Aleksiej rzucił klucze na szafkę.
— Albo jedziemy na urlop z moją siostrą i jej dziećmi, albo pakuj rzeczy i wynoś się z mojego mieszkania.

Wiesz, gdzie są drzwi.
Zastygł w drzwiach, krzyżując ręce na piersi i wypinając tors, niczym kapitan tonącego statku.
Olga zamarła na środku salonu z otwartymi paszportami w dłoniach.
— Co?!
— Słyszałaś.
Od dzisiaj twoje sprzeciwy nie będą przyjmowane.
Jeszcze rano, odprowadzając męża do pracy, Olga starannie włożyła vouchery podróżne do ich paszportów — swojego i Aleksieja — wyobrażając sobie, jak samolot poniesie ich ku morzu, słońcu i gorącemu piaskowi na plaży.
— Jak dobrze, że szef puścił mnie na urlop wcześniej, — pomyślała, spoglądając na stertę rzeczy na łóżku w sypialni, które koniecznie trzeba było zabrać ze sobą.
Tylko oni dwoje, bez wiecznego „a gdzie ładowarka do tabletu?” i „ciociu Olu, nie chcę kaszy, zrób mi omlet”.
— Lesza, mówisz poważnie? — głos Olgi zadrżał.
— Przez pół roku odkładaliśmy na ten hotel z widokiem na morze.
Marzyliśmy o ciszy, pięknych zachodach słońca i szumie fal za oknem.
Miałam nadzieję, że wreszcie pobędziemy tylko we dwoje, a nie że będę darmowym dodatkiem do twojej rodziny.
— Ania musi odpocząć, Olu.
I to nie podlega dyskusji.
Po rozwodzie jest zupełnie wykończona.
Pomyśl tylko!
Troje dzieci: trzy, pięć i siedem lat.
Przecież chciałaś w najbliższym czasie zostać matką, prawda?
No to poćwiczysz.
Nie chcę, żeby moje dzieci rodziła niedoświadczona niezdara, która nie potrafi sobie poradzić nawet z siostrzeńcami męża, — wycedził Aleksiej, jakby to nie było ultimatum, lecz mądra rada z męskiego magazynu.
Olga poczuła, jak policzki zaczynają jej płonąć.
Trzy lata małżeństwa.
Żyli niby normalnie.
Wszystko jak u ludzi: wspólna hipoteka, wspólne kolacje, seriale w weekendy, jeśli akurat nie przyjeżdżała w gości liczna rodzina męża, bo „u was jest przestronnie i park blisko”.
Wygodnie chodzić z dziećmi na spacery, no tak.
Olga nie raz dawała mężowi do zrozumienia, że obecność jego rodziny w ich życiu należałoby ograniczyć.
Aleksiej w odpowiedzi burczał, że jest „zbyt niezależna” i „chce odciąć się od rodziny”, ale do bezpośrednich ultimatum dotąd nie dochodziło.
Potrafił mruknąć:
— Mama lepiej wie, jak solić ogórki, — albo:
— Kupmy ten samochód, który poleciła Ania.
Olga się zgadzała — dla świętego spokoju w rodzinie.
Ale teraz nie chodziło o kiszone ogórki ani o samochód, którym i tak będzie jeździł mąż.
Chodziło o to, żeby zamienić jej długo wyczekiwany urlop w dwutygodniowy maraton darmowej niani dla hałaśliwej trójki siostrzeńców, podczas gdy siostrzyczka Aleksieja będzie leżeć na leżaku.
— Czyli mam przez cały urlop wycierać smarki, łapać „topielców”, karmić ich, kłaść spać, zabawiać i słuchać niekończącego się „ciociu Olu, dlaczego?” — doprecyzowała z gorzkim uśmiechem.
— A ty z siostrą będziecie odpoczywać?
— Jestem głową rodziny, — uciął Aleksiej.
— I ja zdecydowałem.
To rodzinny wyjazd.
Albo tak, albo pakuj rzeczy i się wyprowadzaj.
Mam dość twoich kaprysów.
Olga spojrzała na męża tak, jakby zobaczyła obcego człowieka w znajomej piżamie.
Przez trzy lata się dostosowywała.
Kiedy Ania przyjeżdżała „na parę dni” i zostawała na tydzień, Olga gotowała, sprzątała i zabawiała dzieci.
Kiedy teściowa dzwoniła o jedenastej wieczorem z poradami dotyczącymi prania, ona tylko przytakiwała.
Ale ten urlop miał być tylko jej.
— Dobrze, — powiedziała cicho, lecz stanowczo.
— Wybieram drugą opcję.
Jadę do mamy.
Teraz.
Pomieszkam u niej, dopóki będziemy dzielić mieszkanie.
— Co?! — Aleksiej się zmieszał.
Pewność siebie spłynęła mu z twarzy jak tanią opalenizna.
— Olu, nie wygłupiaj się.
Za dwa dni samolot!
Wszystko opłacone.
— No to leć.
Będziesz uczyć siostrzeńców nurkować i słuchać, jak Ania narzeka na byłego.
Idealny urlop dla ciebie.
Wyciągnęła drugą walizkę i zaczęła wrzucać do niej rzeczy: sukienki, swetry, letnią sukienkę, adidasy i ulubioną książkę, której wciąż nie zdążyła doczytać.
Aleksiej stał, stopniowo purpurowiejąc.
— Pożałujesz!
Ania ci tego nie wybaczy.
Powie, że porzuciłaś rodzinę w trudnym momencie.
— Trudny moment jest wtedy, kiedy ktoś na przykład choruje, Lesza.
A kiedy mąż zamienia żonę w nianię, to jest moment olśnienia.
I tak, odmawiam bycia darmową animatorką tylko po to, żebyś potem mógł się chwalić, jaką masz doświadczoną żonę.
Taksówka wiozła Olgę przez nocne miasto.
Matka, Tatiana Iwanowna, otworzyła drzwi bez pytań.
Zobaczyła walizki, przytuliła córkę i w milczeniu nastawiła czajnik.
— Napijesz się herbaty?
Z konfiturą jagodową, twoją ulubioną, — zapytała, gdy rzeczy zajęły swoje zwykłe miejsce w dawnym pokoju Olgi.
— Tak, mamo.
Przy herbacie Olga powiedziała, zamyślona mieszając cukier w filiżance:
— Chyba się rozwodzę, mamo.
Na balkonie, gdzie pachniało jaśminem i dawnymi wspomnieniami, zaczęły rozmawiać.
— Przez dzieci Ani? — Tatiana Iwanowna pokręciła głową.
— Mówiłam ci.
Lesza zawsze był maminsynkiem, a teraz jest jeszcze siostrzanym pupilkiem.
Ale ultimatum to już za dużo.
— Jestem zmęczona, mamo.
Przez trzy lata byłam wygodna.
Ustępowałam w drobiazgach, żeby się nie kłócić.
A teraz on uznał, że mam ćwiczyć na cudzych dzieciach, bo inaczej nie powierzy mi roli matki jego dzieci.
Wiesz, to była ostatnia kropla.
Rano telefon rozrywał się od połączeń i wiadomości.
Dzwonił Aleksiej, Ania pisała: „Olu, ty tak na serio?
Dzieci tak bardzo chciały pojechać z ciocią Olą!
Jesteś przecież prawie rodziną”.
Olga wyciszyła telefon i poszła pomagać mamie sadzić kwiaty na balkonie.
W południe zadzwonił dzwonek do drzwi.
Na progu stała Anna — w nowej plażowej tunice, ze zmęczoną twarzą i zapachem drogich perfum.
— Mogę? — jej głos był nietypowo łagodny.
— Olu, no co to za przedszkole? — zaczęła protekcjonalnie, jakby próbowała przekonać dziecko, zwracając się do bratowej.
— Przez urlop niszczyć rodzinę?
Lesza jest w szoku, dzieci są rozstrojone.
— Aniu, zapytałaś mnie, czy chcę spędzić swój urlop, biegając za twoimi trzema huraganami? — Olga nie zaproponowała szwagierce, żeby usiadła.
— Czy może zgadzasz się z tym, co powiedział Lesza, że powinnam poćwiczyć?
— Ale to ci się przyda! — Ania rozłożyła ręce.
— Przecież chcesz dziecka!
To będzie praktyka.
Ja odpocznę, a ty…
— A ja zostanę darmową nianią, żeby potem Lesza chwalił się, jaką ma przygotowaną żonę?
Nie, dziękuję.
Jedźcie odpoczywać.
Beze mnie.
Ania zacisnęła usta.
— Zrobiłaś się bardzo egoistyczna, Olu.
Kiedyś byłaś bardziej uległa.
To wszystko przez twoją matkę?
Nastawia cię przeciwko rodzinie?
Tatiana Iwanowna wyszła z kuchni z filiżanką w ręku.
— Nie, Aniu.
To zdrowy rozsądek.
Olga ma trzydzieści dwa lata, a wy wciąż decydujecie, ile pieluch ma zmieniać twoim dzieciom i ile łyżek soli wsypać do ogórków.
Kiedy szwagierka wyszła, trzaskając drzwiami, Olga poczuła lekkość.
Jakby zrzuciła ciężki plecak, który dźwigała przez trzy lata.
Załatwiła zwrot swojego biletu i kupiła sobie bilet do tego samego kurortu, tylko do innego hotelu — sama.
Wieczorem, w przeddzień wylotu, przyjechał Aleksiej.
Pognieciony, zły.
— Zwróciłem twój bilet, — skłamał.
— Zwróciłam go sama i już rano dostałam pieniądze.
Są na moim koncie.
Zaciął się.
— Czyli naprawdę?!
Olu, daję ci ostatnią szansę.
Przeproś i jedź z nami.
Olga usiadła naprzeciwko niego.
— Lesza, musimy porozmawiać, ale nie o urlopie.
Jestem zmęczona byciem wygodną.
Przez trzy lata się dostosowywałam, ale ty przekroczyłeś granicę.
Nie jestem nianią ani dodatkiem do twojej siostry.
Jeśli chcesz rodziny, naucz się mnie szanować.
A na razie lecę nad morze.
Sama.
I tam zastanowię się, czy warto nam dalej ciągnąć razem ten kredyt hipoteczny.
Aleksiej otworzył usta, ale nie znalazł słów.
Olga uśmiechnęła się — po raz pierwszy od tych kilku dni naprawdę.
—
Po dwóch tygodniach wróciła opalona, wypoczęta i z nowymi myślami.
Aleksiej czekał na nią na lotnisku z kwiatami i winną miną.
Ania z dziećmi pojechała osobno i, według plotek, urlop nie wyszedł tak, jak oczekiwano.
Aleksiej uciekł z powrotem po trzech dniach.
— Nie miałem racji, — powiedział.
— Zacznijmy od nowa.
Bez ultimatum i cudzych dzieci.
Lepiej od razu pomyślmy o własnych.
Olga spojrzała na niego i skinęła głową.
— Dobrze.
Ale teraz zasady się zmienią.
I pierwszy punkt: następny urlop będzie tylko dla nas dwojga.
Bez siostrzeńców i bez żadnych treningów.
Wzięła kwiaty.
W środku nadal bolało, ale słońce już świeciło.
Czasami, żeby uratować małżeństwo, trzeba najpierw odejść.







