Dzielili mój spadek po cichu.

Na próżno nie sprawdzili, na kogo zapisane jest konto.

— Wynoś się z mojej kuchni!

To nie jest twoje, zrozumiałaś?

Nic tutaj nie jest twoje!

Michaił nawet się nie odwrócił, kiedy to krzyczał.

Stał tyłem, patrzył przez okno, a jego głos — taki nieprzyjemny, piskliwy — leciał w stronę Weroniki jak kamień rzucony w plecy.

Postawiła kubek na stole.

Powoli.

Ostrożnie.

Tak, jakby bała się coś stłuc — nie naczynia, nie.

Siebie.

Przez trzy lata mieszkała w tym mieszkaniu.

Przez trzy lata znosiła ten zapach — naftaliny, starych mebli i perfum teściowej „Krasnaja Moskwa”, którymi Galina Pietrowna obficie spryskiwała się każdego ranka.

Przez trzy lata słuchała, jak teściowa przestawia jej rzeczy, jak czyta jej korespondencję na tablecie, który „przypadkiem” znajdował się nie tam, gdzie Weronika go zostawiła.

Trzy lata.

I właśnie dziś rano wszystko wyszło na jaw.

Zaczęło się od drobiazgu.

A dokładniej od tego, co Galina Pietrowna nazwała drobiazgiem.

Weronika weszła do sypialni po swój szalik i zobaczyła teściową.

Ta siedziała przy jej toaletce i coś przeglądała w telefonie.

W jej telefonie.

Nie w swoim — w telefonie Weroniki, który zostawiła do ładowania.

— Galino Pietrowno, to mój telefon.

Teściowa nawet nie drgnęła.

Położyła telefon na stoliku, wstała i poprawiła sweter.

— Sprawdzałam godzinę.

— Na ścianie jest zegar.

— Widocznie tak było mi wygodniej.

I to była cała rozmowa.

Żadnych przeprosin, żadnego zakłopotania — tylko kamienna twarz i spojrzenie, które mówiło: jesteś w moim domu, dziewczyno, nie zapominaj.

Weronika wzięła telefon.

Ekran był odblokowany — zawsze zostawiała go bez hasła, bo przecież była w domu, więc po co? — a ostatnią otwartą aplikacją była bankowa.

Jej aplikacja bankowa.

Serce zabiło jej mocniej.

Wyszła na korytarz, weszła do łazienki, zamknęła drzwi na zasuwkę i sprawdziła historię operacji.

Wszystko było na miejscu.

Ale co dokładnie oglądała Galina Pietrowna — kwoty na koncie?

Ruch środków? — tego Weronika nie wiedziała.

Za to wiedziała jedno: teściowa nigdy nie robiła niczego bez powodu.

Michaił wrócił do domu w porze obiadu — pracował jako trener w klubie fitness, na porannej zmianie.

Wszedł, rzucił kurtkę na wieszak i przeszedł do kuchni.

Matka już tam siedziała z filiżanką herbaty, a Weronika widziała, że zdążyli porozmawiać.

Po tym, jak Michaił usiadł i skrzyżował ręce na piersi, po tym, jak nie spojrzał jej w oczy.

— Musimy porozmawiać — powiedział.

— Słucham.

— Mama mówi, że jesteś wobec niej niegrzeczna.

Weronika długo na niego patrzyła.

Potem spojrzała na Galinę Pietrownę, która siedziała z pobożnym wyrazem twarzy, złożywszy ręce na kolanach jak wzorowa uczennica.

— Powiedziałam jej, że to mój telefon.

— Sprawdzała godzinę!

— Misza — Weronika mówiła spokojnie — aplikacja była otwarta na moim koncie bankowym.

Pauza.

— No i co?

Może otworzyła się przypadkiem.

— Przypadkiem.

— Właśnie.

Ze wszystkiego robisz tragedię.

Mama mieszka z nami, ma prawo…

— Prawo do czego? — tutaj głos jednak jej zadrżał.

— Do moich pieniędzy?

I wtedy Galina Pietrowna włączyła się do rozmowy.

Spokojnie, z godnością — jakby nie była starszą kobietą, którą właśnie przyłapano na cudzym telefonie, lecz sędzią wydającą wyrok.

— Wieroczko — powiedziała słodko — ty nie rozumiesz, jak działa rodzina.

W rodzinie wszystko jest wspólne.

Mój syn pracuje, ja pomagam w domu, ty też pracujesz — więc wszystko trafia do wspólnego kotła.

To normalne.

— Nigdy nie nazwałam swoich pieniędzy wspólnym kotłem.

— Czyli nie uważasz nas za rodzinę.

To był klasyczny chwyt Galiny Pietrowny — przekręcać słowa tak, żeby ostatecznie to ty wychodziłaś na winną.

Weronika znała ten chwyt na pamięć.

A mimo to za każdym razem czuła, jak coś ściska się w środku — złość, zmęczenie, coś podobnego do rozpaczy.

Michaił kiwał głową.

Zawsze kiwał, kiedy mówiła matka.

Po tej rozmowie Weronika wyszła z domu.

Po prostu wzięła torbę i wyszła — bez wyjaśnień, bez awantury.

Przeszła pieszo przez całą okolicę do kawiarni przy Pierwomajskiej, gdzie zawsze było cicho i pachniało świeżymi wypiekami.

Zamówiła cappuccino, usiadła przy oknie i wyjęła telefon.

Otworzyła aplikację bankową.

Na głównym koncie — tym, które widziała teściowa — było nieco ponad czterdzieści tysięcy.

Reszta pensji, nic szczególnego.

Ale było jeszcze jedno konto.

Oszczędnościowe.

Otwarte trzy lata temu, niemal od razu po ślubie — wtedy Weronika jeszcze nie wiedziała dlaczego, po prostu coś w środku podpowiedziało jej: zrób to na wszelki wypadek.

To konto było założone na jej panieńskie nazwisko — Weronika Gromowa, a nie Weronika Czesnokowa, jak teraz widniało w paszporcie.

Inny bank.

Inna karta, która leżała nie w portfelu, lecz w małej kieszonce starej torby, której nie nosiła już od półtora roku.

Przelewała tam trochę pieniędzy co miesiąc.

Czasem pięć tysięcy, czasem osiem, czasem — gdy w pracy był dobry miesiąc — piętnaście.

Niepostrzeżenie, bez rozmów.

Teraz było tam ponad pół miliona.

Weronika upiła łyk kawy i spojrzała przez okno.

Ulicą szli ludzie — ktoś z torbami z supermarketu, ktoś z wózkiem, dwoje nastolatków śmiało się z czegoś w telefonie.

Zwyczajne życie.

Zwyczajny dzień.

A w niej samej coś powoli i nieodwracalnie się zmieniało.

Jeszcze nie wiedziała, co dokładnie Galina Pietrowna zdążyła wypatrzyć w jej telefonie.

Nie wiedziała, że teściowa właśnie w tej chwili, gdy Weronika siedziała w kawiarni, już dzwoniła do jakiegoś Jurija Borisowicza — notariusza, starego znajomego — i coś cicho z nim omawiała, przymknąwszy drzwi do pokoju.

I na pewno nie wiedziała, że tego wieczoru Michaił położy przed nią papiery.

Wydrukowane, schludne, z zakładkami.

Ale to będzie wieczorem.

Na razie siedziała, trzymała ciepłą filiżankę obiema rękami i myślała: oto ono — to samo „na wszelki wypadek”, którego tak bardzo się boisz, a na które mimo wszystko się decydujesz.

Pół miliona.

Na jej nazwisko.

W banku, o którym oni nie wiedzą.

Prawie się uśmiechnęła.

Wieczorem Michaił rzeczywiście położył przed nią papiery.

Weronika dopiero wróciła do domu — powiesiła kurtkę, weszła do kuchni nalać sobie wody — i zobaczyła je na stole.

Kilka kartek, spiętych u góry, z żółtymi karteczkami na marginesach.

Tak schludnie.

Przygotowane wcześniej.

— Co to jest? — zapytała, choć już czuła, że nic dobrego.

Michaił stał przy lodówce, patrząc gdzieś obok niej.

— Mama mówi, że trzeba właściwie uporządkować sprawy majątkowe.

Póki nie jest za późno.

— Póki nie jest za późno — to znaczy jak?

— No… — wzruszył ramionami.

— Różnie bywa.

Lepiej zawczasu.

Weronika wzięła papiery.

Zaczęła czytać.

Była to umowa o podziale majątku — nie standardowa umowa małżeńska, lecz coś sporządzonego naprędce, z zapisami, po których każdemu prawnikowi uniosłyby się brwi.

Mieszkanie — dla Michaiła.

Samochód, kupiony trzy lata wcześniej za jej pieniądze — też dla Michaiła.

Lokaty — po połowie, ale z zastrzeżeniem, które przy bliższym spojrzeniu oznaczało: wszystko dla Michaiła.

Odwróciła ostatnią kartkę.

Widniał tam podpis — Galina Pietrowna.

Jako świadek.

Notariusz Jurij Borisowicz.

A więc nie pomyliła się co do tamtego telefonu — po prostu zgadła intuicyjnie.

— Misza — Weronika mówiła równo — to przygotowała twoja matka?

— Omawialiśmy to razem.

— Omawialiście podział mojego majątku beze mnie?

— To sprawa rodzinna.

W tym momencie nawet nie znalazła odpowiedzi.

Po prostu bardzo spokojnie odłożyła papiery z powrotem na stół i wyszła z kuchni.

W sypialni zamknęła się, włączyła lampkę nocną i wybrała numer siostry Poliny.

— Pola, potrzebuję pomocy.

Polina przyjechała następnego ranka.

Pracowała w firmie ubezpieczeniowej, znała wystarczająco dużo prawnych niuansów i miała taki charakter, że nawet obcy ludzie nie chcieli się z nią kłócić.

Wysoka, z krótką fryzurą, bezpośrednie spojrzenie — Galina Pietrowna nie lubiła jej od pierwszego dnia i przy spotkaniach starała się trzymać z daleka.

Usiadły z Weroniką w samochodzie pod blokiem — nie w domu, żeby nikt nie słyszał.

Polina przeglądała zdjęcia dokumentów, które Weronika zdążyła zrobić jeszcze poprzedniego wieczoru.

— To świstek papieru — powiedziała w końcu.

— Bez twojego podpisu i notarialnego poświadczenia to nic nie znaczy.

Oni tylko straszą.

— Albo sprawdzają reakcję.

— Właśnie. — Polina podniosła wzrok.

— Wiera, rozumiesz, że oni coś wiedzą?

Albo się domyślają.

Bo po co inaczej ten pośpiech?

Weronika patrzyła przez przednią szybę.

Na ulicy dozorca powoli pchał wózek wzdłuż krawężnika.

— Myślę, że teściowa zobaczyła kwotę na koncie wynagrodzeniowym.

Uznała, że to wszystko, co mam.

Czterdzieści tysięcy.

Myśli: drobiazg, podpisze, nigdzie się nie wybierze.

— A o drugim koncie nie wie.

— Nie.

Polina przez chwilę milczała.

Potem uśmiechnęła się cicho, bez złości.

— No cóż.

Niech na razie nie wie.

Tego samego dnia Weronika pojechała do banku — nie tego, w którym miała kartę wynagrodzeniową, lecz innego, przy Prospekcie Komsomolskim.

Tam znali ją z widzenia — otworzyła konto jeszcze w tym roku, kiedy bank dopiero pojawił się w ich dzielnicy, i od tamtej pory regularnie tam zaglądała.

Menedżerka, Swietłana Igoriewna — surowa kobieta około pięćdziesiątki z niezmienną broszką na marynarce — przyjęła ją jak zwykle, bez zbędnych pytań.

— Muszę przenieść część środków na depozyt z ograniczonym dostępem — powiedziała Weronika — i wyjaśnić jedną kwestię dotyczącą warunków konta.

Spędziły tam prawie godzinę.

Weronika wyszła z nową umową w rękach i z uczuciem trudnym do opisania słowami — czymś pomiędzy spokojem a ekscytacją.

Wszystko było zabezpieczone.

Pewnie.

Bez niepotrzebnych oczu.

Telefon zawibrował — Michaił.

— Gdzie jesteś?

— Załatwiam sprawy.

Będę wieczorem.

— Mama pyta, czy przemyślałaś papiery.

— Myślę nad tym — odpowiedziała i schowała telefon do torby.

W domu przy kolacji Galina Pietrowna była szczególnie uprzejma.

To zawsze oznaczało jedno — coś się szykowało.

Krzątała się po kuchni, nakrywała do stołu, opowiadała jakąś historię o sąsiadce Zoi Iwanownie i jej nieudanym zięciu.

Michaił słuchał, kiwał głową, jadł.

Weronika siedziała i myślała: jak można tak szczerze udawać?

Galina Pietrowna umiała.

To był prawdziwy talent — włączać urok dokładnie wtedy, gdy czegoś potrzebowała.

Potrafiła być miła, troskliwa, niemal wzruszająca.

A potem — raz — i znów stawała się tą samą kobietą, która czyta cudzy telefon i dzwoni do notariuszy.

— Wieroczko — powiedziała, nalewając herbatę — nie myśl źle, my cię kochamy.

Po prostu chcemy porządku.

Żeby wszystko było uczciwie.

— Oczywiście — odpowiedziała Weronika.

— Czyli podpiszesz?

— Skonsultuję się z prawnikiem.

Galina Pietrowna postawiła czajnik na kuchence.

Powoli się odwróciła.

— Po co nam obcy ludzie w sprawach rodzinnych?

— To standardowa procedura — powiedziała spokojnie Weronika.

— Każdy prawnik powie to samo.

Michaił podniósł wzrok.

Coś w wyrazie jego twarzy się zmieniło — nie złość, nie.

Raczej zagubienie.

Nie spodziewał się, że odpowie tak równo, bez łez i skandalu.

Galina Pietrowna oczekiwała czegoś innego — że Weronika się przestraszy, zdenerwuje, zacznie się usprawiedliwiać.

A ona po prostu siedziała i piła herbatę.

I to, najwyraźniej, było gorsze od jakiegokolwiek krzyku.

W nocy Weronika leżała i patrzyła w sufit.

Michaił spał obok — równo, głęboko, jak człowiek z czystym sumieniem, któremu nawet nie przychodzi do głowy, że sumienie może być nieczyste.

Myślała o tym, jak trzy lata wcześniej otwierała tamto konto.

Październik, zimny dzień, weszła do banku, żeby się ogrzać — tak, przypadkiem — i wyszła z umową w kieszeni.

Wtedy wydawało się: po prostu poduszka bezpieczeństwa, na wszelki wypadek.

Nic nie planowała.

Po prostu czuła, że trzeba.

Teraz rozumiała: to była najmądrzejsza rzecz, jaką zrobiła przez trzy lata małżeństwa.

Pół miliona.

Jej nazwisko.

Jej konto.

I ani jedna żywa dusza — ani Michaił, ani Galina Pietrowna ze swoim notariuszem — o tym nie wiedziała.

Zamknęła oczy.

Jutro zadzwoni do prawnika — prawdziwego, nie tego, którego znalazła teściowa.

Umówi się na konsultację.

Zacznie wyjaśniać sprawę samochodu — dokumenty leżały w jej teczce, pamiętała to dokładnie.

I sprawdzi, kim właściwie jest ten Jurij Borisowicz — i od jak dawna zna Galinę Pietrownę.

Ciekawe pytanie, swoją drogą.

Bardzo ciekawe.

Prawnik znalazł się szybko — Polina poleciła swojego znajomego, Dmitrija Siergiejewicza, praktykującego już od około piętnastu lat.

Jego gabinet był niewielki, na drugim piętrze starego budynku w centrum, z widokiem na ciche podwórze.

Żadnych złotych tabliczek, żadnego patosu — tylko regały z teczkami i człowiek, który umiał słuchać.

Weronika opowiedziała wszystko.

Dokumenty sfotografowała wcześniej, a on przejrzał je szybko, bez zbędnych komentarzy.

— To nie ma mocy prawnej bez pani podpisu — powiedział.

— Dobrze pani zrobiła, że tego nie podpisała.

— Wiem.

Ale oni nie odpuszczą.

— W takim razie będziemy się przygotowywać. — Złożył ręce na stole.

— Samochód jest zarejestrowany na panią?

— Na mnie.

— Pieniądze na zakup były pani osobiste?

— Oszczędności sprzed ślubu.

Mam wyciąg ze starego konta.

— Świetnie. — Skinął głową.

— To ważne.

Majątek sprzed małżeństwa nie podlega podziałowi.

Proszę opowiedzieć o mieszkaniu.

Mieszkanie było bolesnym tematem.

Wprowadzili się do niego po ślubie — formalnie należało do Michaiła, odziedziczył je po ojcu jeszcze przed małżeństwem.

Weronika to wiedziała i nigdy nie rościła sobie do niego prawa.

Ale trzy lata remontów, trzy lata inwestycji — jej pieniądze, jej ręce, jej decyzje — teraz jakby rozpływały się w powietrzu.

— Są rachunki?

Przelewy za materiały budowlane, meble?

— Część jest.

Nie wszystko.

— To, co jest, już jest dobre — powiedział Dmitrij Siergiejewicz i zaczął coś notować.

Wyszła od niego po półtorej godzinie z jasnym planem i po raz pierwszy od kilku dni z poczuciem twardego gruntu pod stopami.

O notariuszu Juriju Borisowiczu jednak się dowiedziała.

Nie od razu — po tygodniu, przypadkiem.

Polina zadzwoniła wieczorem głosem, jaki miała wtedy, gdy wiadomość była jednocześnie nieprzyjemna i spodziewana.

— Znalazłam tego twojego Jurija Borisowicza.

Sporządzał dokumenty na daczę Galiny Pietrowny dwa lata temu.

I jeszcze coś ciekawego — przepisał jej konto oszczędnościowe.

Wiesz na kogo?

— Na Michaiła?

— Dokładnie.

Półtora roku temu.

Po cichu, bez ogłaszania.

Weronika usiadła na brzegu łóżka.

— Czyli już wtedy wszystko planowała.

— Na to wygląda.

Najpierw przeniosła swoje aktywa na syna.

Teraz zabrała się za twoje.

Logika była prosta i brzydka.

Galina Pietrowna od samego początku budowała konstrukcję — wszystko miało być na Michaiła, a więc pod jej kontrolą.

Syn był wygodnym narzędziem: posłusznym, przywiązanym, niezadającym zbędnych pytań.

Weronika w tym układzie była irytującą przeszkodą — osobą z własnymi pieniędzmi, własną wolą i własnym nazwiskiem na dokumentach.

Trzeba było to naprawić.

Najlepiej po cichu.

Na próżno nie sprawdzili, na kogo zapisane jest konto.

Rozwiązanie przyszło niespodziewanie — nie przez sąd, nie przez głośny skandal.

Po prostu pewnego ranka Michaił usiadł naprzeciw niej przy kuchennym stole i zapytał wprost:

— Ile masz pieniędzy?

Galiny Pietrowny nie było w domu — poszła na targ.

Byli sami i w tej ciszy pytanie zabrzmiało jakoś obnażająco.

— Wystarczająco — odpowiedziała Weronika.

— Wiera, mówię poważnie.

Mama mówi, że ukrywasz oszczędności.

Że gdzieś jest konto, o którym nie wiem.

— Skąd ona to wzięła?

— Ona umie liczyć.

Twoja pensja, wydatki — liczby się nie zgadzają. — Patrzył na nią, a w jego spojrzeniu nie było złości, tylko coś podobnego do zagubienia.

— Dlaczego mi nie ufasz?

To było prawdziwe pytanie.

Nie o pieniądze — o wszystko naraz.

Weronika chwilę milczała.

Potem powiedziała spokojnie, bez zbędnych słów:

— Misza, twoja matka czytała mój telefon.

Twoja matka wezwała notariusza bez mojej wiedzy.

Ty położyłeś przede mną dokumenty, w których mój samochód przechodzi na ciebie.

Pytasz, dlaczego ci nie ufam?

Otworzył usta.

Zamknął je.

— Ona po prostu chciała jak najlepiej…

— Dla kogo?

Odpowiedzi nie było.

Patrzył w stół, a Weronika widziała, że gdzieś tam, pod zwyczajnym posłuszeństwem, coś się poruszyło.

Może sumienie.

Może po prostu strach — że odejdzie.

Że już odchodzi.

I odchodziła.

Nie tego dnia — trochę później.

Pakowała się starannie, bez pośpiechu.

Polina pomogła znaleźć mieszkanie — niewielkie, przy ulicy Rzecznej, jasne, z wysokimi sufitami.

Weronika wpłaciła pierwszą ratę i odebrała klucze w czwartek w południe.

Stała w pustych pokojach i słuchała ciszy.

Dobra cisza.

Własna.

Dmitrij Siergiejewicz do tego czasu przygotował już wszystko, co potrzebne — dokumenty samochodu, wyciągi, wyliczenia dotyczące nakładów na remont.

Michaił, gdy zobaczył teczkę z papierami, wyraźnie pobladł.

Galina Pietrowna, która przyszła na spotkanie nieproszona i usiadła obok syna z miną generała na negocjacjach, też przycichła — zwłaszcza kiedy Dmitrij Siergiejewicz łagodnie, ale bardzo jasno wyjaśnił jej, że obecność osób trzecich nie jest tutaj konieczna.

— Jestem matką! — powiedziała.

— Nie jest pani stroną w sprawie — odpowiedział.

Została.

Ale już się nie odzywała.

Samochód Weronika zostawiła sobie.

Część pieniędzy za remont Michaił wypłacił — nie wszystko, ale wystarczająco.

To był kompromis, nie zwycięstwo.

Ale ona nie szukała zwycięstwa.

Szukała wyjścia.

Miesiąc po przeprowadzce siedziała w swojej nowej kuchni — małej, z żółtymi zasłonami, które sama wybrała — i przeglądała aplikację bankową.

Konto oszczędnościowe było na miejscu.

Nawet trochę urosło — odsetki regularnie wpływały.

Pół miliona z kawałkiem.

Jej nazwisko.

Jej konto.

Telefon zabrzęczał — wiadomość z nieznanego numeru.

Otworzyła ją.

„Wiera, tu Michaił.

Mama pyta, czy nie dałoby się wszystkiego rozwiązać pokojowo.

Mówi, że nie chciała nic złego”.

Weronika przeczytała dwa razy.

Potem napisała krótko:

„Przekaż mamie, że nie chowam urazy.

Po prostu mam teraz inne plany”.

Odłożyła telefon.

Wstała, nalała sobie kawy.

Za oknem szumiała ulica — zwyczajna, żywa, na razie jeszcze obca, ale już trochę własna.

Pomyślała, że trzeba kupić normalny stół.

I chyba parę doniczek z ziołami na parapet.

I zadzwonić do mamy — dawno nie dzwoniła, ciągle nie było czasu, ciągle coś przeszkadzało.

Teraz nic nie przeszkadzało.

Upiła łyk kawy i nagle zrozumiała, że się uśmiecha.

Nie głośno, nie teatralnie — po prostu tak, w ciszy własnej kuchni.

Taki cichy uśmiech, bez świadków.

Najszczerszy ze wszystkich, jakie istnieją.

Minęło pół roku.

Weronika nigdy nie kupiła doniczek z ziołami — zamiast nich na parapecie stał jeden duży fikus, uparty i rozłożysty, który przytaszczyła ze sklepu w sobotę tylko dlatego, że jej się spodobał.

Stół kupiła — drewniany, jasny, z kilkoma rysami, które z jakiegoś powodu wcale go nie psuły, a wręcz przeciwnie.

Życie powoli układało się od nowa.

Nie szybko, nie według scenariusza — po prostu dzień po dniu.

W pracy awansowała — objęła kierownictwo małego działu i teraz rano przychodziła do biura pierwsza, parzyła kawę i patrzyła przez okno na budzące się miasto.

Lubiła to.

To uczucie — że dzień jeszcze się nie zaczął i wszystko wciąż jest możliwe.

Michaił czasem pisał.

Krótko, bez pretensji — najwyraźniej mu przeszło.

Albo matka wreszcie przerzuciła uwagę na coś innego.

Weronika odpowiadała uprzejmie i bez pośpiechu.

Ani złości, ani tęsknoty — po prostu zamknięta strona.

Galina Pietrowna nie pisała nigdy.

To było najlepsze ze wszystkiego.

Pewnego wieczoru Polina przyjechała z butelką wina i bez uprzedzenia — po prostu zadzwoniła do drzwi i powiedziała:

— Otwieraj, jestem ze świętem.

— Z jakim świętem?

— Z takim.

Od pół roku mieszkasz sama i nie umarłaś.

To jest święto.

Siedziały do północy — rozmawiały o wszystkim i o niczym, śmiały się z jakiejś głupoty, której po godzinie już nie mogły sobie przypomnieć.

Fikus stał na parapecie i milcząco wszystkiemu się przyglądał.

Już żegnając się w drzwiach, Polina nagle powiedziała poważnie:

— Wiesz, co jest najciekawsze w całej tej historii?

— Co?

— Grzebali w twoich pieniądzach, budowali schematy, wołali notariuszy.

Tak bardzo się starali. — Uśmiechnęła się krzywo.

— A i tak nie sprawdzili najważniejszego.

Weronika się uśmiechnęła.

— Na próżno.

Drzwi się zamknęły.

W mieszkaniu zrobiło się cicho — dobrze, domowo.

Przeszła do kuchni, zgasiła światło nad stołem i zostawiła tylko małą lampkę przy oknie.

Konto było na jej nazwisko.

Życie też.