— Tak, spłaciłam kredyt hipoteczny. Tak, sama. Nie, to nie znaczy, że mój dom stał się schroniskiem dla waszej „rodzinnej” dynastii!

— Ty w ogóle rozumiesz, co zrobiłeś?

Przyprowadziłeś ludzi do mojego domu, jakbym ja tu była lokatorką bez praw!

Walera stał w przedpokoju, trzymając klamkę drzwi, jakby mogła go uratować.

Masza, jego młodsza siostra, obok — z brzuchem już widocznym, z wilgotnymi, a

jednocześnie bezczelnymi oczami i z dwoma ogromnymi torbami, które jasno mówiły: „na tydzień” tu nie chodzi.

— Lida, nie zaczynaj…

— powiedział Walera cicho.

— Ona nie ma dokąd pójść.

— A ja gdzie mam iść?

— Lidia spojrzała na Maszę, na te torby, na cudze buty w swoim korytarzu.

— Czyli ja mam zniknąć, żeby wam było wygodnie?

Masza uśmiechnęła się pewnie.

— Cześć.

Przyszłyśmy do was.

Walera powiedział, że… no… normalnie to przyjmiesz.

Lidia powoli odetchnęła.

Umiała trzymać twarz.

Ale w domu nie chciała już grać uprzejmości.

— „My” to kto?

— zapytała spokojnie.

— Ja i dziecko.

— Masza położyła rękę na brzuchu.

— Jestem w ciąży.

— Zauważyłam.

— skinęła Lidia.

— I zauważyłam też te walizki.

Masza wzruszyła ramionami.

— A co, miałam przyjść z reklamówką?

Przecież nie jestem obca.

Lidia pomyślała:

„Zawsze tak się zaczyna”.

— Walera.

— zwróciła się do męża.

— Rozmawiałeś ze mną o tym?

On zamilkł.

— Myślałem…

— zaczął.

— Ona naprawdę nie ma gdzie iść…

— Czyli zdecydowałeś za wszystkich.

A o mnie pomyślałeś?

Walera spuścił wzrok.

Masza już wchodziła do środka.

Jak do siebie.

Lidia poczuła, jakby ktoś naruszył coś bardzo osobistego.

— Wejdź.

— powiedziała chłodno.

— I tak już weszłaś.

— Dziękuję.

— Masza uśmiechnęła się z ulgą.

— Wiedziałam, że nie jesteś potworem.

„Nie potwór… świetny standard”, pomyślała Lidia.

Mieszkanie było jej dumą.

I jej uporem.

Kredyt zabrał jej prawie wszystko.

Urlopy.

Spokojne noce.

Lekkomyślne zakupy.

Ale tutaj wszystko było jej.

Jej porządek.

Jej cisza.

Jej zasady.

Nawet zapach był neutralny.

Czysty.

Nie cudzy.

I teraz w ten porządek weszły dwie torby i jeden brzuch.

— Chodźmy do kuchni.

— powiedziała Lidia.

W kuchni łatwiej się rozmawiało.

Stół między ludźmi.

Kubek w rękach.

Można udawać spokój.

Usiedli.

Lidia nalała sobie herbaty.

Walera też.

Masza już patrzyła po szafkach.

Jakby wybierała swoją półkę.

— Masza.

— Lidia lekko się uśmiechnęła.

— Na jak długo?

Masza zrobiła minę ofiary.

— Przeszkadzam ci?

— Nie mam gdzie iść.

— On mnie zostawił.

— Mama mnie nie chce.

— Walera jest jedynym normalnym człowiekiem.

Lidia powoli odwróciła głowę.

Spojrzała na męża.

— Jedynym normalnym człowiekiem.

— To komplement.

— Tylko dlaczego za mój koszt?

— Lida…

— Walera spróbował się uśmiechnąć.

— To tymczasowe.

— Tymczasowe to termin.

— odpowiedziała Lidia.

— Masz jakiś?

Walera się zawahał.

— Dopóki nie urodzi…

— Dopóki nie stanie na nogi…

— Czyli nie wiesz.

— Lidia kiwnęła głową.

Masza się obraziła.

— Od razu jesteś przeciw.

— Myślałam, że jesteś bardziej ludzka.

— Nie proszę o wiele.

— Potrzebuję miejsca.

— Spać gdzieś.

— Zjeść.

— Nie jestem potworem.

— Jesteś pewna?

— zapytała spokojnie Lidia.

— Bo potwory też tak mówią.

Walera kaszlnął.

— Lida, bez tego.

— Ona jest w ciąży.

— Ciąża to powód braku szacunku?

— Lidia podniosła brwi.

Masza pogłaskała brzuch.

— Denerwuję się.

— To szkodzi dziecku.

Lidia znała ten schemat.

— Dobrze.

— powiedziała.

— Do rzeczy.

— Gdzie ona będzie mieszkać?

Walera się ożywił.

— W salonie.

— Na kanapie.

— A potem, z dzieckiem…

— Potem co?

— Lidia spojrzała ostro.

— Mamy dwa pokoje.

— Drugi to mój gabinet.

— Ja tam pracuję.

Masza uśmiechnęła się słodko.

— Gabinet…

— Możesz pracować w kuchni.

— Wiele osób tak robi.

— Niech robią.

— Lidia odstawiła kubek.

— Ja nie zamierzam.

Walera podniósł ręce.

— Lida, proszę… zachowuj się normalnie.

— To moja siostra.

— A ja jestem twoją żoną.

— odpowiedziała Lidia.

— Rozmawiałeś ze mną?

Walera zamilkł.

Ta cisza była odpowiedzią.

Masza natychmiast wtrąciła się:

— I tak byś odmówiła.

— Więc dobrze zrobił.

Lidia uśmiechnęła się lekko.

— Masza, mówisz bardzo pewnie o moim mieszkaniu.

— Nie pomyliłaś roli?

— Jesteś tu gościem.

— Na razie.

Masza zesztywniała.

— Czyli przeszkadzam.

— Nic nowego.

— Nie graj.

— Lidia machnęła ręką.

— Widziałam ludzi, którym naprawdę jest źle.

Walera nagle wstał.

— Dość.

— Koniec scen.

— Masza zostaje.

— Jesteśmy rodziną.

— „Rodzina” nie zastępuje szacunku.

— odpowiedziała Lidia.

— Może zostać.

— Ale na zasadach.

— Jakich zasadach?

— Masza się napięła.

Lidia spojrzała prosto na nią.

— Nie ruszasz moich rzeczy.

— Nie decydujesz tutaj.

— Nie używasz mojego męża jak służącego.

Masza teatralnie westchnęła.

— Jakie my ważne.

— Lida, bądź prostsza.

— Tobie będzie łatwiej.

— Już byłam „prostsza”.

— powiedziała cicho Lidia.

— Zbyt długo.

W nocy prawie nie spała.

Z salonu dochodziły dźwięki.

Szuranie.

Szepty.

Walera mówił do Maszy inaczej.

Łagodniej.

Lidia leżała i patrzyła w sufit.

Czuła się obca we własnej sypialni.

Rano obudził ją zapach jajek.

I otwieranych szafek.

Masza była już w kuchni.

W jej fartuchu.

— Dzień dobry!

— powiedziała wesoło.

— Postanowiłam coś zrobić.

— Rzadko gotujesz, Walera mówił.

— A ciężarne muszą dobrze jeść.

Lidia stanęła w drzwiach.

Jej fartuch na obcych ramionach wyglądał jak kpina.

— Ty poważnie?

— zapytała.

— Co takiego?

— Masza mrugnęła.

— Chciałam dobrze.

Lidia podeszła bliżej.

Chwyciła za fartuch.

— Zdejmij.

Masza zamarła.

Walera pojawił się w drzwiach.

— Lida, nie…

— Trzeba.

— odpowiedziała Lidia.

— To mój dom.

Masza zdjęła fartuch powoli.

Z obrażoną miną.

— Boże, ile dramatu o szmatkę.

— mruknęła.

Lidia zaśmiała się krótko.

— To nie szmatka.

— To granice.

— Mam granice.

— powiedziała Lidia.

— I ty je sprawdzasz.

— Jesteś paranoiczna.

— odpowiedziała Masza.

— Po prostu potrzebuję wsparcia.

Walera usiadł przy stole.

— Dość.

— Masza źle się czuje.

— A ja się dobrze czuję?

— zapytała Lidia.

— Wracam do domu i to już nie jest mój dom.

— Przesadzasz.

— powiedział Walera.

— Termin, Walera.

— Lidia mówiła wyraźnie.

— Podaj termin.

Znowu cisza.

Masza przeglądała telefon.

— Znalazłam łóżeczko.

— powiedziała.

— Zamówimy?

Lidia odwróciła się gwałtownie.

— Gdzie je postawisz?

— W salonie.

— Na razie.

— Potem zobaczymy.

— „Zobaczymy” kto?

— zapytała Lidia.

— My wszyscy.

Lidia spojrzała na Walerę.

— Ty też jesteś „wszyscy”?

On odwrócił wzrok.

— To dziecko.

— powiedział.

— Dziecko to nie wytrych.

— odpowiedziała Lidia cicho.

Wieczorem pojawiły się pudełka.

Rzeczy dla dziecka.

Meble.

Lidia weszła do salonu.

Stało tam łóżeczko.

Masza kręciła się wokół niego.

Walera czytał instrukcję.

— Zobacz.

— powiedział z dumą.

— Prawie złożyłem.

Lidia patrzyła i rozumiała.

To już nie pomoc.

To przejęcie.

— Kupiłeś to bez mnie?

— zapytała.

Walera zamarł.

— Była okazja.

— powiedział.

— Dla dziecka.

— „Dla kogo okazja?”

— Lidia podeszła bliżej.

Masza wtrąciła się:

— Zachowujesz się jakbyśmy byli wrogami.

— Nie masz dzieci.

— Będzie sens chociaż.

To zabolało najmocniej.

— Powiedz to jeszcze raz.

— powiedziała Lidia spokojnie.

— I odpowiem inaczej.

Walera stanął między nimi.

— Dość!

— Lida, przesadzasz!

— Mam dość bycia wygodną.

— odpowiedziała.

— Albo ona wychodzi.

— Albo ja.

Cisza.

— Nie możesz tak stawiać sprawy.

— powiedział Walera.

— Mogę.

— odpowiedziała Lidia.

W nocy słyszała szepty.

Słowa:

„rejestracja”

„tymczasowo”

„potem już nie wyrzuci”

Lidia nie ruszała się.

Słuchała.

Rano znalazła dokumenty.

Teczka.

Z napisem: „Masza”.

Otworzyła.

I zamarła.

Wniosek o zameldowanie.

W jej mieszkaniu.

Z jej danymi.

I podpisem.

Podobnym do jej.

Ale nie jej.

Zamknęła teczkę powoli.

Usiadła.

I pomyślała:

„To już nie o ratowanie czegoś”.

„To o ratowanie siebie”.

Masza wyszła z łazienki.

— Lida…

— nie masz nic przeciwko, jeśli się tu zamelduję?

Lidia podniosła wzrok.

Coś w niej się zmieniło.

— Dobrze.

— powiedziała spokojnie.

— Porozmawiajmy poważnie.

Masza się zawahała.

— Co masz na myśli?

Lidia położyła teczkę na stole.

— To widziałaś?

Masza na chwilę zamarła.

Potem znów przybrała pewny wyraz twarzy.

— To…

— Walera się tym zajmował.

— To tylko papiery.

— „Normalnie” to wtedy, gdy mnie pytasz.

— odpowiedziała Lidia.

— A to… to decyzje za mnie.

— I ćwiczenie mojego podpisu.

Masza się zirytowała.

— Nikt nic nie ćwiczy.

— To Walera chciał dobrze.

— Powiedział, że się przyzwyczaisz.

Lidia nawet się nie zdziwiła.

— Czyli już mnie skreśliliście.

Masza zmieniła ton.

— Lida… ja się boję.

— Jestem sama.

— Ja też się boję.

— odpowiedziała Lidia.

— Tylko mnie nikt nie oszczędza.

— Mnie się używa.

Masza podniosła głos.

— Nikt cię nie używa!

— Ty po prostu trzymasz się mieszkania!

Lidia spojrzała w okno.

— To mieszkanie to moje lata.

— Moje noce.

— Moje poświęcenie.

— I nie oddam go.

Drzwi się otworzyły.

Wszedł Walera.

— Co się tu dzieje?

Lidia pokazała mu dokumenty.

— Wyjaśnisz?

On zamarł.

— To tylko przygotowanie…

— Żeby uniknąć kłótni.

— Beze mnie?

— zapytała Lidia.

— Chciałem cię chronić.

— Przed czym?

— Przed prawdą?

Masza wtrąciła się:

— Ona zawsze mówi „nie”!

Lidia spojrzała na Walerę.

— Czyli jestem problemem.

— Nie partnerem.

— Przeszkodą.

Walera krzyknął:

— Bo twoje „nie” jest zawsze!

— Nic ci nie pasuje!

Lidia skinęła głową.

— Dziękuję.

— Teraz rozumiem.

Po chwili przyszła teściowa.

— Co tu się dzieje?

— Wyrzucasz ciężarną?

— Jesteś normalna?

— Jestem.

— odpowiedziała Lidia.

— A wy nie.

— Rodzina to nie papiery.

— powiedziała teściowa.

— Rodzina to szacunek.

— odpowiedziała Lidia.

— A dzieci?

— zaatakowała teściowa.

— Wy nie macie dzieci.

Lidia odpowiedziała spokojnie:

— Nie mamy, bo wasz syn nie chciał.

— Zawsze miał coś ważniejszego.

Walera wybuchł:

— To jest podłe!

— Podłe jest fałszowanie podpisów.

— odpowiedziała Lidia.

Masza spróbowała zagrać ofiarę.

— Ja odejdę, jeśli chcesz…

— Nie odejdziesz.

— powiedziała Lidia.

— Robisz to, żeby mnie obwinić.

Cisza.

Lidia wzięła telefon.

— Dzwonię na policję.

— W moim mieszkaniu są osoby bez zgody.

Teściowa pobladła.

— Nie odważysz się…

— Odważę się.

— odpowiedziała Lidia.

Walera próbował ją zatrzymać.

— Niszcysz rodzinę!

— Nie.

— powiedziała Lidia.

— Przestaję być wycieraczką.

Zadzwoniła.

Spokojnie.

Bez dramatu.

— Potrzebuję pomocy…

Walera krzyczał.

Masza milczała.

Teściowa nie miała słów.

Lidia poczuła ulgę.

— Pakujcie się.

— powiedziała.

— Macie czas do przyjazdu policji.

— I ty, Walera…

— Wybierz.

— Albo jesteś moim mężem.

— Albo zbawcą dla wszystkich oprócz mnie.

Na klatce było słychać kroki.

Czas się kończył.

Masza zbierała rzeczy.

Teściowa szeptała coś o wstydzie.

Walera stał zagubiony.

Lidia stała spokojnie.

Po raz pierwszy.

— To moje życie.

— pomyślała.

— I nie oddam go nikomu.

Kiedy zadzwonili do drzwi…

Poszła otworzyć.

Spokojnie.

Bez strachu.

Koniec nie polegał na tym, że ktoś odszedł.

Koniec polegał na tym, że ona została sobą.