Stałam przy oknie i patrzyłam, jak Wiktor ładuje ostatnie pudełko do samochodu.
Jego kochanka — Alona, dwudziestosiedmioletnia trenerka fitness — trzymała klapę bagażnika.

Śnieg padał dużymi płatkami.
— Wszystko zabrałeś? — zapytałam, nie odwracając się.
— Wszystko, co twoje, jest na werandzie.
— Klucze zostaw na stole.
— Kupujący przyjadą jutro.
— Kupujący… — uśmiechnęłam się.
— Szybko się uwinąłeś.
— Lena, nie zaczynaj.
— Dom sprzedany.
— Pieniądze po połowie.
— Twoja część już na koncie.
Odwróciłam się.
Wiktor stał w drzwiach.
Pięćdziesiąt dwa lata.
Siwe skronie.
Obok Alony wyglądał świetnie.
Obok mnie — zmęczony.
— Wiesz, co jest śmieszne?
— Nie masz pojęcia, co się naprawdę stało.
A wszystko zaczęło się trzy miesiące temu…
Przyjechałam wcześniej.
Chciałam zrobić niespodziankę.
Ale niespodzianka była podwójna.
Jego samochód już stał.
Z sypialni dochodziły dźwięki.
Nie zrobiłam sceny.
Usiadłam i czekałam.
Po pół godzinie zeszli.
Alona zobaczyła mnie pierwsza.
— O Boże!
— Lena…
— To nie to, co myślisz.
— Tak?
— To co?
— Joga prywatna?
— To się po prostu stało.
— Stało się…
— Od kiedy się „dzieje”?
Alona próbowała wyjść.
— Zostań.
— Porozmawiajmy.
— Bez dramy, Lena…
— Jestem spokojna.
— Wiesz, że ona ma męża?
Alona zamarła.
— Jest rozwiedziona.
— Nie.
— Powiedz o Sergiuszu.
— Który myśli, że jesteś u mamy.
— Skąd…
— Miałam trzy miesiące.
— Wiem wszystko.
— Nie tylko Wiktor.
— Jest też Michał.
— I Paweł.
— Niezły grafik.
— To kłamstwo! — krzyknęła Alona.
— Mam dowody, — powiedziałam spokojnie.
Wyciągnęłam telefon.
— Tutaj wychodzisz z mieszkania Michała.
— A tutaj kolacja z Pawłem.
— I jemu też mówisz, że go kochasz.
Twarz Wiktora zmieniała się.
— To fotomontaż, — wycedziła Alona.
— Oczywiście, — uśmiechnęłam się.
— I nagrania też.
— I świadkowie.
— Wynoś się! — ryknął Wiktor.
— Wynoś się stąd!
— Wiktor…
Nie dokończyła.
Wyprowadził ją za drzwi.
— Lena, przepraszam…
— Jestem idiotą.
— Tyle lat razem…
— Dwadzieścia sześć, — poprawiłam.
— Naprawię to.
Spojrzałam na niego.
— Wiesz, co boli najbardziej?
— Nie zdrada.
— Ale to, że myślałeś, że ci wybaczę.
Wracamy do teraźniejszości…
— Co masz na myśli?
Uśmiechnęłam się.
Wyjęłam dokumenty.
— Pamiętasz pełnomocnictwo?
— Do sprzedaży domu.
— Tak…
— Nie podpisałam umowy.
— Podarowałam dom córce.
Wiktor wyrwał papiery.
Zbladł.
— To nielegalne!
— Jest legalne.
— Wszystko zgodnie z prawem.
— Twój podpis.
— Wziąłem zaliczkę!
— Twój problem.
— Dom należy do Maszy.
— Nie będzie sprzedany.
— Połowa była moja!
— Była.
— Dopóki nie podpisałeś.
— Alona wie, kim jesteś?
— Że jesteś tylko brygadzistą?
— I że cię zwolnili?
Wiktor drgnął.
— Skąd…
— Wiem wszystko.
— Kradłeś materiały.
— Uratowali cię przeze mnie.
Na zewnątrz Alona niecierpliwie trąbiła.
— Idź, — powiedziałam.
— Twoja księżniczka czeka.
— Ale powiedz jej prawdę.
— Nie masz już mieszkania.
— Jest zajęte za długi.
— Które wziąłeś, żeby jej zaimponować.
— Lena…
— Idź, Wiktor.
— I zostaw klucze.
Stał jeszcze chwilę.
Potem rzucił klucze na stół.
I wyszedł.
Patrzyłam przez okno.
Wsiadł do samochodu.
Alona coś mówiła.
Jej twarz się zmieniła.
Potem odjechali.
Zadzwoniłam do córki.
— Masza?
— Wszystko gotowe.
— Przyjeżdżaj.
— Dom jest twój.
— Jestem w porządku.
— Nie płaczę.
— To tylko śnieg.
Rozłączyłam się.
Rozpaliłam kominek.
Na werandzie stały moje rzeczy.
Trzy pudełka.
Zdjęcia.
Kubek.
Koc.
Wniosłam je do środka.
Do mojego domu.
Bez zdrady.
Zamieć się nasilała.
Gdzieś tam Wiktor tłumaczył.
A ona decydowała.
Czy warto.
Postawiłam wodę na herbatę.
Wyjęłam ciasteczka.
Masza przyjedzie za godzinę.
Z wnukami.
Dom znów wypełni się śmiechem.
Jak dawniej.
Siedziałam przy kominku.
Słuchałam zamieci.
Jak pieśni.
O kobiecie, którą wyrzucono na mróz.
I która znalazła sposób, by się ogrzać.
Telefon zawibrował.
Wiadomość od Wiktora.
— Ona mnie zostawiła.
— Mogę wrócić?
Usunęłam wiadomość.
Bez odpowiedzi.
Zablokowałam numer.
Niektóre drzwi, gdy się zamykają,
powinny pozostać zamknięte na zawsze.
Zwłaszcza podczas burzy.







