Olga poczuła to już rano
— ciężkie przeczucie, jak przed burzą.
Dzisiaj znów zbiorą się wszyscy krewni Igora.
Urodziny jego matki.
Nakryty stół, nieskończone toasty, śmiech, uściski.
I jego żarty.
Zawsze jego żarty.
Stała przy kuchence i patrzyła przez okno na szare listopadowe niebo.
Osiem lat małżeństwa.
Osiem lat była wdzięczną widownią w jego prywatnym komediowym show.
Na początku nawet jej się to podobało — Igor potrafił rozbawić każde towarzystwo, był duszą towarzystwa.
Jego urok oczarował ją jeszcze na pierwszym roku studiów.
Wysoki, dowcipny, zawsze w centrum uwagi.
Wtedy uważała, że miała szczęście.
— Oluśka, nad czym się tak zamyśliłaś? — Igor wszedł do kuchni w domowych spodniach i rozciągniętym T-shircie, przeciągając się po popołudniowej drzemce.
— Goście zaraz przyjdą, a ty tu filozofujesz.
— Gotuję — odpowiedziała krótko.
— O, barszcz!
Tylko nie przesadź ze śmietaną, bo pamiętasz, ostatnio mama sugerowała, że wyszedł trochę za rzadki.
Podszedł do kuchenki i zajrzał do garnka.
— Chociaż komu ja to mówię.
Moja żona i gotowanie to jak balerina i podnoszenie ciężarów.
Niby oba to sport, ale coś nie wychodzi.
Olga zacisnęła zęby.
Zaczęło się.
A goście jeszcze nawet nie przyszli.
— Igor, może dzisiaj…
— Co dzisiaj? — już grzebał w lodówce.
— Dzisiaj jest święto!
Mamusia kończy sześćdziesiąt pięć lat.
Przyjdą wszyscy.
Będzie wesoło.
Wesoło.
Tak, jemu zawsze jest wesoło.
Do szóstej wieczorem mieszkanie wypełniło się głosami.
Pierwsza przyszła matka Igora, Walentyna Pietrowna, z nienaganną fryzurą i surowym spojrzeniem.
Za nią jego siostra Swieta z mężem Jurijem i dwójką dzieci.
Potem pojawił się brat Paweł z żoną Mariną.
I oczywiście wujek Sława z ciocią Niną — weterani wszystkich rodzinnych biesiad.
Olga krążyła między kuchnią a salonem, roznosząc talerze, dolewając napoje i sprzątając.
Igor natomiast siedział na czele stołu, już nalał wszystkim pierwszą kolejkę i zaczął zabawiać publiczność.
— No dobrze, ludzie, wypijmy za solenizantkę!
Podniósł kieliszek.
— Mamo, jesteś jak dobre wino — z wiekiem tylko lepsza.
Chociaż, w przeciwieństwie do wina, robisz się bardziej kwaśna.
Mrugnął okiem i wszyscy się roześmiali.
Nawet Walentyna Pietrowna uśmiechnęła się lekko, kręcąc głową.
— Ale ty jesteś bezczelny.
— Co? Mówię prawdę!
Igor opróżnił kieliszek.
— No dobra, jedzmy!
Olga przyniosła sałatki.
Igor natychmiast złapał ją za rękę.
— Spójrzcie, jaką mam pracowitą żonę.
Cały dzień spędziła w kuchni.
Efekt taki sobie, ale za to z sercem!
Roześmiał się głośno, a reszta podchwyciła śmiech.
— Igorku, co ty, wszystko jest bardzo smaczne — powiedziała łagodnie Marina.
— Marino, ty po prostu jesteś dobra — machnął ręką Igor.
— My z Olką znamy prawdę.
Moja żona to mistrzyni prostych potraw.
Barszcz, pierogi, makaron z parówką.
Wysoka kuchnia to nie dla nas.
Olga postawiła ostatni talerz i odeszła do okna, udając, że poprawia zasłonę.
W środku wszystko ścisnęło się w twardy węzeł.
Oddychaj.
Po prostu oddychaj.
Biesiada rozkręciła się na dobre.
Toasty następowały jeden po drugim.
Igor był w świetnej formie — żartował, opowiadał historie, naśladował znajomych.
Rodzina tarzała się ze śmiechu.
Wiedział, jak trafić do każdego.
Był wirtuozem.
— Pamiętacie, jak w zeszłym roku Swieta z Jurijem pojechali na Cypr i potem miesiąc opowiadali, jakie tam piękne miejsca?
A my z Olą byliśmy w Soczi.
Przyjeżdżamy, mówię: „Oluś, patrz, morze!”
A ona: „Już widziałam, wszystkie morza są takie same”.
Romantyzm!
— Igor, no przestań — powiedziała cicho Swieta, ale uśmiech nie schodził jej z twarzy.
— Daj spokój, co w tym złego — machnął ręką.
— Ja kocham swoją żonę taką, jaka jest.
Chłodną i praktyczną.
Jak szwajcarski zegarek.
Działa dokładnie, ale niespodzianek nie oczekujcie.
Znowu śmiech.
Olga siedziała na brzegu kanapy, ściskając w dłoniach kieliszek wina.
Prawie nie piła, ale dziś zrobiła kilka łyków.
Potrzebowała czegoś, żeby stłumić narastającą wściekłość.
— A Paweł to jest u nas porządny facet — ciągnął Igor.
— Cichy, skromny.
Tak skromny, że w domu rządzi jego żona.
Marina, przyznaj się — to ty pozwoliłaś mu dziś przyjść?
Paweł zawstydzony się uśmiechnął.
— Daj spokój.
— Nie „daj spokój”!
Ja widzę, kto w waszym domu nosi spodnie.
I to na pewno nie ty, braciszku.
Wszyscy znów się roześmiali.
Marina się zaczerwieniła, ale też się uśmiechała.
Nikt się nie obraził.
Nikt oprócz Olgi.
Patrzyła na męża i nie poznawała go.
Ten szyderczy uśmiech.
Te oczy błyszczące z zapałem.
Ta pewność, że może powiedzieć wszystko i nic mu za to nie będzie.
Kiedy to się zaczęło?
A może zawsze taki był?
Nie.
Ona to widziała.
Po prostu milczała.
Zaciskała zęby i milczała.
Bo „przecież on nie robi tego ze złości”.
„On tylko żartuje”.
„Nie bądź taka poważna”.
I wtedy Olga wstała.
— Igor — powiedziała spokojnie.
— A teraz, kochanie, pozwól, że opowiem twojej rodzinie, jak ich nazywasz.
Zapadła cisza.
Igor zamrugał, nie od razu rozumiejąc, o co chodzi.
— Co?
— Powiedziałam: opowiem twojej rodzinie, jak ich nazywasz.
Przecież masz dla każdego przezwisko.
Takie miłe, domowe.
Dlaczego się nimi nie podzielić?
Uśmiech zniknął z twarzy Igora.
— Ola, o czym ty mówisz?
— O prawdzie.
Odwróciła się do stołu.
— Walentyno Pietrowno, wie pani, jak Igor panią nazywa?
Teściowa zmarszczyła brwi.
— Oleczko, co się dzieje?
— Nazywa panią Megerą.
Albo Cerberem.
W zależności od humoru.
W pokoju zapadła lodowata cisza.
Nikt się nie odezwał.
Igor stał nieruchomo.
Jego gra się skończyła.
I po raz pierwszy w życiu nie miał żadnego żartu do powiedzenia.







