Irina zamarła z rolką taśmy w ręce.
Dźwięk ciężkiej teczki, rzuconej z rozmachem na parapet, sprawił, że drgnęła.

W ciasnej wynajmowanej kuchni ten huk wydał się ogłuszający.
Oleg stał w drzwiach, zły i rozczochrany, patrzył na pudła, które pakowała już drugi dzień.
„Przecież wszystko omówiliśmy!” — szarpnął węzeł krawata.
„Po co znowu zaczynasz?”
„Wynajmiemy twoje mieszkanie.”
„Pieniądze pójdą na kredyt, kupimy normalne trzypokojowe tutaj, na osiedlu.”
„Tu wszystko jest nasze — parking, sklepy.”
„A ty uczepiłaś się tego centrum!”
„Jesteśmy rodziną czy nie?”
Rodzina.
Przez ostatnie siedem lat to słowo dla Iriny oznaczało życie w wynajmowanej kawalerce przy hałaśliwej ulicy.
Oznaczało płacenie obcemu człowiekowi pięćdziesięciu ośmiu tysięcy miesięcznie i czekanie co roku na podwyżkę.
Oznaczało wychodzenie wieczorem na korytarz z telefonem, żeby nie przeszkadzać mężowi odpoczywać.
„Nie możemy tu już dłużej, Oleg”, powiedziała cicho.
„Mieszkanie na Kronwerskim stoi puste.”
„Jest moje.”
„Po prostu się tam przeprowadźmy.”
„Przynajmniej ściany będą nasze i nikt nas nie wyrzuci.”
„A Kolia?” — Oleg przeszedł do ataku.
„Syn ma tu przedszkole, przyjaciół.”
„Ja mam pracę dwadzieścia minut stąd.”
„Myślisz tylko o swoim komforcie, Ira.”
Irina milczała.
Wiedziała, o kim naprawdę myśli.
Teściowa, Tatiana Pietrowna, od pół roku narzekała na zdrowie.
Wspominała, że w Petersburgu medycyna jest lepsza.
Oleg podszedł do stołu i nalał sobie wody.
„Krótko mówiąc, tak będzie.”
„Jutro dogadam się z agentem.”
„Wynajmiemy twoje mieszkanie, pieniądze odłożymy.”
„A ty żyj spokojnie.”
„Mama, swoją drogą, przyjedzie w weekend pomóc ci z rzeczami.”
Irina spojrzała na męża.
W jego głosie nie było pytania.
Tylko rozkaz.
„Dobrze”, powiedziała nagle.
„Pojadę tam dziś.”
„Muszę spakować serwis babci i książki, zanim wpuszczimy lokatorów.”
Oleg odetchnął z ulgą.
„No widzisz.”
„Tak trzeba było od razu.”
Tego samego wieczoru Irina siedziała na szerokim parapecie mieszkania na Kronwerskim.
Pachniało starym parkietem, ale ten zapach był dla niej lepszy niż jakiekolwiek perfumy.
W rękach trzymała starą porcelanową filiżankę z uszkodzonym uchem.
Ulubioną filiżankę babci.
W tym mieszkaniu było cicho.
Nikt nie mruczał telewizorem.
Nikt nie stukał w kaloryfery.
Przez siedem lat czekała, aż mąż powie: „Pakuj się, jedziemy do domu”.
Ale nigdy tego nie powiedział.
Zadzwonił telefon.
Na ekranie pojawiło się „Tatiana Pietrowna”.
Irina odebrała.
„Iroczka, dzień dobry”, głos teściowej był wyjątkowo czuły.
„Oleg mówił, że chcecie wynająć mieszkanie babci.”
„To bardzo rozsądne.”
„Pomyślałam… po co wpuszczać obcych?”
„Mogłabym tam na razie zamieszkać, przypilnować.”
„Mieszkanie jest duże, wystarczy mi jeden pokój.”
„Drugi zamkniemy.”
„Wy będziecie mieć dochód, a ja bliżej do lekarzy.”
Irina ścisnęła mocniej filiżankę.
No tak.
Wszystko stało się jasne.
Oleg nie chciał większego mieszkania.
Chciał wprowadzić matkę do centrum.
A Irina z synem mieli zostać na obrzeżach.
„Spakowała już pani walizki?” zapytała Irina.
„No, zaczęłam powoli”, odparła teściowa.
„Oleg mówił, że na weekend można.”
„Rozumiem.”
Irina się rozłączyła.
Ostrożnie postawiła filiżankę na parapecie.
Ta krucha rzecz przetrwała przeprowadzki.
A jej małżeństwo nie.
Zadzwoniła do męża.
„Oleg, gdzie jesteś?”
„W drodze.”
„A ty?”
„Będziesz gotować?”
„Jestem w domu.”
„Na Kronwerskim.”
„Kończ i wracaj.”
„Nie wrócę.”
„Zostaję tu.”
„Co to znaczy?” — jego głos stwardniał.
„Nie rób scen.”
„Mama przyjeżdża w sobotę.”
„Właśnie dlatego przygotowuję mieszkanie.”
„Dla siebie i Kolii.”
„Ira, nie denerwuj mnie!”
„To wspólna decyzja!”
„Wracaj natychmiast albo…”
„Albo co?” przerwała mu.
„Złożysz pozew o rozwód?”
„Zrób to.”
„Mieszkanie jest moje z dziedziczenia.”
„Ale kredyt na twój samochód podzielimy.”
„Pożałujesz!” krzyknął.
„Kto cię zechce z dzieckiem?”
„Przyjadę i cię zabiorę!”
„Klucze są u mnie.”
„Zmieniono zamek.”
„Przyjedź, zobacz drzwi i wróć do mamy.”
Rozłączyła się.
W sobotę rano zadzwonił dzwonek.
Irina spojrzała przez wizjer.
Na korytarzu stał Oleg.
Obok Tatiana Pietrowna z dwiema wielkimi torbami.
Irina otworzyła drzwi, ale stanęła w progu.
„Dzień dobry.”
„Iroczka, co to za dziecinada?” zaczęła teściowa.
„Wejdźmy, napijemy się wody…”
„Nie wejdziecie”, powiedziała Irina.
„To nie hotel.”
„Co ty robisz?” syknął Oleg.
„To moja matka!”
„Będzie tu mieszkać!”
„Nie, Oleg.”
„Tu mieszkam ja i mój syn.”
„Twoja matka może mieszkać z tobą.”
„W tej waszej kawalerce.”
„Tam przecież wszystko jest wasze.”
„Parking, sklepy.”
„Żyjcie tam.”
„Rodzina.”
„Jak śmiesz!” krzyknęła teściowa.
„Znajdziemy na ciebie sposób!”
„Spróbujcie”, uśmiechnęła się Irina.
„A teraz przepraszam, idziemy z Kolą na spacer.”
Zamknęła drzwi.
Klik zamka zabrzmiał jak finał.
Po chwili wszystko ucichło.
Irina wróciła do pokoju.
Kolia bawił się na podłodze.
„Mamo, tata przyjdzie?”
„Tata jest zajęty, kochanie.”
Irina podeszła do okna.
Wzięła porcelanową filiżankę.
Nalała wody.
Napiła się.
Była czysta.
Bez goryczy.
Po raz pierwszy od siedmiu lat czuła się gospodynią.
Swojego życia.







