— Dość spania!

Wychodź witać gości, jesteśmy już w Moskwie!

Usłyszała w telefonie głos w środku nocy i zamarła.

Uliana długo nie mogła zasnąć.

Położyła się wcześniej, mając nadzieję, że wyśpi się przed ważną rozmową kwalifikacyjną, ale gdzie tam!

Jak zawsze, im bardziej się denerwujesz, tym mniejsze masz szanse na spokojny sen.

Po kilku godzinach przewracania się z boku na bok postanowiła wypić herbatę z rumianku; wcześniej pomagało jej to się uspokoić i sprowadzało sen, ale tym razem nawet ten sposób okazał się nieskuteczny.

Wtedy przypomniała sobie, jak babcia czytała jej w dzieciństwie bajki — powoli, usypiająco — i zaczęła przywoływać w pamięci ten odległy głos.

„Była sobie na świecie mała dziewczynka…”

I wspomnienia zalały ją po brzegi; Uliana poczuła to ciepło, tę troskę, i zrobiło jej się tak spokojnie na duszy, że nawet nie zauważyła, kiedy zapadła w słodki sen.

Ale szczęście nie trwało długo.

Dzwonek telefonu najpierw brzmiał przytłumienie, jakby z daleka, potem stawał się bliższy, głośniejszy, wyraźniejszy.

Uliana nie mogła się poruszyć, tak trudno było otworzyć oczy, tak bardzo chciała wrócić do błogości, z której została dosłownie wyrwana.

Namacała ręką telefon na stoliku nocnym, odrzuciła połączenie znajomym ruchem i owinęła się ciepłą kołdrą.

Telefon natychmiast zadzwonił ponownie.

Przeszyła ją straszna myśl: „A jeśli coś stało się rodzicom?!”

Uliana zerwała się, czując, jak mocno wali jej serce, spojrzała na ekran — numer był zupełnie nieznany.

Przeniosła wzrok na godzinę — trzecia w nocy.

Uznawszy, że to spamerzy, ponownie odrzuciła połączenie i dodała numer do czarnej listy.

Ale dosłownie po kilku minutach zadzwoniono z innego numeru.

Cicho zakląwszy, Uliana niezadowolona odebrała.

— Słucham.

— No nieźle, Ulianeczko, do Kremla chyba łatwiej się dodzwonić niż do ciebie.

— Próbowaliście? — zapytała poważnie Uliana, rozumiejąc, że po śnie nie zostało ani śladu.

— Do ciebie próbowaliśmy, — w telefonie rozległ się nieprzyjemny, skrzypiący chichot.

— Dość spania!

Wychodź witać gości, jesteśmy już w Moskwie!

— Kto „my”? — nie zrozumiała Uliana.

— I gości jakoś się nie spodziewałam.

— Ty co?

Całkiem ci się w głowie poprzewracało w babcinym mieszkaniu?

To Lubka, twoja kuzynka.

Przyjechaliśmy z mężem i synem do stolicy na wycieczkę.

— A co ja mam z tym wspólnego? — zapytała z irytacją Uliana.

— Nie jestem przewodnikiem.

— Ulianeczko, przestań już się wykłócać, — głos Luby stał się bardziej natarczywy, twardszy.

— Zamarzniemy tutaj, zanim wyjaśnimy z tobą relacje.

Przyjedź po nas na dworzec, przecież kupiłaś samochód, twoja matka się chwaliła.

Autobusy nie jeżdżą, dziecko już całe się wymęczyło marudzeniem, a my sami też chcemy spać… i żreć, — Luba znów zarechotała tak nieprzyjemnie, że Uliana nie wytrzymała.

— W internecie jest dużo opcji wynajmu mieszkania na dobę, w pobliżu dworca; skorzystajcie, a wszystko pójdzie… szybko.

— Jesteś przy zdrowych zmysłach?

My, tak się składa, przyjechaliśmy do ciebie!

Liczyliśmy, że przyjmiesz nas po ludzku, potem powozisz po mieście, zabierzesz siostrzeńca gdzieś, przecież ty lepiej wiesz, co tu jest i gdzie.

Dość przeciągania, przyjeżdżaj, czekamy na ciebie.

W słuchawce rozległy się krótkie sygnały, a Uliana patrzyła na telefon szeroko otwartymi oczami i nie mogła uwierzyć, że to wszystko dzieje się naprawdę.

Potem postarała się wziąć w garść i sama wybrała numer.

— Luba, jeśli mnie nie zrozumiałaś, wyjaśniam: nie zamierzam nigdzie jechać w środku nocy, tym bardziej że mój samochód jest w serwisie.

Więc powtórzę: najlepszą opcją dla was będzie wynająć mieszkanie obok dworca, a rano znaleźć przewodnika; w internecie wszystko się znajdzie, każdy kaprys za wasze pieniądze.

I natychmiast się rozłączyła, nie dając Lubie odpowiedzieć.

Potem również ten numer dodała do czarnej listy.

Uliana poszła do kuchni, włączyła ekspres do kawy, rozumiejąc, że już w żaden sposób nie zaśnie, a nerwy trzeba doprowadzić do porządku; w końcu nie mogła skompromitować się przed potencjalnym pracodawcą.

Tak długo czekała na tę ofertę, i oto szczęście się do niej uśmiechnęło, a tu coś takiego!

Ze starej pracy Ula jeszcze się nie zwolniła, wzięła urlop bezpłatny, a jeśli rozmowa pójdzie dobrze, napisze wniosek o kolejny należny urlop, a potem o zwolnienie.

Byle tylko nie zawalić tego spotkania.

Mówią, że dyrektor jest tam aż nazbyt surowy, ale za to sprawiedliwy, a pracownicy trzymają się swoich posad, jak to mówią, martwym chwytem.

Kiedy Uliana nalewała kawę, rozległ się ostry dzwonek telefonu, a ona wypuściła filiżankę z rąk.

Co to w ogóle ma być?!

Teraz dzwonią z numeru synka?

Ale dzwoniła ciocia Gala, matka Luby.

Bez przywitania zaczęła trajkotać niezadowolonym głosem:

— Ulka, co to za numery?

Dlaczego tak potraktowałaś Lubaszę?

Nie zapominaj, że mieszkasz w mieszkaniu babci, a Luba była jej taką samą wnuczką jak ty.

To, że moja matka przepisała mieszkanie na ciebie, nic nie znaczy.

Nawet tego nie podważałyśmy, a mogłyśmy.

Więc przestań wydziwiać.

Teraz Lubasza ze swoją rodziną przyjadą do ciebie, a ty przyjmiesz ich jak należy!

Inaczej pójdę do sądu i będziesz dzielić mieszkanie!

Ciotka się rozłączyła, a Ula uśmiechnęła się krzywo: jakby było co dzielić!

Mieszkanie było małe — pokoik i kuchnia sześć metrów kwadratowych.

I jaki sąd stanąłby po ich stronie?!

Babcia napisała testament już dawno, kiedy i Gala, i Lubasza odwróciły się od niej.

Babcia ciężko zachorowała, trzeba było, żeby ktoś był obok, ale Gala stwierdziła, że sama jest sobie winna, skoro kiedyś wyjechała do stolicy za swoim adoratorem, to niech teraz sama sobie radzi.

Tak, babcia wyjechała, gdy spotkała miłość swojego życia, ale do tego czasu zdążyła już postawić dzieci na nogi i pomagała z wnukami, kiedy były małe.

Kupiła w Moskwie właśnie to mieszkanie, sama mieszkała u Anatolija, a kiedy go zabrakło, przeniosła się do swojego.

Uliana i jej mama cieszyły się za babcię — choć przez jakiś czas pożyła w miłości i szczęściu, a Gala nie mogła się z tym pogodzić, uważała, że matka je zdradziła.

Wcześniej pomagała finansowo, a z Moskwy nie przysłała ani kopiejki.

A kiedy babcia potrzebowała opieki, Uliana zgłosiła się sama — pojedzie do niej.

Dokończyła tam ostatnią klasę szkoły, dostała się na studia, ukończyła je prawie z wyróżnieniem i znalazła pracę.

Babci zrobiło się lepiej i dobrze żyły razem.

A Gala z Lubą nawet o niej nie pamiętały.

Mama Uliany przysyłała pieniądze, przyjeżdżała na urlop.

I tak babcia podjęła decyzję: temu, kto się nią zaopiekował, przypadnie mieszkanie.

A ciocia Gala teraz po prostu zazdrościła, uważając, że jej matka postąpiła niesprawiedliwie.

Pogrążona w niewesołych myślach Uliana drgnęła, gdy rozległ się dzwonek do drzwi.

Tak bardzo nie chciała otwierać, ale po dzwonku nastąpiło uderzenie pięścią w drzwi, więc pośpieszyła — brakowało jeszcze, żeby obudzili wszystkich sąsiadów.

Kiedy otworzyła drzwi, Uliana aż westchnęła: Luba tak się zmieniła, że gdyby spotkała ją na ulicy, nigdy by jej nie poznała.

Przytyła, przy oczach pojawiły się wczesne zmarszczki, we włosach błyszczały srebrne nitki.

A była tylko o kilka lat starsza od Uliany.

Ile lat się nie widziały?

Dziesięć?

Trzynaście?

Nigdy nie były przyjaciółkami, nawet w dzieciństwie prawie ze sobą nie rozmawiały, tylko wtedy, gdy obie gościły u babci, więc nic dziwnego, że by jej nie rozpoznała.

— No co się gapisz?

Nie poznałaś czy co? — Luba zmierzyła kuzynkę nieprzyjaznym spojrzeniem i przecisnęła się do mieszkania.

Za nią wbiegł chłopiec w wieku około pięciu lat, wskoczył na kanapę i zaczął po niej skakać oraz piszczeć.

Ula nie zdążyła nic powiedzieć, gdy sąsiedzi lekko zastukali w kaloryfer, a potem z dołu dobiegło niezadowolone burczenie.

— Właściwie jest noc i ludzie śpią, — powiedziała Ula, a Luba skinęła głową.

— Aha, noc, a ty, jak widzę, już pijesz kawę, — wzrokiem wskazała rozbitą filiżankę.

Uliana zaczęła wszystko sprzątać.

Po telefonie ciotki zapomniała i o filiżance, i o kawie, i o tym, że rano w ogóle coś ją czeka.

Luba tymczasem już czuła się jak u siebie.

Najpierw szeroko otworzyła lodówkę.

— A to co? — przeciągnęła Luba, wyciągając pojemnik z pokrojonymi warzywami.

— Marchewka… ogórki… kto to w ogóle je?

Króliki u ciebie mieszkają czy co?

Głośno odstawiła pojemnik z powrotem i zaczęła grzebać głębiej, jakby miała nadzieję znaleźć tam ukryty skarb — garnek barszczu, patelnię z kotletami.

— A gdzie normalne jedzenie? — prychnęła niezadowolona.

— Gdzie kiełbasa?

Chociaż ser?

Jakaś zupa?

Uliana zacisnęła usta, ale milczała.

Luba nie ustępowała.

Zamknęła lodówkę i natychmiast zaczęła otwierać szafki.

Drzwiczki trzaskały jedne po drugich.

— Owsianka… kasza gryczana… — mruczała, przekładając paczki.

— A gdzie konserwy?

Ty żywisz się Duchem Świętym?

— Zdrowym i pożytecznym jedzeniem, — odpowiedziała Uliana przez zęby, nie odwracając się.

— Dbam o figurę.

— A czego tu pilnować? — Luba szczerze nie zrozumiała.

— Żyje się tylko raz!

Trzeba żreć to, na co ma się ochotę, a nie wciskać się w jakieś ramy.

Ugotować zupkę, usmażyć ziemniaczki… upiec kurczaczka… a to wszystko… — z pogardą machnęła ręką na zawartość szafki.

— Jest dla chorych na głowę.

Uliana powoli wypuściła powietrze, nalewając wodę do ekspresu.

— Jutro pójdziecie do sklepu, — powiedziała spokojnie.

— Kupicie „normalne” produkty i przygotujecie sobie wszystko, czego dusza zapragnie.

Luba zmrużyła oczy.

— A więc nie zamierzasz nas karmić?

— Nie zapraszałam gości, — równo odpowiedziała Uliana.

Luba spojrzała na nią tak, jakby usłyszała coś obraźliwego.

— To chociaż posłanie nam zrób, — burknęła.

— Chociaż spać nas połóż, skoro nakarmić nie możesz.

Uliana powoli wzięła wdech.

Liczyła do trzech, jak uczono na jakimś szkoleniu ze stresu.

Nie pomagało.

— Powtórzę, — powiedziała już trochę twardziej.

— Gości się nie spodziewałam.

I dodatkowych miejsc do spania tutaj nie przewidziano.

Dziś możecie położyć się na mojej kanapie… wszyscy troje.

Skinęła w stronę pokoju.

— Czystą pościel weź z szafy.

A jutro, wybaczcie, szukajcie sobie apartamentu z wygodami.

Luba aż otworzyła usta z wrażenia.

— No nie, aleś ty bezczelna, kuzynko! — oburzyła się, podnosząc głos.

— Mieszkasz w babcinej chałupie i uciskasz jej wnuczkę!

Oparła ręce na biodrach, jakby zamierzała teraz wygłosić wykład.

— Kup sobie chociaż materac dmuchany.

My z Wańką będziemy spać na kanapie, — skinęła w stronę męża, który milczał przy drzwiach, nie odważając się wtrącić.

— Nikitka zwinie się w kłębek w fotelu, przywykł.

A ty na razie przekimasz się w kuchni.

Chłopiec rzeczywiście prawie już zasypiał, skulony w fotelu i obejmujący poduszkę.

— Przyjechaliśmy na tydzień, nie mniej, — dodała Luba już łagodniej, ale z naciskiem.

— Uszanuj to.

Na prowincji, sama rozumiesz, pieniędzy jest na styk.

Liczyliśmy na ciebie… nie tak często prosimy.

Uliana cicho się zaśmiała.

— Widzisz, Luba, rzecz w tym, że tymczasowo jestem bez pracy.

I nie mam zapasów pieniędzy.

Jak słusznie zauważyłaś, niedawno kupiłam samochód… na kredyt.

Dlatego nie będę mogła wam w niczym pomóc.

A skoro spadliście mi jak śnieg na głowę, to sami kupujcie wszystko, co potrzebne.

I dodatkowo zapłacicie za media.

— A to jeszcze co za nowości? — oburzyła się Luba.

— Zwyczajne, — Uliana wzruszyła ramionami.

— Mnie jednej niewiele trzeba, radzę sobie.

A wy teraz zużyjecie dużo wody i prąd pójdzie na gotowanie.

W rzeczywistości oczywiście wcale tak nie było.

Samochód kupiła bez żadnego kredytu, a rachunki mogłaby opłacić bez problemu — to nie były aż tak duże pieniądze.

Ale nie chodziło o pieniądze.

Po prostu chciała postawić granice.

Jakiekolwiek.

Bo inaczej wejdą jej na kark i już z niego nie zejdą.

Czy normalni ludzie tak postępują?

Przyjechać w środku nocy, bez uprzedzenia, i jeszcze z żądaniami?

A gdyby u niej nocował Jegor?

Uliana mimowolnie o tym pomyślała i poczuła, jak wszystko w środku się zaciska.

Za trzy tygodnie mieli zarejestrować małżeństwo.

Bez wesela, cicho, tylko oni dwoje z Jegorem, podpiszą dokumenty i tyle.

Rodziców poprosiła, żeby nikomu nie mówili.

Potem przeprowadzi się do męża, a to mieszkanie wynajmie.

I gdyby Luba pojawiła się choćby miesiąc później, stałaby już przed obcymi ludźmi.

Ula chciała dać do zrozumienia, że tak nie można, tak się nie robi.

Ale Luba, zdaje się, rozumiała wszystko po swojemu.

— No tak, nie myślałam, że Moskwa tak cię zepsuła, — powiedziała z urazą.

— Kiedyś zawsze wszystkim się dzieliłaś… nie bez powodu mówią, że stolica psuje ludzi.

Uliana nic nie odpowiedziała.

Po prostu nalała sobie kawy, powoli, starannie, jakby wykonywała jakiś rytuał.

Wzięła filiżankę i upiła łyk.

Gorzka.

Dokładnie taka, jakiej teraz potrzebowała.

— Dobranoc, — powiedziała w końcu i, nie czekając na odpowiedź, wyszła z pokoju i zamknęła się w kuchni, starając się nie myśleć ani o jutrzejszej rozmowie, ani o Jegorze, ani o tym, że ta noc najwyraźniej będzie bardzo długa.

O szóstej rano z pokoju dobiegało takie chrapanie, że wydawało się, iż Luba i jej mąż urządzili nieoficjalny konkurs — kto będzie chrapał głośniej.

Uliana siedziała nieruchomo, patrząc w sufit.

Oczywiście po takim wstrząsie i bezsennej nocy na pewno nie czuła się wypoczęta.

Ale wraz ze zmęczeniem w środku narastało inne uczucie.

„Dość”, pomyślała, gwałtownie wstała z krzesła i ruszyła do łazienki.

Po drodze rzuciła spojrzenie na zamknięte drzwi pokoju, zza których dobiegały donośne trele, i lekko się uśmiechnęła.

Włączywszy światło, odkręciła kran, puściła wodę i bez zastanowienia podgłośniła radio.

Z głośnika natychmiast popłynęła znajoma melodia — coś energicznego, porannego, z rytmem, którego nie dało się zignorować.

Zwykle tak nie robiła.

Przeciwnie — starała się nie hałasować, szanowała sąsiadów, chroniła ciszę.

Ale teraz… teraz nagle zapragnęła inaczej.

Nawet nie ze złośliwości.

Po prostu chciała pokazać, kto jest gospodarzem w tym domu.

Stanęła pod strumieniem wody, zamknęła oczy i po kilku sekundach już cicho podśpiewywała.

Potem głośniej.

Potem prawie pełnym głosem, nie krępując się ani sobą, ani tymi cienkimi ścianami.

Pukanie do drzwi rozległo się ostro, nerwowo.

— Ulka! — rozległ się rozdrażniony głos Luby.

— Bądź człowiekiem, daj pospać!

Uliana zakręciła wodę, wycisnęła włosy i, nawet nie ściszając radia, odpowiedziała:

— Za dużo spania szkodzi!

Uliana spokojnie dokończyła swoje sprawy, owinęła się ręcznikiem i bez pośpiechu wyszła z łazienki.

Przeszła do pokoju, zatrzymała się na środku i głośno, wyraźnie powiedziała:

— Pobudka dla wszystkich!

I natychmiast wszyscy do kuchni.

Muszę się przebrać.

Luba uniosła się na kanapie, mrużąc oczy od światła i wyraźnie nie od razu rozumiejąc, co się dzieje.

— Żartujesz sobie? — przeciągnęła, patrząc na Ulianę spode łba.

— Nie mogłaś przebrać się w kuchni?

Albo w łazience?

Uliana skrzyżowała ręce na piersi.

— Nie, nie mogłam.

Muszę przymierzyć mnóstwo rzeczy, żeby wyglądać idealnie na rozmowie kwalifikacyjnej.

Skinęła na szafę.

— Tu jest duże lustro.

Więc bez dyskusji wszyscy wychodzą.

I dopóki was nie zawołam, siedźcie tam.

Luba niezadowolona cmoknęła językiem, ale z jakiegoś powodu nie zaczęła się kłócić.

Możliwe, że jeszcze nie do końca się obudziła.

Możliwe, że wyczuła ten nowy, nietypowy ton Uliany.

Wańka milcząco wstał, przeciągnął się i poszedł do kuchni.

Chłopiec, senny i rozczochrany, poczłapał za nim, przecierając oczy.

Uliana otworzyła szafę i znieruchomiała, patrząc na starannie rozwieszone ubrania.

Wszystko było przygotowane już od wieczora: biała bluzka, surowy ciemny kostium.

Dziś wszystko musiało pójść idealnie.

Powoli zaczęła się szykować.

Nałożyła lekki makijaż, bez przesady, ale z dbałością o szczegóły.

Cienie, tusz, odrobina różu.

Włosy starannie ułożyła, nie zostawiając ani jednego niesfornego pasma.

Potem przymierzyła bluzkę, spojrzała na siebie w lustrze, lekko się obróciła, poprawiła kołnierzyk.

Włożyła marynarkę i spódnicę.

— Długo tam jeszcze? — rozległ się głos Luby zza drzwi.

— Tak! — ostro odpowiedziała Uliana.

— Czekajcie, aż zawołam.

Minęło jeszcze około trzydziestu minut.

Uliana siedziała już przy stole z laptopem, szybko przeglądając notatki, przypominając sobie możliwe pytania i układając w głowie odpowiedzi.

— My tu co, do wieczora będziemy siedzieć jak w klatce? — Luba znów nie wytrzymała, uchylając drzwi.

Uliana nawet nie podniosła głowy.

— Będziecie siedzieć tyle, ile trzeba.

W jej głosie nie było ani złości, ani irytacji, tylko spokojna pewność siebie.

To, zdaje się, jeszcze bardziej drażniło gościnię.

Po kolejnych dwudziestu minutach cierpliwość Luby ostatecznie pękła.

Drzwi się rozwarły, a ona wyskoczyła do pokoju — rozczochrana, zła, z czerwonymi oczami.

— Koniec!

Dość! — oznajmiła, chwytając torbę.

— Chłopy, wychodzimy!

Z takimi krewnymi wrogów nie potrzeba! — krzyczała Luba, nerwowo upychając rzeczy.

— Nasza noga więcej w tej stolicy nie postanie!

Mamy dość po gardło!

Wszyscy tu tacy są!

Nie bez powodu ludzie mówią!

Wkrótce trzasnęły drzwi wejściowe.

Uliana powoli wypuściła powietrze, nawet nie zauważając, że przez cały ten czas trzymała napięcie w ramionach.

Omiotła wzrokiem pokój — porozrzucane rzeczy, pognieciony pled, ślady cudzej obecności.

„Posprzątam wieczorem”, postanowiła.

Teraz nie mogła się rozpraszać.

Rozmowa kwalifikacyjna poszła znakomicie.

Uliana mówiła pewnie, jasno, odpowiadała na pytania bez zająknięcia, wyłapywała aprobujące spojrzenia.

Nawet surowy dyrektor, o którym krążyło tyle plotek, na końcu się uśmiechnął — ledwie zauważalnie, ale to wystarczyło.

Wszystko szło zgodnie z planem.

Zdąży zwolnić się z poprzedniej pracy, podpisze dokumenty z Jegorem, przeprowadzi się do niego, wynajmie to mieszkanie i zacznie nowe życie.

Szła ulicą po spotkaniu i nagle złapała się na tym, że się uśmiecha.

Jak dobrze wszystko jej się układało.

I nic, że noc była taka — ciężka, głośna, prawie piekielna.

To już było za nią.

Wieczorem Uliana poukładała wszystko na miejscach, przewietrzyła mieszkanie, a nawet zapaliła świecę zapachową; lekki zapach wanilii wypełnił pokój.

Jegor już jechał do niej — umówili się, że zjedzą razem kolację.

Uliana właśnie nakrywała do stołu, kiedy zadzwonił telefon.

Mama.

— Uleczko, co tam się stało? — głos miała zaniepokojony.

— Gala przed chwilą dzwoniła, kłóciła się… nic dokładnie nie zrozumiałam.

O co chodzi?

Uliana na sekundę przymknęła oczy, potem spokojnie wypuściła powietrze i odpowiedziała:

— Wszystko dobrze, mamo.

Po prostu Lubaszy nie spodobało się w stolicy.

Nie są przyzwyczajeni tutaj… i tyle.