– z oburzeniem zapytał właściciel.
– „Z jakiej racji? To ci nowina!
Żadnych gości nie czekaliśmy, a co

więcej, powiem jak jest — nigdy się nie przyjaźniliśmy i nie
utrzymywaliśmy bliskich kontaktów!”
– oburzył się Roman, postanawiając dać odpór rażącej bezczelności.
– „Oj, Romku, no co ty! Bądź człowiekiem. Żal ci dla nas swojego domu?
Przecież go nie zburzymy, naprawdę! Tak tylko, lekko odświeżymy!”
– przymilnie zachichotał Wiktor Zinowiewicz, klepiąc rozmówcę po ramieniu.
Były sąsiad z działki, którego Roman nie widział od kilku lat, pojawił
się dzisiaj nagle. Jakby zmaterializował się z powietrza i teraz
próbował stworzyć mu problemy.
Mężczyźni wpadli na siebie w dużym centrum handlowym, gdzie Roman
na prośbę żony wybierał leżaki i parasole. Te przedmioty do
wspaniałego letniego wypoczynku planowali ustawić przy niewielkim
basenie, który znajdował się na podwórku ich nowego domu.
Zadowolony z tego, że szybko wszystko wybrał i kupił, Roman zdecydowanie
skierował się z centrum handlowego na parking, marząc o jak najszybszym
opuszczeniu zatłoczonego miejsca. Ale wtedy ktoś chwycił go za rękaw
i mężczyzna musiał się zatrzymać.
– „Co za spotkanie! Romanie, czy to ty? Cieszę się, bardzo się cieszę!”
– powiedział Wiktor Zinowiewicz, z którym kiedyś łączyła ich tylko
powierzchowna znajomość.
Sam Roman nie uważał tego spotkania za przyjemne. Dlatego nie podzielał
radości dawnego znajomego.
Przyczyn niezadowolenia było kilka. Roman bardzo się spieszył. Była sobota
i oprócz zakupów należało zająć się gruntownym remontem w domu, który
trwał już nie pierwszy miesiąc i za nic nie chciał się skończyć.
A człowieka, który tak niefortunnie go zatrzymał, widział ostatni raz
jakieś pięć-sześć lat temu, kiedy sprzedawał swoją działkę. I w danej
chwili nie pałał chęcią kontynuowania tej bezużytecznej rozmowy.
Roman nie mógł sobie przypomnieć niczego miłego z ich przeszłości.
Sąsiad z działki ciągle o coś go prosił — narzędzia, sprzęt ogrodowy —
a potem długo nie oddawał. Trzeba było mu przypominać.
Wiktor Zinowiewicz lubił też pożyczać pieniądze, a ze zwrotem również
się nie spieszył. Właśnie z takim człowiekiem, byłym sąsiadem z działki,
skrzyżował los Romana tego dnia.
Małżonkowie od dawna marzyli o własnym domu. Oboje — i Roman, i Olga —
dorastali w ciasnych mieszkaniach i większość życia rodzinnego spędzili
w niewielkim dwupokojowym lokalu z dwójką dzieci.
A potem postawili sobie cel — będą mieli własny dom! Do celu dążyli uparcie,
dużo pracowali i odkładali środki.
A pół roku temu, sprzedawszy swoje dwa pokoje, gdzie w ostatnich paru
latach mieszkali już sami, bez dzieci, kupili niewielki dom za miastem.
Radość małżonków nie miała granic — wystarczyło im środków, które mieli
i które otrzymali ze sprzedaży mieszkania.
Dom był gotowy do zamieszkania — zostały szczegóły. Potrzebny był remont
kosmetyczny i zagospodarowanie podwórka.
Małżonkowie marzyli o postawieniu basenu i altany niedaleko bani.
I wydzieleniu miejsca na mały ogródek warzywny.
– „A wy co, kupiliście sobie nową działkę?” – zdziwił się Wiktor
Zinowiewicz, spoglądając na zakupy Romana.
– „A kto mnie zapewniał, sprzedając swój teren, że już nigdy więcej?”
– „A pan wciąż trzyma swoją działkę?” – Roman postanowił uniknąć
odpowiedzi. – „Jeszcze nie sprzedana?”
– „Nie! Gdzie tam! Moja Raisa, jak tylko przeszła na emeryturę, to w ogóle
stamtąd nie wyjeżdża. Nasadziła wszystkiego jak w oranżerii!”
– wesoło rozprawiał rozmówca.
– „Rozumiem,” – z przymusem uśmiechnął się mężczyzna, dając do zrozumienia,
że rozmowa jest skończona.
– „Znaczy, jednak kupiliście, co?” – domyślił się Wiktor Zinowiewicz.
– „Dom! Mam rację? Ach, ty szczęściarzu! Pamiętam, jak dzieliłeś się swoim
marzeniem. No i jak, fajny? Duży? I ile was kosztował?”
– wścibski rozmówca zaczął sypać pytaniami.
– „Tak, kupiliśmy, na przedmieściach,” – musiał przyznać Roman tylko po to,
by zakończyć nużącą rozmowę.
– „No to świetnie! Zapraszaj w gości!”
– „W gości? A z jakiej racji?”
Roman zaczął się denerwować. Dlaczego tak jest — chcesz jak najlepiej,
poświęcasz czas namolnemu człowiekowi, żeby nie wyjść na niegrzecznego.
A on natychmiast zaczyna być bezczelny.
– „No jak to — z jakiej? Trzeba by oblać dom. No i ocenić też by nie
zaszkodziło,” – nie wstydził się były sąsiad.
– „Nigdy się nie przyjaźniliśmy i nie utrzymywaliśmy bliskich kontaktów,
o ile pamiętam. I nie jest pan moją rodziną, więc proszę zapomnieć.
Z panem na pewno nie będę go oblewał. Wszystkiego dobrego!”
Roman gwałtownie skręcił wózkiem z towarem, aby ominąć Wiktora
Zinowiewicza, ale ten nie ustępował.
– „Romku, daj spokój. Bądź człowiekiem, zaproś mnie i Raisę w gości.
Zobaczymy, ocenimy, ucieszymy się za was, szczęściarzy. Żal ci?
Tak po przyjacielsku, co?”
– „Do widzenia. Miło było pana spotkać w dobrym zdrowiu. To wszystko,”
– szybkim krokiem Roman oddalił się od namolnego rozmówcy.
Wieczorem przy kolacji podzielił się z żoną nieprzyjemną historią.
– „Nie zgadniesz, kogo spotkałem!”
– „Kogoś z byłych sąsiadów?”
– „Tak. Tylko nie z bloku, a z działki.”
– „Czyżby to był Wiktor Zinowiewicz?” – zdziwiła męża swoją
przenikliwością Olga.
– „On… A jak zgadłaś?” – zdumiał się Roman.
– „Bo jego Raisa dzisiaj do mnie dzwoniła. Już dwa lata, jak się nie
słyszałyśmy. A tu nagle odezwała się, jakby przypadkiem.”
– „I czego ona od ciebie chciała?”
– „Wypytywała o wszystko w sprawie naszego nowego domu. Wyjaśniła, że
mąż jej powiedział, że mamy teraz swój dom za miastem. No i jeszcze, że
jesteśmy zuchy. Że niby się odbiliśmy, wzbogaciliśmy — ogólnie bzdury plotła.”
– „Olu, tylko nie mów mi, że dałaś jej nasz adres!” – głośno zapytał mąż.
– „Tak… A co? Nie należało? Przecież ona pytała jakoś tak niekonkretnie,
jakby mimochodem, między słowami,” – usprawiedliwiała się Olga.
– „No co wy, baby, za naród! Wszystko trzeba wygadać, o wszystkim opowiedzieć
i się pochwalić!” – oburzył się Roman.
– „Pewnie i o bani, i o basenie wszystko opisałaś w kolorach?”
– „No nie zrzędź już. Wielka mi tajemnica! A czego mamy się ukrywać i
wstydzić? Wszystko zarobione uczciwą pracą.”
Po tym małżonkowie jedli kolację w niezwykłej ciszy, każdy myślał o swoim.
Roman nie na próżno się zdenerwował. Czuł to przez skórę. Jakby z góry
wiedział, że ta historia będzie miała ciąg dalszy.
Któregoś dnia wróciwszy z pracy później niż zwykle, właściciel zastał
na swoim podwórku oburzający widok.
W basenie pływała jakaś tęga obca kobieta w jaskrawym słomkowym kapeluszu.
Wesoło podśpiewywała pod nosem i zobaczywszy Romana, z uśmiechem
pomachała mu ręką.
– „Witaj, Romku! Jak tu u was dobrze! I żadnego kurortu nie trzeba!
Wszystko na podwórku.”
Podszedłszy bliżej, rozpoznał w pływającej Raisę. A obok na leżaku
zobaczył beztrosko usadowionego Wiktora Zinowiewicza. Ten niespiesznie
popijał z kielicha pienisty napój. Na stoliku obok leżała słona ryba.
– „O, Roman, witaj! Akurat przyjechałeś! Goście w domu, a gospodarza nie ma.
Czekamy na ciebie, a to nieporządek,” – wypalił podchmielony gość.
– „O ile pamiętam, nikt was tutaj nie zapraszał. A już tym bardziej
pchać się do basenu nie pozwalał. Co to za bezczelność? Olga!”
– krzyknął właściciel, któremu z tego wszystkiego zaczęło drgać oko.
– „Jestem tutaj, Romku. Dlaczego tak krzyczysz?” – z domu wyszła żona,
w rękach miała kuchenny ręcznik.
Nietrudno było się domyślić, że w tym czasie uwijała się w kuchni,
nakrywając do stołu.
– „Możesz mi wyjaśnić, co tu się dzieje?” – z gniewną miną spoglądając
na nieproszonych gości, zapytał mąż.
– „No, uspokój się, proszę… I nie krzycz,” – Oldze było głupio
przed znajomymi.
Byli sąsiedzi z uwagą przysłuchiwali się sprzeczce gospodarzy. Raisa
nawet przestała pływać, by dowiedzieć się, co dzieje się między małżonkami.
– „Jeszcze nie krzyczałem i na razie po prostu chcę wyjaśnić, dlaczego
zaprosiłaś do nas tych ludzi? I dlaczego ja nic o tym nie wiem?”
– „No nie zapraszałam,” – już szeptem kontynuowała żona. – „Sami przyszli.
Postanowili nas odwiedzić, a przy okazji dom nasz nowy zobaczyć.
No nie rób hałasu, proszę cię, Roma.”
– „Nie zapraszałaś?!” – celowo głośno zapytał właściciel.
– „To znaczy, że sami włamali się nam do domu? Tak? I jeszcze wleźli do
naszego basenu, który teraz trzeba będzie czyścić i myć po nich!
Czy dobrze wszystko zrozumiałem?”
Olga milczała zmieszana. Domyślała się oczywiście, że mężowi bardzo się to
nie spodoba. Ale że dojdzie do skandalu, nie sądziła.
Gospodyni tak naprawdę było głupio. Przecież dopiero godzinę temu z
przyjemnością i dumą pokazywała dom i podwórko.
A kiedy goście poprosili o popływanie w basenie, chętnie pozwoliła.
I jeszcze banię napaliła, bo Wiktor Zinowiewicz wyraził chęć parzenia się.
Goście rzeczywiście zdążyli odwiedzić saunę i teraz zadowoleni pływali
w oczekiwaniu na sytą kolację, którą przygotowywała dla nich gospodyni.
Ale wraz z przyjściem Romana cała ta idylla została zrujnowana.
– „Roman, a ty się nie cieszysz z nas, czy co?” – zapytał wstawiony i przez
to odważny Wiktor. – „Tego się po tobie nie spodziewałem! Żal ci bani i
basenu dla przyjaciół? Czy jesteś tak skąpy, że nawet za stół nas nie posadzisz?”
– „To ty jeszcze i banię dla nich napaliłaś?” – oszołomiony zapytał żonę Roman.
– „No tak…” – Olga już prawie płakała.
Jej twarz pokryła się czerwonymi plamami. Widać było, że kobiecie jest
ewidentnie źle.
I wtedy Roman postanowił zemścić się na bezczelnych typach.
Odwróciwszy się do Wiktora Zinowiewicza, który wciąż siedział na swoim
wygodnym leżaku, właściciel powiedział spokojnym, ale pewnym głosem:
– „Niczego mi dla was nie żal. No co wy! Dla takich ludzi! Tylko jest
jedna okoliczność… Nawet nie wiem, jak wam to powiedzieć.
Nie uda wam się teraz zjeść kolacji.”
– „A co się stało?” – ożywił się Wiktor, widząc, jak zmienił się gospodarz.
– „Olga nie była zorientowana, a i ja nie zdążyłem jej uprzedzić. No bo
żadnych gości w zasadzie się nie spodziewaliśmy.”
Małżonka zdziwiona spojrzała na Romana, jeszcze nie rozumiejąc, do czego zmierza.
– „Chodzi o to, że u nas na dniach zdechł owczarek. Tak, taka sprawa,
nieszczęście… A w lecznicy powiedzieli, że to nosówka. Nie wiem, skąd
się u nas wzięła, ale na wszelki wypadek postanowiłem się zabezpieczyć.”
– „I co?” – z pewną obawą zapytali goście chórem.
W tym czasie Raisa całkiem zwinnie jak na swoją wagę i wiek wyskoczyła z
basenu i zaczęła gorączkowo wycierać się ręcznikiem.
– „No jak to co? Nasz piesek pływał w basenie aż do swojej śmierci.
Był nieposłuszny i bardzo kochał wodę. Musiałem go potraktować toksyczną
substancją. Wodę i tak pora wymienić. No to nalałem tam od serca.
Więc teraz nawet nie wiem, jak wam pomóc i czego się spodziewać…”
– „Ty ten… tego… Przestań żartować,” – krzywo uśmiechnął się Wiktor.
– „No jakież tu żarty! Jacka żal bardzo, tak go kochaliśmy,” – kontynuował
Roman swój spektakl. – „Olu, powiedz.”
– „Tak, tak, żal,” – chętnie pokiwała głową małżonka. – „Wiernym
przyjacielem był nasz Jack.”
Przyjęła już grę męża i rozumiała, co ten chce osiągnąć. Żadnych psów u
nich nigdy nie było.
– „A do bani w ogóle niepotrzebnie poszliście! Oj, jak bardzo niepotrzebnie!
Też ją potraktowałem, tylko że na korniki. Postanowiłem wszystko za
jednym zamachem. A wy pewnie zdążyliście się poparzyć, oddychaliście tym
jadem, co? Tam przez dwa tygodnie nie wolno teraz wchodzić!”
– „Oj! Oj-oj-oj! Wicia, coś mi nie dobrze,” – zdezorientowana wykrztusiła
Raisa. – „Tak! Źle mi! I jakaś gorycz w ustach mi się pojawiła. To
zatrucie, prawda?”
– „Daj spokój, Raja. On nas nabiera. Romek to znany żartowniś,” – Wiktor
na razie wydawał się niewzruszony.
– „Nie! Mówię ci, że w ustach pali, jakbym papryki się najadła. I w głowie
mi się kręci. A co… co teraz robić?”
Raisa w panice chwyciła się za serce. A potem za głowę.
– „No normalnie wszystko jest, mówię ci, nie wymyślaj,” – podchmielony
Wiktor Zinowiewicz nie poddawał się.
– „Jak normalnie, Wicia! Spójrz na siebie! Przecież zbladłeś. Biały jak
kreda jesteś! Oj, co się dzieje! Co się robi! Otruli nas!”
– „Blady?” – nagle wystraszył się nieproszony gość, macając się po twarzy.
– „Bardzo, bardzo blady!” – potwierdził Roman. – „Olga, natychmiast wezwij
pogotowie. Niech ich zabiorą do szpitala i udzielą niezbędnej pomocy.
Inaczej — zejście śmiertelne!”
– „Ach! Och! Co to za nieszczęście!” – Raisa ledwo trzymała się na nogach
miękkich ze strachu. – „I po co my tylko do was przyszliśmy! Nie było biedy,
tośmy się jej nabawili! Olga, na co czekasz, dzwoń szybko!”
Lekarze, którzy przyjechali po dwudziestu minutach, zabrali nieszczęsnych
gości do szpitala. Z przeżytych emocji starszym małżonkom skoczyło
wysokie ciśnienie i pomoc medyczna okazała się na miejscu.
– „To dla ciebie lekcja, Olga. Nigdy nie wpuszczaj do naszego domu kogo
popadnie. Gość to ten, kto został zaproszony. A cała reszta to bezczelni
ludzie. I dla takich nie ma miejsca w naszym domu! Zrozumiałaś?”
– „Tak,” – odpowiedziała posępnie.
A w duszy ucieszyła się z tego, jak trafnie Roman rozwiązał ten problem.
I ona nie została winna wobec dawnych znajomych. A w gości Wiktor z Raisą
nigdy do nich więcej nie zawitają.







