– Katia stała na środku swojej kuchni i czuła, jak w gardle rośnie zimna kula.
– Toksykoza w ostatnich dniach stała się nie do

zniesienia, ale mdliło ją teraz nie od ciąży,
lecz od słów, które zawisły w powietrzu.
– „Katiusza, przecież jesteś rozsądną dziewczyną,”
— Galina Pietrowna przesunęła zadbanym
paznokciem po dębowym parkiecie, jakby sprawdzając jego wytrzymałość.
– „Spójrz prawdzie w oczy. To nie mieszkanie, to krypta.”
– Teściowa siedziała przy stole tak, jakby wyświadczała przysługę temu krzesłu, kuchni i całemu domowi.
– Przed nią dymiła herbata w cienkiej porcelanie — jedyna rzecz, którą tutaj akceptowała.
– „Mama ma rację, Katia,” — mąż Wiktor stał przy oknie, nerwowo bębniąc palcami o parapet.
– „Wysokie sufity są oczywiście efektowne. Ale widziałaś rachunki za ogrzewanie? A instalacja? Ten dom ma prawie sto lat. To nie aktywa, to pasywa.”
– Katia machinalnie przycisnęła dłoń do brzucha. Jeszcze płaskiego, ale już tak ważnego.
– Tę „stalinowską” kamienicę otrzymała od babci. Pachniało tu starymi książkami i spokojem.
– Zeszłego lata sama cyklinowała te podłogi, centymetr po centymetrze, wdychając drzewny pył i marząc, jak będą tu biegać ich dzieci.
– „Tu jest park po drugiej stronie ulicy,” — powiedziała. „Blisko przychodnia, szkoła…”
– „Park z pijakami!” — Wiktor gwałtownie się odwrócił, w jego oczach płonął ten ogień fanatyka, który przerażał Katię.
– „Katia, przestań czepiać się staroci, ja myślę o rodzinie! O przyszłym spadkobiercy! Mama oddaje nam swoją działkę w Sosnach. Czy ty w ogóle wiesz, ile tam kosztuje ar? Milion! A ona nam za darmo, po prostu tak!”
– „To działka rodowa,” — skinęła z powagą Galina Pietrowna, poprawiając ułożoną fryzurę.
– „Chcę, żeby mój wnuk dorastał na świeżym powietrzu, w swoim domu, a nie w tej betonowej klatce z sąsiadami z marginesu. Zbudujemy tam pałac, Kateńko. Ale potrzebny jest kapitał startowy.”
– Schemat był prosty jak pułapka na myszy. Katia sprzedaje swoje mieszkanie — to około dwunastu milionów.
– Te pieniądze idą na budowę. Wiktor bierze na siebie kierowanie procesem, wynajmuje ekipę i do zimy wprowadzają się do swojego domu.
– „Jesteśmy rodziną, maluszku,” — Wiktor podszedł i objął ją za ramiona.
– Jego ręce były ciepłe, ale Katię przeszły dreszcze.
– „Ty wnosisz główny wkład, ja biorę na siebie cały brud i budowę, wszystko uczciwie.”
– „Uczciwie.”
– To słowo dzwoniło w uszach. Katia skinęła głową, przełykając ślinę, tak bardzo chciała wierzyć.
– W końcu czy rodzina to nie sytuacja, w której wszystko jest wspólne? Czy można być małostkowym, gdy chodzi o zdrowie dziecka?
– „Dobrze,” — westchnęła. „Wystawię mieszkanie na sprzedaż.”
– Galina Pietrowna uśmiechnęła się.
– Uśmiech miała szeroki, ale oczy pozostały zimne, jak u szczupaka, który zauważył błystkę.
– Miesiąc minął w gorączce. Wiktor ganiał z projektami, kosztorysami i katalogami.
– Mówił tylko o gazobetonie, zbrojeniu i panoramicznych oknach. Katia natomiast żyła w trybie ostrego oszczędzania.
– Umówili się: dopóki mieszkanie się sprzedaje, Wiktor „akumuluje środki” na rozpoczęcie prac.
– Dlatego cały ciężar codziennego życia spadł na Katię.
– Sobotni poranek, supermarket.
– Katia stała przy półce z nabiałem, hipnotyzując cenę twarogu.
– Lekarz usilnie zalecał wapń i witaminy. Witaminy dla ciężarnych kosztowały dwa tysiące rubli. Twaróg w promocji — dziewięćdziesiąt.
– W jej koszyku leżały marmurkowe steki — Witja kochał mięso średnio wysmażone, potrzebował sił, przecież „budował”.
– Była tam droga herbata dla Galiny Pietrowny — obiecała wpaść wieczorem omówić kolor elewacji.
– A dla siebie Katia odłożyła tę właśnie paczkę twarogu.
– Przy kasie terminal pisnął i wyświetlił: „Niewystarczające środki”.
– Katia poczuła, jak rumień zalewa jej policzki. Kolejka z tyłu zaczęła niezadowolona szumieć.
– Zadzwoniła do męża:
– „Wicia, przelej parę tysięcy na jedzenie, zeszłam do zera.”
– Odpowiedź przyszła błyskawicznie w wiadomości głosowej. Głos męża był dziarski, dzwoniący entuzjazmem:
– „Maluszku, no co ty? Przecież mówiłem, że wpakowałem każdą kopiejkę w przedpłatę za beton! Fundamenty mamy na karku! Pocierp trochę, przecież się budujemy. Ja teraz w ogóle jestem na głodzie, nawet kawy nie piję. Wszystko w dom!”
– Katia milcząc odłożyła twaróg, zostawiła steki i herbatę.
– Wyszła ze sklepu, czując, jak kręci jej się w głowie. „Wszystko w dom”. W jaki dom? W ten, którego jeszcze nie ma?
– Wieczorem smażyła mięso.
– Zapach smażonej wołowiny wywoływał nowe ataki mdłości, ale wytrzymała.
– Wiktor jadł z apetytem, opowiadając, jaką świetną ekipę znalazł.
– „A propos, wyprasowałaś moją szczęśliwą koszulę?” — zapytał, wycierając usta serwetką.
– „Jutro spotkanie z majstrem, muszę wyglądać jak pan życia.”
– Katia skinęła głową.
– Prasowała tę koszulę pół godziny temu, starając się nie zauważać, że kołnierzyk jest już przetarty.
– Jej jedyne wygodne rajstopy poddarły się, ale nie było za co kupić nowych.
– „Jakaś blada jesteś,” — zauważył Wiktor, nalewając sobie więcej wina.
– „Przydałoby ci się świeże powietrze. Jak zbudujemy dom, będziesz siedzieć na tarasie i hodować róże.”
– „Wicia,” — zapytała cicho. „A jak będziemy załatwiać dokumenty na ziemię? Darowizna na ciebie? Czy od razu na nas oboje?”
– Wiktor zamarł z kieliszkiem w dłoni. Przez ułamek sekundy w jego oczach mignęła irytacja — tak patrzy się na natrętną muchę.
– „Katia, no znowu? Mama przecież powiedziała, że wszystko załatwimy. Teraz nie ma czasu biegać po urzędach, sezon ucieka! Wylejemy fundamenty, postawimy ściany, wtedy zajmiemy się papierkami. Mama nigdzie nie zniknie, to przecież mama! Co, nie ufasz jej?”
– „Ufam,” — skłamała Katia.
– Nocą nie mogła zasnąć. Fraza „To przecież mama” drapała mózg.
– Przebudzenie nie przyszło od razu. Gromadziło się jak kurz w kątach, którego nie zauważasz, dopóki nie zapalisz jasnego światła.
– Pierwsza warstwa opadła w niedzielę.
– Obiad u teściowej. Galina Pietrowna, rozpromieniona własną ważnością, pokazywała koleżance, cioci Lenie, projekt domu na tablecie.
– „Patrz, Lenoczko! Tutaj będzie ogród zimowy. A tutaj moja pracownia. Od dawna marzyłam o malowaniu na łonie natury.”
– Katia, która sprzątała ze stołu brudne talerze (w domu teściowej ta rola zawsze przypadała jej z urzędu), zamarła.
– „Galino Pietrowno,” — powiedziała ostrożnie. „Ale przecież to… pokój dziecięcy według projektu. My z Wicią planowaliśmy tam pokój dla dziecka.”
– Teściowa urwała, z wężową gracją odwróciła głowę.
– „Dziecko,” — jej głos stał się przesłodzony jak tani syrop. „A jaka to różnica? Dom jest duży, dla wszystkich starczy miejsca. To nasze gniazdo rodowe. Moja działka, moje zasady… oj, to znaczy, nasze zasady, oczywiście.”
– Przejęzyczenie zawisło w powietrzu. „Moja działka.”
– Wieczorem Katia usiadła do laptopa. Ręce drżały jej tak, że trzy razy pomyliła się przy wpisywaniu kodu na stronie rejestru nieruchomości. Musiała wiedzieć.
– Publiczna mapa katastralna. Wyszukiwanie po adresie, zamówienie wypisu z rejestru. Trzysta pięćdziesiąt rubli — płatność przeszła.
– Po pięciu minutach na pocztę trafił plik PDF.
– Katia otworzyła dokument. Linijki pływały jej przed oczami, ale treść uderzyła w splot słoneczny mocniej niż jakakolwiek toksykoza.
– Działka gruntu.
– Właściciel: Smirnowa Galina Pietrowna.
– Data rejestracji prawa: 15.05.2015.
– Żadnej darowizny nie było. Żadnej umowy przedwstępnej darowizny. Żadnego „załatwiania w trakcie”. Ziemia należała do teściowej w 100%.
– Katia wiedziała: czyja ziemia, tego dom. Nieważne, kto płacił za cegły czy odmawiał sobie witamin.
– Jeśli zbudują dom tutaj, będzie on należał do Galiny Pietrownej. A Katia zostanie z niczym.
– W pokoju było ciemno. Wiktor spał rozwalony na łóżku jak zwycięzca. Jego telefon leżał na szafce, podłączony do ładowarki. Ekran rozbłysł — przyszła wiadomość.
– Katia nie lubiła szpiegować, uważała to za poniżej swojej godności. Ale teraz instynkt samozachowawczy wyłączył wszelkie zasady przyzwoitości.
– Na telefonie męża nie było hasła, zawsze mówił, że nie ma nic do ukrycia.
– Wiadomość była od kontaktu „Mama”.
– „Synku, nie naciskaj na nią za mocno ze sprzedażą, bo ją spłoszysz. Niech sprzeda tę swoją ruderę, wpłaci pieniądze, a wtedy już nigdzie się nie podzieje z tym brzuchem. Zarejestrujemy dom jako kuchnię letnią na mnie, żeby podatki były mniejsze. Ty najważniejsze zacznij budowę, żeby nie było drogi odwrotu.”
– Katia przeczytała wiadomość dwa razy.
– „Z brzuchem.”
– „Nigdzie się nie podzieje.”
– „Zarejestrujemy na mnie.”
– Wiedzieli o ciąży. Katia nikomu nie mówiła, chciała zrobić niespodziankę po pierwszym badaniu prenatalnym.
– Ale widocznie toksykoza nie umknęła uważnym oczom „kochającej” teściowej i wykorzystali to.
– Przeliczyli wszystko: ciężarna kobieta jest bezbronna, potrzebuje gniazda, odda wszystko dla dobra przyszłego dziecka.
– Mają ją za idiotkę i inkubator z posagiem w postaci mieszkania w centrum.
– Katia położyła rękę na brzuchu.
– „Nie bój się,” — szepnęła. „Mama nikomu nas nie odda.”
– Przez następny tydzień Katia idealnie grała swoją rolę. Była cicha, posłuszna, zgadzała się na wszystko.
– „Wicia,” — powiedziała przy śniadaniu, starannie smarując chleb masłem. „Jest kupiec na mieszkanie, gotowy do transakcji za dwa tygodnie.”
– Wiktor zachłysnął się kawą z radości.
– „Serio?! Kaśka, jesteś najlepsza! Wiedziałem, że nie zawiedziesz!”
– „Ale on prosi o chwilę cierpliwości, bo coś tam mu się z kredytem przedłuża,” — kontynuowała łagodnie. „A mówiłeś, że trzeba się spieszyć z fundamentami. Może zaczniemy?”
– „No ja bym bardzo chętnie!” — Wiktor zerwał się i zaczął mierzyć kuchnię krokami. „Ale nie ma kasy! Ekipa stoi, beton drożeje z każdym dniem!”
– „A kredyt?” — zapytała niewinnie Katia. „Weź gotówkowy, ze trzy-cztery miliony. Akurat starczy na fundamenty i ściany. A za dwa tygodnie sprzedam mieszkanie i od razu go zamkniemy. Nadpłacimy grosze odsetek za miesiąc, za to zdążymy przed deszczami.”
– Wiktor zatrzymał się, w jego oczach mignęła chciwość walcząca z ostrożnością, ale chciwość, podsycona pewnością władzy nad żoną, wygrała.
– „A dadzą mi? Przecież mam małą podstawę.”
– „Dadzą, jesteś właścicielem tej kawalerki, można pod zastaw,” — podpowiedziała. „Albo po prostu weź w dwóch bankach. Przecież ty jesteś przebojowy. Ważne, żeby zacząć, Wicia. Tak bardzo chcę nasz dom.”
– Wiktor lśnił jak nowa moneta.
– „Koniec, postanowione! Jeszcze dziś składam wnioski. Kaśka, będziemy mieć własny dom!”
– Wziął kredyt, trzy i pół miliona rubli. Na potężny procent, ale co za różnica? Za dwa tygodnie spłaci go pieniędzmi żony.
– Dzień X, a konkretnie Dzień Betonu.
– Katia nalegała, żeby pojechali na działkę. Chciała „widzieć, jak rodzi się marzenie”.
– Działka w elitarnym osiedlu „Sosny” przypominała błotniste pobojowisko. Ciężki sprzęt rozorał ziemię, zmieniając trawnik teściowej w poligon. Ogromne betoniarki ustawiały się w kolejce.
– Wiktor był w gumowcach, kasku i wrzeszczał na robotników, machając rękami — wyglądał na absolutnie szczęśliwego.
– „Patrz, Katia!” — podbiegł do niej, ochlapany szarymi kroplami. „To fundament ławowy, wzmocniony! Tu pójdzie ze czterdzieści kubików! Budujemy na wieki! Wpakujemy tu teraz całą kasę, ale dom będzie stał jak twierdza!”
– Katia patrzyła, jak gęsta szara mazia leje się w szalunki. Trzy i pół miliona rubli. Pieniądze, których Wiktor nie miał. Pieniądze, które wziął z banku pod słowo honoru swojej żony.
– Patrzyła, jak beton zastygając staje się pomnikiem jego głupoty i chciwości.
– „Bardzo solidnie, Wicia,” — powiedziała, wiatr tutaj był przenikliwy. „Rzeczywiście, na wieki.”
– Teściowa obserwowała proces z ganku swojego starego domku letniskowego, otulając się szalem. Pomachała im władczo. Jakby mówiła: patrz dziecko, jak gospodarujemy twoimi pieniędzmi.
– Katia odmachała.
– Dzień transakcji został wyznaczony na wtorek.
– Katia siedziała w swojej kuchni, słońce zalewało parket ciepłym, bursztynowym światłem. Na stole stał wazon ze świeżymi piwoniami, kupiła je sobie sama, pierwszy raz od pół roku nie oszczędzając. W piekarniku piekło się ciasto z jabłkami. Zapach cynamonu i ciasta wyparł wszelkie lęki.
– Telefon na stole zaczął wibrować, na ekranie wyświetliło się: „Ukochany”.
– Katia wzięła łyk herbaty.
– Po minucie dzwonek się powtórzył, potem jeszcze raz. Zaraz potem posypały się wiadomości.
– „Gdzie ty jesteś?! Notariusz czeka!”
– „Kupiec się denerwuje! Katia, odbierz telefon!”
– „Mamy transakcję za 15 minut, utknęłaś w korku?”
– Poczekała jeszcze pięć minut, niech się podenerwuje i poczuje, jak ziemia osuwa mu się spod nóg.
– W końcu odebrała.
– „Katia!!!” — ryk Wiktora w słuchawce sprawił, że się skrzywiła. „Gdzie ty się szwendasz?! Wszyscy tu jesteśmy! Rozumiesz, że zrywasz transakcję?!”
– Katia oparła się o oparcie krzesła i pogłaskała brzuch.
– „Wicia, nie krzycz, to szkodzi na ciśnienie.”
– „Jakie do diabła ciśnienie?! Gdzie ty jesteś?!”
– „Jestem w domu Wicia, w kuchni piję herbatę.”
– „Jak to w domu?” — głos męża zadrżał. „A transakcja?”
– „A transakcji nie będzie,” — spokojnie powiedziała Katia. Jej głos brzmiał pewnie. „Rozmyśliłam się co do sprzedaży mieszkania babci, podoba mi się tutaj. Wysokie sufity, wiesz, przestrzeń… Dziecku to posłuży.”
– W słuchawce zapadła cisza. Katia słyszała, jak Wiktor ciężko oddycha.
– „Ty… ty żartujesz?” — wycharczał. „Katia, to nie jest śmieszne, ja mam kredyt! Pierwsza rata za tydzień! Zapłaciłem za beton! Zamówiłem gazobeton! Z czego ja to oddam?!”
– „Nie wiem, Wicia,” — Katia podniosła filiżankę do ust. „Poproś mamę, to przecież jej ziemia i fundamenty teraz też są jej. Włożyłeś wszystko w dom, no to gratuluję. Zrobiłeś mamie świetny prezent, luksusowe fundamenty pod altankę.”
– „Ty… ty jesteś moją żoną i masz obowiązek!” — wrzasnął Wiktor. „Zniszczę cię, ty małpo!”
– „Niczego nie muszę, Wicia. Zwłaszcza po tym, jak dowiedziałam się, że jestem dla was z mamą tylko 'brzuchem’, który nigdzie się nie podzieje.”
– Po drugiej stronie ktoś gwałtownie wciągnął powietrze. Widocznie dotarło.
– „A propos,” — dodała Katia, przyglądając się swojemu manicure. „Zamki w mieszkaniu zmieniłam. Twoje rzeczy są u konsjerża, w czarnych workach. Masz czas do wieczora, potem wujek Misza je wyrzuci. Pozew o rozwód złożyłam przez internet.”
– Nacisnęła „rozłącz” i zablokowała numer.
– Zaraz potem zaczął dzwonić numer Galiny Pietrowny. Katia uśmiechnęła się i wysłała go na czarną listę.
– Wstała, podeszła do okna. Na dole, na podwórku, dzieci grały w piłkę. Stare lipy szumiały liśćmi. A kamienica stała jak twierdza.
– Wiktor został z kredytem na trzy i pół miliona i górą betonu zakopaną w ziemi matki. Sprzedać niedokończoną budowę bez ziemi jest niemożliwe. Zmusić matkę do sprzedaży rodzinnego gniazda, by pokryć jego długi? Katia znała Galinę Pietrowną. Ta raczej by skonała, niż rozstała się ze swoją „elitarną” ziemią. Teraz będą się nawzajem podgryzać jak pająki w słoiku. Teściowa zostanie z rozkopaną działką i betonowymi bryłami, które trzeba usunąć za duże pieniądze. A Wiktor… dostał lekcję wartą kilka milionów.
– Katia wyjęła z piekarnika ciasto. Złocista skórka pięknie się upiekła.
– „Jedz, maluszku,” — powiedziała, odcinając duży kawałek. „Teraz witaminy są nam bardziej potrzebne niż tacie gazobeton.”
– Pierwszy raz od miesiąca zupełnie nie miała mdłości.







