Na próżno przyszedł na mój jubileusz.
— Mamo, tylko bez scen.

Tata przyjdzie z Aliną, to jego rodzina.
Masz jubileusz, pięćdziesiąt lat, zachowuj się stosownie do wieku — mądrze i z godnością.
Mój dwudziestoośmioletni syn Aleksiej poprawił węzeł krawata i spojrzał na mnie z lekką pobłażliwością.
— No i co z tego, że przyjdzie z młodą? — dodał Lesza, widząc, że milczę.
— Mamo, no przecież tata jest mężczyzną, a ty po co rozśmieszasz ludzi?
Wynajęłaś mieszkanie, biegasz po siłowniach… Przyjmij swój wiek spokojnie.
— Leszeńka, — ostrożnie upiłam łyk wody mineralnej, żeby nie rozmazać szminki w kolorze wina.
— Sceny w moim wieku urządza się tylko z powodu źle pracujących jelit.
A o moją godność się nie martw, jest ubezpieczona.
Trzy lata temu mój były mąż Wasilij odszedł do sekretarki Aliny.
Odszedł klasycznie, prymitywnie, zabierając ze sobą nie tylko „męski honor”, ale też nasze wspólne trzypokojowe mieszkanie i samochód.
Jako człowiek zapobiegliwy, Wasia jeszcze w trakcie małżeństwa przepisał wszystkie większe zakupy na swoją staruszkę matkę, która potem spokojnie sporządziła na niego akt darowizny.
Prawnik później sucho mi wyjaśnił: tego, co podarowane, zgodnie z prawem się nie dzieli.
A ja stałam w jego gabinecie i rozumiałam, że zaufanie u nas podzieliło się znakomicie — po połowie, tylko że mnie ostatecznie przypadła zupełnie pusta połowa.
Ja, główna księgowa dużej firmy, przez lata wkładałam swoją pensję do „wspólnego kotła”, nie żądając pokwitowań.
A kiedy Wasia odchodził, syn głęboko stwierdził, że ojciec musi budować nowe życie, a ja powinnam pójść mu na rękę.
Nie zaczęłam szlochać przy oknie, obejmując fikusa.
Wyciągnęłam wnioski.
Wynajęłam porządne dwupokojowe mieszkanie bliżej pracy, kupiłam karnet na siłownię, odświeżyłam garderobę i po raz pierwszy od trzydziestu lat zaczęłam wydawać swoje pieniądze wyłącznie na siebie.
Drzwi sali bankietowej restauracji otworzyły się z patetycznym skrzypieniem.
Na progu pojawił się Wasilij.
Przez trzy lata jego „druga młodość” zdążyła się trochę wystrzępić.
Brzuch pewnie zwisał nad paskiem, a zarysowująca się łysina była starannie zamaskowana zaczesem.
Obok ciężko opadła na krzesło dwudziestopięcioletnia Alina, w ciąży z drugim dzieckiem.
Wyglądała po prostu jak bardzo zmęczona kobieta, na którą nagle spadło zbyt wiele „kobiecego szczęścia”.
— Taniusza! — Wasilij rozłożył ręce tak szeroko, jakby zamierzał objąć całą restaurację.
— No, z okazji pięćdziesiątki!
Wyglądasz… całkiem rześko!
Dobra robota, trzymasz się.
— Cześć, Wasia.
Dziękuję, że znalazłeś czas między płaceniem alimentów a kupowaniem pieluch, — uśmiechnęłam się najbardziej salonowym ze swoich uśmiechów.
Wasilij po gospodarsku usiadł przy stole, odsuwając moją szkolną przyjaciółkę Ninę.
— Wiesz, Tania, — zaczął były mąż tonem doświadczonego guru, nalewając sobie koniaku.
— W naszym wieku najważniejsze są właściwe odżywianie i równowaga energii.
Ja teraz studiuję praktyki wedyjskie.
Mężczyzna żywi się energią kosmosu, a kobieta — energią ziemi.
Dlatego zacząłem lepiej spać i młodnieć w oczach.
— Wasia, lepiej śpisz, bo Alina wychodzi z waszym rocznym synem do kuchni, żeby ci nie przeszkadzać, — zauważyłam spokojnie.
— A twoja „energia kosmosu” to zwykłe chrapanie trzeciego stopnia.
Powinieneś pójść do somnologa, zanim apnea doprowadzi cię do udaru.
Wasilij purpurowieje, jego policzki zaczynają drobno drżeć.
— Zawsze byłaś przyziemną, jadowitą kobietą! — prychnął, nadymając się jak stary samowar, któremu zapomniano wypolerować boki przed jarmarkiem.
W tej chwili drzwi sali znów się otworzyły.
Do naszego stolika pewnym krokiem podszedł Artiom.
Mój trener fitness.
Miał trzydzieści osiem lat, był wysportowany, spokojny, w dobrej marynarce założonej na golf.
— Przepraszam, spóźniłem się, — Artiom pochylił się i lekko pocałował mnie w policzek, kładąc na stole małe pudełeczko z prezentem.
— Wszystkiego najlepszego, Tania.
Mojej przyjaciółce Ninie wypadła z ust oliwka.
Wasilij zakrztusił się koniakiem.
— Mamo… kto to jest? — wycisnął z siebie Lesza.
— To Artiom, — niewzruszenie podałam mężczyźnie menu.
— Siadaj, Tioma.
Właśnie omawiają tutaj, jak prawidłowo się starzeć.
Zaczął się przewidywalny ping-pong.
— Tatiano, to jakiś żart? — syknął Wasilij przez stół, zapominając o praktykach wedyjskich.
— Chłopiec z siłowni?
Czy ty jesteś przy zdrowych zmysłach?
Rozumiesz, jak to wygląda z boku?
Niedługo będziesz miała wnuki!
— Wasia, — spojrzałam czule na byłego męża.
— Kiedy w wieku czterdziestu dziewięciu lat odchodziłeś do Aliny, która miała dwadzieścia dwa lata, twoja rwa kulszowa ci nie przeszkadzała.
Ani status dziadka też.
Dlaczego więc moje pięćdziesiąt lat i jego trzydzieści osiem wywołują u ciebie taki moralny skurcz?
— To co innego! — wtrącił syn Aleksiej, patrząc z oddaniem na ojca.
— Mamo, przecież jesteś dorosłą kobietą!
Po co ciągniesz za sobą tego faceta?
On jest z tobą dla pieniędzy!
Alfons!
Odchylił się na oparcie krzesła z tak urażoną miną, jakbym osobiście wlazła do jego skarbonki.
Artiom uniósł lekko brew, zbierając się do odpowiedzi, ale delikatnie dotknęłam jego dłoni.
To była moja partia.
— Leszeńka, — mój głos stał się cichy, ale przy stole zapadła dźwięczna cisza.
— Alfons to człowiek, który żyje kosztem cudzych zasobów.
A skoro już zaczęliśmy mówić o pieniądzach…
Przeniosłam wzrok na byłego męża.
Wasilij jakoś od razu się spiął i przestał żuć.
— Wasia, przecież dziś nie przyszedłeś po to, żeby złożyć mi życzenia z okazji jubileuszu.
A raczej nie tylko po to.
— Co ty wygadujesz, Tania? — były mąż próbował odegrać święte oburzenie, ale jego oczy zaczęły uciekać na boki.
— Przez cały zeszły tydzień urywałeś mi telefon, — mówiłam miarowo, rozkoszując się każdym słowem.
— Twoja firma budowlana wpakowała się w długi, skarbówka grozi kontrolą.
I prosiłeś mnie, żebym „po starej znajomości, ze względu na syna” zrobiła pełny audyt twojej księgowości.
Za darmo, rzecz jasna.
Powiedziałeś: „Przecież nie jesteśmy sobie obcy, Taniusza”.
Alina gwałtownie odwróciła się do męża.
— Wasia?
Jaka skarbówka?
Przecież mówiłeś, że u nas wszystko świetnie i że po prostu idziesz okazać szacunek matce swojego syna!
— Zamknij się, Alina! — ryknął Wasilij, zrzucając maskę dobrodusznego guru.
Na jego twarzy pojawiły się czerwone plamy.
— Tania, po co ty przy niej… To nie jest rozmowa na telefon, myślałem, że usiądziemy i omówimy to jak dorośli ludzie!
— Właśnie omawiamy, Wasia, — uśmiechnęłam się.
— A więc moja odpowiedź brzmi: nie.
Darmowa księgowość, darmowe gotowanie i obsługa twoich interesów skończyły się trzy lata temu razem z naszym małżeństwem.
Chcesz audyt — moja godzina kosztuje pięć tysięcy rubli.
Ale dla ciebie, niestety, nie ma miejsca w moim grafiku.
Wasilij zerwał się, prawie przewracając kieliszek.
W jego oczach nie było już pobłażliwości — tylko czysta, bezsilna złość człowieka, któremu wybito spod nóg ostatni taboret kontroli.
— A komu ty jesteś potrzebna! — syknął, pryskając śliną.
— Stara, zgorzkniała baba!
Myślisz, że znalazłaś sobie mięśniaka i życie ci się udało?!
On cię rzuci za rok!
Chodź, Ala!
Chwycił za łokieć przestraszoną, pobladłą Alinę i pociągnął ją do wyjścia.
Zapomniał się pożegnać, zapomniał o swoim „statusie”, po prostu uciekł, głośno trzaskając drzwiami.
Syn siedział ze spuszczoną głową, hipnotyzując widelec.
— Mamo… dlaczego tak ostro?
Tata naprawdę potrzebował pomocy…
— Lesza, — nalałam sobie trochę wina.
— Zapamiętaj jedną rzecz: kiedy ludzie plują do studni, muszą być gotowi na to, że woda w niej się skończy.
Moja woda dla was się skończyła.
Teraz każdy płaci za siebie sam.
Artiom bez słowa podniósł swój kieliszek i stuknął nim o mój.
W jego oczach był spokojny szacunek — ten właśnie, którego nie da się kupić za żadne mieszkanie.
Upiłam łyk.
W środku było cicho i niewiarygodnie lekko.
Wreszcie ostatecznie wyniosłam śmieci ze swojej biografii.
A ten wieczór był wyłącznie mój.







