— Chce ci się spać?! A kto wyprasuje moje koszule na jutro?! Nie widzę kantów na spodniach! Wstawaj natychmiast! Nie obchodzi mnie, że jest trzecia w nocy!

Dopóki wszystkiego nie wyprasujesz i nie wypolerujesz butów, nie zaśniesz!

Ja tu rządzę!

I masz mnie obsługiwać!

krzyczał mąż, zrywając z niej kołdrę i zrzucając ją z łóżka.

Swietłana uderzyła o podłogę.

Ból natychmiast ją obudził.

Światło było oślepiające.

Igor stał nad nią.

Trzymał koszulę i potrząsał nią przed jej twarzą.

— Stałaś się leniwa!

Widzisz tę fałdę?

Chcesz, żeby się ze mnie śmiali?

Swietłana próbowała mówić.

— Prasowałam… godzinę temu…

— Wymówki! — krzyknął.

Nie chciał prawdy.

Chciał pretekstu.

— Wymówki?! — ryknął.

— Czyli nawet nie umiesz powiesić ubrań!

Szarpnął drzwi szafy.

Zaczął wyrzucać rzeczy na podłogę.

Koszule, spodnie, marynarki.

Wszystko w jeden stos.

Swietłana patrzyła z przerażeniem.

Godziny pracy na podłodze.

— Co robisz? — szepnęła.

Kopnął ubrania.

— Wyprasujesz wszystko jeszcze raz!

Teraz!

I jeśli zobaczę choć jeden błąd — przypalę cię żelazkiem!

Rzucił buty na ubrania.

Zostawiły brudne ślady.

— I mają błyszczeć jak lustro!

Ręce jej drżały.

Rozłożyła deskę do prasowania.

Nie mogła płakać.

Łzy go tylko wściekały.

Igor położył się.

— Nie śpię. Słyszę cię.

Prasuj.

Noc minęła przy dźwięku żelazka.

Poranek przyszedł jak wyrok.

Swietłana nie spała.

Plecy bolały.

Oczy piekły.

Igor wstał wypoczęty.

Spojrzał na nią chłodno.

— No i co? Mam nadzieję, że noc nie poszła na marne.

Poszedł do łazienki.

Potem zaczął sprawdzać rzeczy.

Wziął buty.

Oglądał je uważnie.

— Tu jest ślad, — powiedział.

— To ma być połysk?

Swietłana milczała.

— Wieczorem poprawię, — szepnęła.

— Ja decyduję!

Założył koszulę.

Była idealna.

Ale to mu nie wystarczyło.

— Śniadanie?

— Gotowe.

Usiadł przy stole.

— Zimne, — powiedział.

— Zrobiłam je dziesięć minut temu…

— Nie mów mi, co mam robić!

Uderzył w stół.

Kawa się wylała.

Na koszulę.

Swietłana zamarła.

— No proszę! — powiedział z jadem.

— Twoja wina!

— Ty sam… — zaczęła.

— Ja?! — krzyknął.

Zdjął koszulę i rzucił jej w twarz.

— Bezużyteczna!

— Daj inną!

Swietłana przyniosła inną koszulę.

W milczeniu.

On się ubrał.

— Wrócę wcześniej, — powiedział.

— I chcę idealnego porządku.

— Jeśli znajdę kurz, będzie źle.

Wyszedł.

Swietłana została sama.

Z koszulą w rękach.

Coś w niej pękło.

Wieczorem wróciła z pracy.

Była wykończona.

Chciała tylko ciszy.

Otworzyła drzwi.

Światło było wszędzie zapalone.

Igor był już w domu.

— Spóźniłaś się, — powiedział.

— Mamy gości.

— W domu jest bałagan.

— Weź szmatę i sprzątaj!

Spojrzała na niego.

— Już sprzątałam…

— Za mało!

Kazał jej sprzątać od nowa.

Upadła na kolana i zaczęła szorować.

On usiadł na kanapie.

— Lepiej!

— Widzisz jak wyglądasz?

— Jak stara kobieta.

Podniosła głowę.

— Nie spałam…

— Znowu moja wina? — zakpił.

— Jesteś nic niewarta.

Coś w niej zamarzło.

Swietłana opuściła wzrok.

— Zrozumiałam, — powiedziała spokojnie.

— Co zrozumiałaś? — zapytał.

— Wszystko.

Powoli wstała.

Poszła do łazienki.

Zamknęła drzwi.

Zaryglowała je.

Spojrzała w lustro.

Zmęczona.

Przestraszona.

Ale już nie taka jak wcześniej.

Oblała twarz zimną wodą.

Jeszcze raz.

I jeszcze raz.

Strach zniknął.

Została cisza.

Chłodna, czysta cisza.

Wzięła torbę.

Spakowała kilka rzeczy.

Dokumenty.

Kartę.

Nic więcej.

Niczego stamtąd nie chciała.

Z salonu dobiegł głos:

— Gotowa jesteś?

Swietłana wyszła.

— Odchodzę, — powiedziała.

On się roześmiał.

— Dokąd pójdziesz?

Bez mnie jesteś nikim.

— Odchodzę, — powtórzyła.

— Klucze są tutaj.

Ruszyła do drzwi.

— Jeśli wyjdziesz, nie wracaj! — krzyknął.

Zatrzymała się na chwilę.

Położyła klucze.

— Nie wrócę.

Otworzyła drzwi.

I wyszła.

Na zewnątrz było cicho.

Powietrze było chłodne.

Swietłana wzięła głęboki oddech.

Nie miała planu.

Nie miała domu.

Ale miała coś ważniejszego.

Wolność.

Zrobiła krok do przodu.

Potem kolejny.

I poczuła coś nowego w sobie.

Życie.

Nie wiedziała, co będzie jutro.

Ale wiedziała jedno.

Jutro zacznie się od ciszy.

I to wystarczyło.