— Czyli nie będziesz spłacał kredytu hipotecznego, ale mieszkać tutaj zamierzasz?Jesteś pewien swojej decyzji? — Irina była zdumiona oświadczeniem męża.

Irina stała pośrodku pokoju, trzymając w rękach potwierdzenie pierwszej raty kredytu hipotecznego.

Liczby wydawały jej się całkowicie jasne — omawiali je z Antonem dziesiątki razy.

Razem podpisywali dokumenty.

Razem się umawiali.

Anton siedział na kanapie — tej samej, którą przywiozła jego matka, Walentina, kiedy dopiero wprowadzili się do tego dwupokojowego mieszkania.

Przeglądał telefon z miną, jakby w ogóle nie usłyszał pytania.

Irina powtórzyła je — głośniej.

— Anton, pytam cię.

Mówisz poważnie?

Podniósł głowę, a w jego oczach nie było ani odrobiny wątpliwości.

— Ira, mieszkanie jest zapisane na ciebie.

To ty płać.

Co ja mam z tym wspólnego?

— Co masz z tym wspólnego? — Irina położyła potwierdzenie na stole.

— To, że się umówiliśmy.

Pamiętasz słowo „umówiliśmy się”?

Czy wypadło ci ze słownika?

Anton wstał i przeszedł się po pokoju.

Jego głos stał się ostrzejszy — jakby wcześniej ćwiczył tę przemowę.

— Posłuchaj, wszystko przeliczyłem.

Nie opłaca mi się inwestować w nieruchomość, która nie jest zapisana na mnie.

To nieracjonalne.

To nieopłacalne.

Mam dziesięć powodów, dla których to jest niewłaściwe.

— Dziesięć powodów — Irina uśmiechnęła się drwiąco.

— No dobrze, zaskocz mnie.

Wymień chociaż trzy.

— Po pierwsze — Anton zgiął palec — jeśli się rozwiedziemy, mieszkanie zostanie tobie.

Po drugie, ponoszę koszty jedzenia.

Po trzecie, meble tutaj należą do mojej matki.

— Jaka spójna logika — Irina powoli skinęła głową.

— Wiesz, co mi to przypomina?

Ktoś przychodzi w gości, siada przy stole i mówi: „Przyniosłem widelec, więc kolacja jest na wasz koszt”.

Anton drgnął.

— Nie przekręcaj moich słów!

Mówię poważnie!

— Ja też mówię poważnie, Anton.

Moja babcia sprzedała swój dom, żebyśmy mieli dach nad głową.

Nie ja — my.

Dom, w którym mieszkała przez czterdzieści lat.

Ledwo chodzi, oddała wszystko, co miała, a teraz ty mi mówisz, że to „nieracjonalne”?

Anton odwrócił wzrok.

Ale tylko na sekundę.

— Babcia to sprawa twojej rodziny.

Ja jestem tutaj mężem, a nie sponsorem.

— Mężem? — Irina uniosła brew.

— Jesteś pewien?

Bo mężowie zazwyczaj dotrzymują słowa.

A ty nawet nie zdążyłeś go potrzymać — od razu je upuściłeś.

Anton chwycił telefon i wybrał numer matki.

Irina nie próbowała mu przeszkadzać — przeciwnie, sama włączyła tryb głośnomówiący.

Walentina odebrała natychmiast.

— Antosiu, co się stało?

— Mamo, powiedz jej.

Powiedz, że mam rację.

Mieszkanie jest na nią — niech więc ona płaci.

Ja nie mam takiego obowiązku.

Walentina po drugiej stronie milczała dokładnie dwie sekundy — właśnie tyle, ile potrzebowała, by wybrać stronę.

— Irinko, kochanie, przecież Antoś ma rację.

Dlaczego ma płacić za coś, co nie jest jego?

Jesteście młodzi, jakoś się dogadacie.

— Walentino Pawłowno — Irina odezwała się spokojnie — szanuję panią.

Ale to „cudze” jest mieszkaniem, w którym pani syn mieszka, śpi, je i, proszę wybaczyć, zmienia bieliznę.

Za darmo.

To nie jest „cudze” — to jego dom.

Albo był jego domem, dopóki nie postanowił zostać lokatorem.

— Po co tak ostro, Irinko…

— Ostro jest wtedy, gdy człowiek daje słowo, a następnego dnia je odbiera.

Ja tylko nazywam rzeczy po imieniu.

Anton wyrwał telefon i wyłączył tryb głośnomówiący.

— Dość!

Nie ruszaj mojej matki!

— Nie ruszam jej.

Rozmawiam z nią.

Widzisz różnicę?

Anton zacisnął szczęki.

Nie znalazł odpowiedzi i, trzaskając drzwiami, wyszedł.

Irina usiadła przy stole.

Spojrzała na potwierdzenie.

Sześćdziesiąt siedem procent wartości mieszkania stanowił dom babci.

Dom z rzeźbionymi obramowaniami okien, jabłonią przy furtce i gankiem, na którym babcia Zoja Andriejewna każdego ranka karmiła gołębie.

Wszystko to zamieniło się w cyfry na papierze — a Anton uznał teraz, że jego to nie dotyczy.

Rano Irina przygotowała śniadanie.

Anton wyszedł, jakby nic się nie stało, i sięgnął po talerz.

Irina przesunęła w jego stronę kartkę papieru.

— Co to jest? — zapytał Anton.

— Rachunek.

Pięćset rubli dziennie za mieszkanie.

Wynajem takiego mieszkania kosztuje trzydzieści tysięcy.

Ja biorę na siebie połowę, bo też tutaj mieszkam.

Twoja część to piętnaście tysięcy.

W przeliczeniu na dni wychodzi pięćset.

Nawiasem mówiąc, zaokrągliłam na twoją korzyść.

Anton spojrzał na kartkę, jakby była napisana w obcym języku.

— Zwariowałaś?

Jestem twoim mężem!

— Mężem, który nie chce płacić za mieszkanie?

W takim razie nie jesteś mężem, tylko lokatorem.

A lokatorzy płacą czynsz.

Dałam ci nawet rodzinną zniżkę.

— Śpimy na kanapie mojej matki!

Ona też może wystawić rachunek!

— Może — Irina wzruszyła ramionami.

— Niech wystawi.

Zapłacę.

Ile kosztuje używana kanapa?

Pięć tysięcy?

Dziesięć?

Przeleję jej dzisiaj.

A ty mnie zapłacisz piętnaście tysięcy za miesiąc.

Z góry.

Anton wstał od stołu.

Jego twarz pobladła ze złości.

— Kpisz sobie ze mnie!

— Nie, Anton.

Stosuję twoją logikę.

Sam powiedziałeś, że nieracjonalne jest płacić za cudze.

Ja też tak uważam.

Nieracjonalne jest utrzymywać dorosłego człowieka, który uznał, że jego zobowiązania są cudzym problemem.

Wyszedł bez śniadania.

W progu odwrócił się.

— Pożałujesz tego, Irina!

— Możliwe.

Ale nie dzisiaj.

Godzinę później Irina zadzwoniła do Walentiny Pawłowny.

Po raz drugi w ciągu doby.

Jej głos był całkowicie spokojny.

— Walentino Pawłowno, Anton odmówił płacenia czynszu.

Zaproponowałam symboliczną kwotę — pięćset rubli dziennie.

Był wobec mnie niegrzeczny i wyszedł.

— Irinko, jaki czynsz?

Przecież on jest twoim mężem!

Kupuje jedzenie, on…

— Walentino Pawłowno, jedzenie to jedzenie.

Mieszkanie to mieszkanie.

Kiedy kupuje pani chleb w sklepie, nikt nie daje pani za to mieszkania.

Anton zdecydował, że kredyt hipoteczny nie jest jego zmartwieniem.

Dobrze.

Ale w takim razie dach nad głową też nie jest jego prawem.

— Powinnaś być wdzięczna za kanapę!

Dałam wam cały komplet mebli!

Kanapę, fotel, komodę…

— Wdzięczna?

Walentino Pawłowno, moja babcia oddała swój dom.

Cały dom.

Z działką, ogrodem i wspomnieniami z czterdziestu lat życia.

A pani oddała meble, które i tak zamierzała wymienić.

I teraz mam uznać to za równą wymianę?

Wie pani, to tak, jak zamienić złoty pierścionek na papierek po cukierku i powiedzieć: „Ale papierek jest przecież ładny!”

Walentina Pawłowna rozłączyła się.

Irina wybrała numer firmy transportowej.

Jej głos był rzeczowy i konkretny.

— Dzień dobry.

Potrzebuję dwóch tragarzy.

Kanapa, fotel, komoda i kilka worków z rzeczami.

Podam adres dostawy.

Proszę wyładować wszystko przed wejściem do budynku.

Tak, dokładnie przed wejściem.

Kiedy skończycie, proszę do mnie zadzwonić.

Starannie spakowała rzeczy Antona do dużych worków budowlanych.

Koszule, spodnie, kurtki i buty.

Układała wszystko równo, bez złości — jakby przygotowywała paczkę.

Każdy worek zawiązała na podwójny węzeł.

Tragarze przyjechali po czterdziestu minutach.

Dwóch silnych mężczyzn w milczeniu wyniosło kanapę, fotel i komodę.

Załadowali również worki.

Irina podała im adres Walentiny Pawłowny i poprosiła, żeby zadzwonili po rozładunku.

Po półtorej godziny zadzwonił telefon.

— Wszystko jest na miejscu — powiedział tragarz.

— Przed wejściem.

Przybiegła jakaś kobieta i krzyczy.

Wyjaśniliśmy jej, że dostawa została opłacona.

— Dziękuję — powiedziała Irina.

— Do widzenia.

Walentina Pawłowna była u fryzjera, kiedy zadzwoniła do niej sąsiadka.

Wyskoczyła z fotela z folią na połowie głowy — fryzjerka dopiero zaczęła nakładać farbę.

Przebiegła trzy przecznice.

Przed wejściem stała jej kanapa, obok piętrzyły się worki, a fotel był przyciśnięty do ściany, jakby próbował się schować.

Wybrała numer Antona.

— Anton!

Anton, natychmiast przyjeżdżaj!

Twoja żona wyrzuciła wszystkie twoje rzeczy!

I moją kanapę!

Moja kanapa stoi na ulicy!

Tuż przed wejściem!

Anton przyjechał po dwudziestu minutach.

Wpadł do budynku Iriny i wtargnął do mieszkania.

W ręce trzymał pogniecione banknoty.

Rzucił je na stół przed Iriną.

— Masz!

Bierz!

Piętnaście tysięcy!

Bierz pieniądze i oddaj moje rzeczy!

Irina spokojnie przeliczyła pieniądze.

Wygładziła każdy banknot.

Następnie ułożyła je starannie w stosik.

— Piętnaście tysięcy.

Dokładnie.

Dobrze, Anton.

Płatność za miesiąc z góry przyjęta.

— Teraz wpuść mnie z powrotem!

— Nie.

Anton znieruchomiał.

— Co to znaczy „nie”?

— To znaczy „nie”, Anton.

Jedno słowo, jedno znaczenie.

Przyjęłam pieniądze za czynsz — dziękuję.

Ale nie będziesz tutaj mieszkał.

Nie dzisiaj.

Może nie jutro.

I powiem ci dlaczego.

Wstała.

Podeszła do niego bardzo blisko.

Patrzyła na niego z dołu, ale wydawało się, jakby to on patrzył na nią z dołu.

— Dałeś mi słowo.

Usiedliśmy, policzyliśmy i zdecydowaliśmy — bierzemy dwupokojowe mieszkanie i spłacamy je razem.

Moja babcia sprzedała dla tego swój dom.

Wiesz, że płakała, kiedy podpisywała dokumenty?

Wiesz, co powiedziała mojej mamie?

„Niech chociaż Irinka pożyje jak człowiek”.

A ty już przy pierwszej racie uznałeś, że ci się to nie opłaca.

Nie opłaca!

— Irina, uniosłem się…

— Uniosłeś się?

Nie, Anton.

Nie uniosłeś się.

Ty to policzyłeś.

Powiedziałeś: „dziesięć argumentów”.

Ludzie w emocjach nie liczą argumentów.

Ludzie w emocjach krzyczą.

A ty kalkulowałeś.

I jeszcze wciągnąłeś swoją matkę, żeby wzmocnić swoją pozycję.

To nie były emocje, Anton.

To było wyrachowanie.

— Chcę do domu!

— Do domu?

To jest mój dom.

Dom babci, który zamienił się w liczby w umowie bankowej.

Nazwałeś go „cudzym”.

Więc jak może być dla ciebie „domem”?

Anton usiadł na taborecie w przedpokoju.

Irina nie zaprosiła go dalej.

— Irina, wystarczy.

Zrozumiałem.

Myliłem się.

— Zrozumiałeś teraz.

Kiedy twoja kanapa stoi na ulicy, a twoje rzeczy leżą w workach przed wejściem do domu twojej matki.

Wczoraj byłeś całkowicie przekonany, że masz rację.

Twoja matka także była przekonana.

Oboje byliście tak pewni, że zaczęłam się nawet zastanawiać, na którym piętrze mieszka wasza pewność siebie.

Bo fundamentu wyraźnie nie ma.

— Przestań ze mnie kpić!

— Nie kpię.

Rozmawiam z tobą.

Wiesz, są ludzie, którzy mylą szczerą rozmowę z atakiem.

Zwykle są to ci, którzy przywykli, że nikt im nie odpowiada.

Anton potarł szyję.

Wyglądał jednocześnie na zagubionego i wściekłego.

— I co teraz?

Mam mieszkać na ulicy?

— Masz matkę, która ma własne mieszkanie.

Idź i mieszkaj u niej.

Wynajem kawalerki w naszej dzielnicy kosztuje od dwudziestu do dwudziestu pięciu tysięcy.

To, nawiasem mówiąc, więcej niż te pięćset rubli dziennie, które uznałeś za zniewagę.

Matematyka jest bezlitosna.

— Wyrzuciłaś moje rzeczy na ulicę!

— Oddałam twojej matce jej meble.

Razem z synem.

Chciała przecież, żebyście byli zgodni w tej kwestii, prawda?

No to bądźcie.

Razem.

Na jej kanapie.

Anton zamilkł.

— Jeśli jeszcze raz podniesiesz na mnie głos — Irina wypowiedziała każde słowo osobno — złożę pozew o rozwód.

Mieszkanie jest moje.

Kredyt hipoteczny będę spłacać sama — skoro uważasz, że to nieracjonalne.

Ale wrócisz tutaj dopiero wtedy, gdy zrozumiem, że naprawdę pojąłeś.

Nie teraz, kiedy zrobiło ci się niewygodnie.

Tylko wtedy, kiedy naprawdę zdasz sobie sprawę, że babcia nie oddała swojego domu po to, żebyś liczył argumenty.

Otworzyła drzwi.

— Idź, Anton.

Przemyśl to.

Ty masz czas.

Moja babcia go nie ma.

Już nigdy nie zobaczy swojego domu ani nie wyjdzie na swój ganek.

A ty stoisz tutaj i targujesz się o ratę, którą oboje obiecaliśmy spłacać razem.

Powinieneś się wstydzić, Anton.

Wstydzić.

Anton wyszedł.

Drzwi zamknęły się za nim cicho, bez trzaskania.

Stał na klatce schodowej i zastanawiał się, po co, do cholery, w ogóle rozpoczął całą tę historię.

Przecież się umówili.

Przecież razem liczyli i omawiali każdą liczbę.

Zadzwonił telefon — matka.

Walentina Pawłowna krzyczała do słuchawki, że tragarze zdarli z niej dwieście rubli za wniesienie kanapy chociaż do wejścia.

Że sąsiedzi wszystko widzieli.

Że jest jej wstyd.

Że nie dokończyła farbowania włosów i teraz wygląda jak klaun.

Anton słuchał i liczył w myślach.

Przewiezienie kanapy z powrotem — jeśli Irina w ogóle go wpuści — kosztowałoby jeszcze około trzech tysięcy.

Wynajem kawalerki — dwadzieścia pięć tysięcy.

Do tego opłaty.

Jedzenie.

A u Iriny płaciłby… piętnaście tysięcy.

I nawet wtedy zaokrągliła na jego korzyść.

Był zły na siebie.

Nie na Irinę — na siebie.

Na własną chciwość, która wydawała mu się rozsądna.

Na matkę, która potwierdziła to, co chciał usłyszeć, zamiast powiedzieć mu prawdę.

Na swój strach — głupi, małostkowy strach przed utratą pieniędzy, przez który stracił coś znacznie cenniejszego.

Irina usiadła na podłodze w pustym mieszkaniu — bez kanapy, fotela i komody.

Spojrzała na telefon.

Wybrała numer babci.

— Cześć, babciu.

Jak się czujesz?

— Irinko, kochanie.

Wszystko dobrze.

A u ciebie?

— U mnie wszystko w porządku, babciu Zoju.

W idealnym porządku.

Położyła telefon obok siebie.

Spojrzała na pusty pokój.

I pomyślała, że pusty pokój może wcale nie jest taki zły.

Najważniejsze, żeby człowiek, który do niego wejdzie, znał wartość nie metrów kwadratowych, lecz obietnic.