, a ręce ciągle w jakimś paskudztwie.

— Walentyno Georgijewno… — zaczęła Karina cicho i ostrzegawczo.

— MILCZEĆ! — ryknęła teściowa.

— W moim domu nie otwieraj ust.

Ty, dziewczyno, jesteś nikim.

Igor podniósł cię z litości.

Sam mi mówił: „mamo, może i brzydka, ale przynajmniej ciepła”.

To było kłamstwo.

Brudne i bezczelne kłamstwo.

Karina wiedziała, że Igor nigdy tak nie powiedziałby.

Ale jad powoli wsiąkał pod skórę.

— Jesteś po prostu straszydłem — rzuciła teściowa do synowej.

— Strach na wróble.

Ożenię go z córką Łarisy, ze Swietą.

To dopiero dziewczyna.

Chuda, dźwięczna, pełna ognia.

A ty…

twoje miejsce jest na śmietniku, obok twoich martwych lisów.

Łarisa od razu przytaknęła.

— Dokładnie.

Swietka właśnie się rozwiodła i potrzebuje męża.

A Igor, jeśli go dobrze prowadzić, to złoto, nie facet.

Usuniemy tę szafę i zaczniemy żyć.

Za drzwiami Igor zacisnął pięść.

Skóra na palcach zbielała od napięcia.

Ale nie wszedł do środka.

Jeszcze nie.

Czekał na reakcję żony.

Wiedział, że Karina nie jest ofiarą.

Wiedział, że w niej drzemie wulkan.

Karina powoli odłożyła widelec.

Potem wstała z krzesła.

Jej sylwetka, zwykle miękka i spokojna, nagle stała się monumentalna i groźna.

Nie zapłakała.

Jej usta rozciągnęły się w szerokim, niemal szalonym uśmiechu.

Na plecach Łarisy przebiegł zimny dreszcz.

— Straszydło? — powtórzyła Karina.

Jej głos drżał nie z bólu, lecz z narastającej wściekłości.

— Czyli jestem strachem na wróble?

Nagle chwyciła ze stołu kryształową miskę z sałatką.

— A WY KIM W TAKIM RAZIE JESTEŚCIE?! — krzyknęła tak głośno, że żyrandol zadźwięczał pod sufitem.

— JESTEŚCIE DWIEMA STARYMI, WYLENIAŁYMI HIENAMI.

— HIENAMI, KTÓRE OGRYZAJĄ KOŚCI WŁASNYCH DZIECI.

— Ty… ty co sobie pozwalasz?! — Walentyna zerwała się z krzesła.

Kieliszek przewrócił się na obrus.

Czerwone wino rozlało się jak plama krwi.

— JA SOBIE POZWALAM?!

— TO WY SOBIE POZWOLIŁYŚCIE MYŚLEĆ, ŻE BĘDĘ TO ZNOSIĆ!

Karina z całej siły rzuciła miską o podłogę.

Sałatka rozprysnęła się po „perskim” dywanie.

Karina podeszła do teściowej bardzo blisko.

— Myślisz, że nie wiem, ile pieniędzy Igor wysyła ci co miesiąc?

— Myślisz, że nie widzę, jak kłamiesz o chorobach i drogich lekach?

— A potem wydajesz wszystko na ciuchy i na tę Łarisę?

— Wynoś się! — zapiszczała Walentyna.

— To mój dom!

— TWÓJ DOM?! — Karina wybuchnęła śmiechem.

— Twój dom?

— Ty nawet rachunków sama nie potrafisz zapłacić.

— Jesteś pasożytem, Walentyno.

— Tłustym kleszczem napompowanym bezczelnością.

Łarisa spróbowała się wtrącić.

— Jak śmiesz obrażać zasłużoną kobietę…

— ZAMKNIJ SIĘ, HODOWCZYNI PSÓW! — ryknęła Karina.

— Twoja córka uciekła od ciebie na koniec świata.

— Uciekła tylko po to, żeby nie słyszeć twojego głosu.

— Ty tutaj nic nie znaczysz.

— Jesteś pustym miejscem.

Karina chwyciła ze stołu serwetkę.

Zmięła ją w dłoni i rzuciła w twarz teściowej.

— Kocham Igora.

— Toleruję cię tylko ze względu na niego.

— Ale ty przekroczyłaś granicę.

— Nazwałaś mnie potworem?

— Spójrz w lustro.

— Tam zobaczysz prawdziwe monstrum.

— Twoja dusza jest zgniła.

— Zgniła jak moje eksponaty przed preparacją.

— Tylko je mogę uratować.

— Ciebie już nie.

— Jesteś beznadziejna.

Złość dała Karinie siłę, której teściowa się nie spodziewała.

Walentyna była przyzwyczajona, że synowe płaczą, uciekają lub skarżą się mężom.

Nie spodziewała się ataku.

Cofnęła się o krok i uderzyła biodrem o komodę.

— Psychopatka… — wyszeptała.

— Igor! IGOR!

W tym momencie drzwi gwałtownie się otworzyły.

Igor wszedł do pokoju spokojnym, powolnym krokiem.

W jego rękach nie było wina.

— Jestem tutaj, mamo — powiedział.

Jego głos był równy i zimny jak zimowy wiatr.

Walentyna natychmiast rzuciła się do niego, udając napad.

— Synku! Ona… ona mnie zaatakowała!

— Ona jest szalona!

— Wszystko zniszczyła!

— Popatrz na nią!

Igor spojrzał na Karinę.

Jej twarz była zaczerwieniona, a oddech ciężki.

Potem przeniósł wzrok na matkę.

— Wszystko słyszałem — powiedział cicho.

Te trzy słowa spadły w ciszę jak kamienie do studni.

— Co?.. — Walentyna zamarła.

— Nie wyszedłem z mieszkania.

Stałem za drzwiami.

Słyszałem każde twoje słowo, mamo.

Słyszałem o „straszydle”.

Słyszałem o „grubej”.

Słyszałem, jak chcesz sprzedać moją pracownię.

Słyszałem też, że jestem dla ciebie tylko portfelem.

Twarzy Walentyny nagle pobladła.

— Źle zrozumiałeś… to był żart…

— My z Łarisą tylko rozmawiałyśmy…

— WYSTARCZY — przerwał Igor spokojnym, lecz twardym tonem.

Nie podniósł głosu, ale obie kobiety natychmiast zamilkły.

— Dość kłamstw.

— Całe życie kłamałaś.

— Manipulowałaś ojcem.

— Teraz manipulowałaś mną.

— Ale dziś ten koncert się skończył.

Igor sięgnął do kieszeni i wyjął kopertę.

— Chciałaś dokumenty.

— Proszę bardzo.

— Oto one.

Oczy Walentyny znów zapłonęły nadzieją.

Pomyślała, że syn mimo wszystko się złamał.

Była pewna, że stary nawyk posłuszeństwa zwycięży.

— Och, synku, jesteś taki rozsądny… — zaczęła miękko.

Igor bez słowa rzucił kopertę na stół.

— Otwórz.

Walentyna drżącymi rękami rozerwała papier.

Wyjęła dokument i szybko przebiegła go wzrokiem.

Jej dłonie zaczęły się trząść.

Kartka wysunęła się z palców i spadła na stół.

— Co to jest? — wychrypiała.

— Wypowiedzenie?

— Nakaz wyprowadzki?

— Igor, co to ma znaczyć?!

Igor patrzył na nią spokojnie.

— To znaczy, mamo, że mieszkanie, w którym teraz jesteśmy, należy do mnie.

— Zapomniałaś?

— Ojciec przepisał je na mnie przed śmiercią.

— Bał się, że wpadniesz w długi albo oddasz je swoim „przyjaciółkom”.

— Pozwoliłem ci tu mieszkać.

— Płaciłem rachunki.

— Dawałem ci pieniądze.

Igor zrobił krok w stronę Kariny.

Delikatnie wziął ją za rękę.

— Ale w tym dokumencie jest napisane coś innego.

— Sprzedałem to mieszkanie.

— Umowa jest już zarejestrowana.

— Nowi właściciele wprowadzą się za tydzień.

— Ty… wyrzucasz własną matkę na ulicę?! — krzyknęła Łarisa.

Igor spojrzał na nią chłodno.

— Nie.

— Moja matka ma swoje jednopokojowe mieszkanie na obrzeżach miasta.

— Wynajmuje je lokatorom.

— A pieniądze chowa do kieszeni i udaje, że nic nie ma.

— Lokatorów już uprzedziłem.

— Wyprowadzą się jutro.

Walentyna ciężko opadła na krzesło.

Chwyciła się za serce.

Ale Igor nawet nie drgnął.

— Ten teatr z sercem już nie zadziała.

— Igorze, synku, nie możesz… przez nią?! — Walentyna wskazała palcem Karinę.

— Nie waż się nazywać jej „nią”.

— To moja żona.

— Moja rodzina.

— A ty… jesteś tylko toksyczną krewną, która straciła prawo nazywać się matką.

Igor odwrócił się do Łarisy.

— A pani, obywatelko, powinna już wyjść.

— Natychmiast.

— Inaczej przypomnę sobie o długu, który wzięła pani od mojego ojca dziesięć lat temu.

— I o którym bardzo wygodnie pani zapomniała.

— Mam pokwitowanie.

— Kwota przez lata urosła całkiem solidnie.

— Spłacałaby ją pani do końca życia.

Łarisa natychmiast chwyciła torebkę.

Nie powiedziała ani słowa.

Po prostu wybiegła z mieszkania.

***

Minęły trzy miesiące.

Dzielnica na obrzeżach miasta była szara i ponura.

Nie było tu restauracji.

Tylko tanie sklepy i małe bary.

W jednopokojowym mieszkaniu na parterze siedziała Walentyna.

W powietrzu pachniało wilgocią i smażoną cebulą od sąsiadów.

Wyglądała o dziesięć lat starzej.

Elegancka fryzura zniknęła.

Zastąpił ją niedbały kok.

Drogi szlafrok zamienił się w spraną koszulkę.

Telefon milczał.

A właściwie działał.

Tylko nikt już nie dzwonił.

Łarisa zniknęła.

Jak tylko zrozumiała, że od Walentyny nie ma już korzyści.

Inne „przyjaciółki” też szybko się rozproszyły.

Kiedy dowiedziały się, że bogaty syn zakręcił kurek z pieniędzmi.

Walentyna podeszła do okna.

Widok wychodził na śmietniki.

Próbowała dzwonić do Igora.

Najpierw groziła.

Potem straszyła sądem.

Później zaczęła błagać.

Odpowiedź była zawsze ta sama.

Czarna lista.

Próbowała przyjść do jego pracowni.

Ale tam stały nowe stalowe drzwi.

I kamery.

Ochroniarz uprzejmie, lecz stanowczo ją wyprosił.

— Igor Siergiejewicz polecił nikogo nie wpuszczać.

— Jestem jego MATKĄ! — krzyczała.

Ochroniarz wzruszył ramionami.

— Z tego co wiem, Igor Siergiejewicz nie ma matki.

— Ma rodzinę.

— Żonę.

— I siostrę.

— A tak przy okazji… spodziewają się dziecka.

To był ostateczny cios.

Jej córka Żanna, która mieszkała w innym mieście, wiedziała o wszystkim.

I stanęła po stronie brata.

A wnuka…

nigdy nawet nie pozna.

Walentyna usiadła na skrzypiącej kanapie.

W głowie zabrzmiały jej własne słowa.

„Jesteś po prostu straszydłem”.

Wtedy zrozumiała.

Straszydłem była ona sama.

Swoją chciwością i złością zniszczyła wszystko, co miała.

Nagle ktoś zadzwonił do drzwi.

Walentyna podskoczyła.

Może Igor?

Może wrócił?

Może przyszedł z przeprosinami?

Pobiegła do drzwi i otworzyła je gwałtownie.

Na progu stała tęga kobieta w brudnym fartuchu.

Sąsiadka z góry.

— Hej, sąsiadko.

— Masz może sto złotych do wypłaty?

— Strasznie chce mi się pić.

Walentyna spojrzała na nią.

Potem na swoją obdrapaną kuchnię.

— NIE! — wrzasnęła.

I trzasnęła drzwiami.

Igor już nigdy nie wróci.

Nikt nie przyjdzie.

Wyrok został wydany.

I wykonany.

Jej karą była ona sama.

Cztery ściany.

I własna gorycz.

A na drugim końcu miasta, w ciepłej pracowni pachnącej drewnem i lakierem, Igor spokojnie lakierował nową wiolonczelę.

Obok siedziała Karina.

Delikatnie gładziła zaokrąglony brzuch.

I z uśmiechem patrzyła, jak pracuje jej mąż.

Byli szczęśliwi.

A w ich szczęściu nie było miejsca ani na strach, ani na zdradę.