Ale przedstawienie nie trwało długo.
— Roma, do cholery, chodź tu natychmiast! — krzyknęła Ksiusza na całe mieszkanie.
Klęczała na panelach przed otwartą szafą przesuwną.
Kurtka leżała na podłodze, a włosy miała rozczochrane.
Drżącymi rękami po raz dziesiąty obmacywała całkowicie puste wnętrze małego domowego sejfu.
Klucz, który zawsze chowała w grzbiecie starego słownika, samotnie tkwił w zamku.
W drzwiach sypialni pojawił się jej mąż.
Nerwowo przygryzał wargę, unikając spojrzenia żony.
Za jego plecami majaczyła masywna sylwetka Tamary Iljinicznej, teściowej, która przyjechała „w odwiedziny na parę dni”, ale mieszkała u nich już trzeci tydzień.
— Czemu wrzeszczysz?
Wszystkie karaluchy wypłoszysz.
Rozbieraj się, idź umyć ręce, kolacja jest…
Ksenia gwałtownie podniosła się z kolan.
Jej twarz pokryła się czerwonymi plamami.
— Gdzie są pieniądze, Roma? — wypluła, cedząc każde słowo.
— Gdzie są dwa miliony trzysta tysięcy rubli?!
— Jakie pieniądze, dziecko? — wtrąciła się Tamara Iljiniczna, wycierając tłuste ręce o fartuch.
— Czemu rzucasz się na męża jak wściekły pies?
Na początek mogłabyś się przywitać!
— Nie z panią rozmawiam! — warknęła Ksenia, robiąc krok w stronę męża.
— Roma, wczoraj rano wypłaciłam całą gotówkę ze swojego konta oszczędnościowego!
Włożyłam ją do tego sejfu!
Jutro o dziesiątej rano mam podpisanie umowy najmu z wykupem lokalu pod moją kwiaciarnię!
Gdzie.
Są.
Moje.
Pieniądze?!
Roman pobladł i zmiął ręcznik w dłoniach.
Przestąpił z nogi na nogę i wydusił:
— Ksiusza… posłuchaj.
Jest taka sprawa…
Ja…
Krótko mówiąc, zostaliśmy obrabowani.
— Co znaczy obrabowani?
Zamki nie są wyłamane.
Sejf został otwarty moim kluczem.
Kto nas obrabował?!
— Ja… ja sam je wziąłem! — zaczął szybko mówić Roman, wystawiając przed siebie ręce, jakby bronił się przed ciosem.
— Pomyślałem, że trzymanie takiej sumy w domu to szaleństwo!
Sama wiesz, nasza okolica nie jest spokojna.
Postanowiłem zanieść je do banku i włożyć do skrytki depozytowej.
Wziąłem paczkę, poszedłem ulicą, a w przejściu przy sklepie…
Było ich dwóch.
W kapturach.
Jeden wyjął coś błyszczącego.
Powiedzieli: oddawaj torbę, albo koniec z tobą.
Ksiusza, chciałem żyć!
Oddałem!
W sypialni zawisła sekundowa cisza.
Tamara Iljiniczna natychmiast złapała się za serce i teatralnie jęknęła.
— O, Boże drogi!
Synku!
O mało nie straciłam mojego własnego dziecka!
A ty, nienormalna, przez swoje papierki na niego wrzeszczysz!
Powinnaś się cieszyć, że wrócił żywy!
Potwory, w biały dzień rzucają się na ludzi!
Ksenia stała nieruchomo.
Nie wierzyła ani jednemu słowu.
— Czyli obrabowali, tak? — powiedziała powoli.
— Z nożem.
W naszym przejściu, gdzie wiszą trzy kamery ze sklepu spożywczego i jeszcze dwie z banku naprzeciwko?
— Tak! — pisnął Roman.
— Oni znają martwe punkty!
— Świetnie, — Ksenia wsunęła rękę do kieszeni dżinsów i wyjęła smartfon.
— Która była godzina?
— Co? — nie zrozumiał mąż.
— O której to się stało, Romoczka?!
Dzwonię teraz na policję.
To poważne przestępstwo.
Zaraz przyjedzie grupa operacyjna, sprawdzą nagrania z kamer z całej okolicy.
Znajdą tych bandziorów w dobę.
Ksenia demonstracyjnie zaczęła wybierać „112” na ekranie.
— Stój! — Roman rzucił się do niej i próbował wyrwać telefon.
— Nie trzeba policji!
Ksenia gwałtownie cofnęła rękę i z całej siły popchnęła męża w ramię.
Roman zatoczył się do tyłu.
— Nie waż się mnie dotykać! — syknęła.
— Dlaczego nie trzeba policji?
Ukradli ci dwa miliony, a ty nie chcesz policji?!
Złożyłeś zawiadomienie?!
— Nie!
Oni…
Oni powiedzieli, że wiedzą, gdzie mieszkam!
Powiedzieli, że sprzątną i ciebie, i mnie, jeśli pójdę na komisariat!
Ksiusza, błagam, nie dzwoń!
Życie jest ważniejsze!
Jeszcze zarobimy na twój sklep, no czemu tak się zabijasz przez pieniądze?
— Przez dwa lata nie kupiłam sobie nowych kozaków, chodziłam w znoszonych, żeby odłożyć każdą kopiejkę!
A ty mi mówisz „jeszcze zarobimy”?!
Ty, który siedzisz na pensji czterdziestu tysięcy i wieczorami grasz w czołgi?!
— Jak śmiesz mu to wypominać! — zapiszczała Tamara Iljiniczna, ciężko występując do przodu.
— On przynosi do domu całą pensję!
Zameldował ciebie, bez posagu, w swoim mieszkaniu!
A ty mu mózg wyżerasz!
Wielka rzecz, pracowałaś, nie jesteś górnikiem, nie zarobiłaś się na śmierć!
— Proszę zamknąć usta! — Ksenia nawet nie odwróciła do niej głowy, wbijając wzrok w bladego męża.
— Mieszkanie zostało kupione przed ślubem, tak.
Tylko remont w nim, od instalacji elektrycznej aż po te drzwi, których się pani teraz uczepiła, został zrobiony za moje pieniądze.
Znów uniosła telefon.
— Roma, daję ci ostatnią szansę.
Jeśli natychmiast nie powiesz mi prawdy, naciskam przycisk połączenia.
A wtedy będziesz tłumaczył śledczemu, dlaczego składasz fałszywe zeznania.
A za fałszywe zawiadomienie też jest u nas artykuł.
Mów.
Roman milczał, zagoniony wzrokiem szukając matki.
I właśnie w tym momencie jego telefon, leżący na szafce nocnej, głośno zawibrował.
Na ekranie wyświetliło się: „Oleg brat”.
Ksenia była szybsza.
Drapieżnym ruchem chwyciła telefon męża, nacisnęła zielony przycisk i włączyła tryb głośnomówiący.
— Roma, milcz! — rozkazała mężowi, grożąc mu palcem, i słodkim, spokojnym głosem odpowiedziała:
— Oleżka, cześć!
Roma jest pod prysznicem, tu Ksiusza.
Coś pilnego?
— O, Ksiucha, cześć! — z głośnika rozległ się pogodny głos szwagra.
— Nie, nic pilnego.
Po prostu dzwonię do Romki, żeby mu powiedzieć, że jest gość!
Tak pomógł, że naprawdę pomógł!
Matka tam płacze ze szczęścia, już zbiera sadzonki.
Dopiero co wróciłem od notariusza, odebrałem wszystkie dokumenty, złożyłem w MFC do rejestracji.
Transakcja poszła jak po maśle!
W sypialni zrobiło się tak cicho, że było słychać, jak w kuchni kapie woda z niedokręconego kranu.
Roman zacisnął powieki.
Tamara Iljiniczna zacisnęła usta i skrzyżowała ręce na piersi, całym wyglądem pokazując, że szykuje się do obrony.
— Jaka transakcja, Oleż? — zapytała Ksenia zupełnie martwym głosem.
— No jak to jaka?
Z daczа!
Przecież wy wczoraj z Romką daliście mamie pieniądze na działkę z domkiem w Sosnowce!
Sprzedawca wziął gotówkę, tak jak Roma prosił.
Dwa miliony trzysta.
Dom jak bajka, jest bania, jest szklarnia!
Ksiuch, no daliście czadu, taki prezent matce zrobiliście!
Dobra, niech Romycz oddzwoni, jak wyjdzie!
Trzymaj się!
Połączenie się urwało.
Ksenia powoli opuściła telefon.
Przeniosła wzrok na męża, potem na teściową.
Układanka złożyła się natychmiast.
Nie było żadnego napadu.
Nie było żadnych bandziorów w przejściu.
Jej mąż po prostu wyjął jej gotówkę z sejfu i kupił swojej matce daczę.
— Czyli obrabowali? — Ksenia się roześmiała.
— Nóż w bramie?
— Ksiusza… — Roman zrobił krok w jej stronę, wyciągając drżące ręce.
— Ksiuszeńka, no zrozum…
Mamie ciężko w mieście.
Ma ciśnienie.
Lekarze powiedzieli, że potrzebuje świeżego powietrza!
A tu trafiła się taka okazja, oddawali tanio!
Oleg znalazł!
Przed nami z tobą jeszcze całe życie, jesteśmy młodzi, odłożymy!
A mamie ile zostało?
— Ukradłeś moje pieniądze.
Pieniądze, które odkładałam na swój biznes.
— Nie dramatyzuj! — wtrąciła Tamara Iljiniczna władczo i bezczelnie.
— W rodzinie nie ma pojęcia „twoje” i „moje”!
Mieszkasz na terenie mojego syna!
Korzystasz z naszej wody, naszego światła!
Ja go urodziłam, ja go wychowałam, on ma obowiązek zapewnić matce starość!
A te twoje kwiatuszki to fanaberia!
I w ogóle normalne baby w twoim wieku mają już dwójkę dzieci, a ty wciąż latasz po magazynach!
No to siedź teraz w domu, gotuj barszcz, zamiast zajmować się biznesem!
Ksenia patrzyła na tę kobietę, na jej zadowoloną z siebie twarz, i czuła, jak w środku budzi się wulkan.
Odwróciła się, podeszła do szafy, zdjęła z górnej półki ogromną walizkę i rzuciła ją na łóżko.
— Co ty robisz? — pisnął Roman przestraszony.
— Pakuję rzeczy, — odpowiedziała Ksenia zimno i wyraźnie, otwierając szuflady komody i wyciągając z nich swoje ubrania.
— Twoja matka ma rację.
W rodzinie nie ma pojęcia „twoje” i „moje”.
Ale między nami, Roma, nie ma już rodziny.
— Ksiusza, oszalałaś! — Roman podbiegł do łóżka, próbując zatrzymać jej ręce.
— Jaka dacza jest warta naszego małżeństwa?!
Chcesz, napiszę pokwitowanie?
Będę ci oddawał z pensji!
Przysięgam!
— Z pensji czterdziestu tysięcy? — Ksenia z obrzydzeniem strząsnęła jego ręce.
— Będziesz oddawał mi dwa miliony prawie pięć lat, jeśli przestaniesz jeść.
Odejdź ode mnie.
Miotała się po pokoju, wrzucając do walizki kosmetyki, bieliznę i dokumenty.
— Patrzcie, histeryczka! — prychnęła Tamara Iljiniczna z progu.
— Niech się wynosi!
Komu ty jesteś potrzebna, taka dumna!
Mój Romoczka znajdzie sobie sto razy lepszą, uległą, gospodarną!
A ty idź w diabły ze swoimi doniczkami!
Ksenia gwałtownie się zatrzymała i podeszła bardzo blisko do teściowej.
Tamara Iljiniczna była wyższa i większa, ale pod wściekłym spojrzeniem synowej mimowolnie się cofnęła.
— Odejdę, Tamaro Iljiniczno, — głos Ksenii dźwięczał od furii.
— Ale cieszycie się za wcześnie.
Pieniądze, które pani syneczek zaniósł sprzedawcy, wypłacałam ze swojego osobistego konta.
W banku są potwierdzenia, wyciągi i nagrania z kamer, jak wydają mi te paczki.
A pani ma umowę kupna-sprzedaży na swoje nazwisko.
Ksenia odwróciła się do męża, który siedział już na pufie, obejmując głowę rękami.
— Roma, ty…
Ty jesteś po prostu przypadkiem klinicznym…
Teraz nie jadę płakać do koleżanki, tylko do mojego adwokata.
Jutro rano na policji będzie leżało zawiadomienie o kradzieży szczególnie dużej wartości.
— Nie odważysz się! — zapiszczała teściowa.
— To twój mąż!
Policja nawet nie założy sprawy, to budżet rodzinny!
— Zobaczymy, — Ksenia złośliwie się uśmiechnęła.
— Wie pani, co zrobi sąd, Tamaro Iljiniczno?
Zajmie waszą cudowną nową daczę.
Nie będziecie mogli jej ani sprzedać, ani podarować.
A potem pójdzie pod młotek, żeby zwrócić mi moje pieniądze!
— Ksiusza, nie trzeba!
Matka nie przeżyje sądów!
Ma słabe serce!
— Mam to gdzieś! — wrzasnęła Ksenia, zapinając zamek walizki z taką siłą, że żałośnie chrupnął.
— A moje serce was obchodziło, kiedy za moimi plecami grzebaliście moje marzenia?!
Kiedy patrzyłeś mi w oczy i bezczelnie kłamałeś?!
Chwyciła walizkę za rączkę i zerwała płaszcz z wieszaka.
— Ksiuszeńka, no wybacz!
Diabeł mnie podkusił!
Matka naciskała, powiedziała, że i tak się nie dowiesz, że powiemy, że zgubiłem! — Roman poczołgał się za nią do korytarza, próbując złapać ją za rękaw.
Blask „pana domu” ostatecznie z niego opadł, odsłaniając żałosnego, infantylnego tchórza.
— Jesteś mężczyzną czy szmatą?! — wrzasnęła na niego matka.
— Wstawaj z kolan!
Nie waż się przed nią poniżać!
Niech składa, gdzie chce, powiemy, że sama dała nam te pieniądze w prezencie!
Nic nie udowodni!
Ksenia założyła buty i przekręciła zamek drzwi wejściowych.
Odwróciła się po raz ostatni.
Przed nią stały dwie całkowicie obce osoby.
Chciwa, pozbawiona zasad kobieta, gotowa popełnić przestępstwo dla kawałka ziemi, i jej słaby, bezkręgowy syn, który pozwolił okraść własną żonę.
— Wzywajcie rzeczoznawców do swojej daczy, Tamaro Iljiniczno, — powiedziała Ksenia lodowatym tonem.
— I znajdźcie Romie dobrego adwokata.
Będzie potrzebował tych pieniędzy, których nie ma.
Drzwi zatrzasnęły się z hukiem.
—
Ciąg dalszy tej historii rozciągnął się na długie i wyczerpujące osiem miesięcy.
Ksenia nie cofnęła się ani o krok.
Jej adwokat okazał się buldożerem w ludzkiej postaci.
Policja rzeczywiście początkowo odmawiała wszczęcia sprawy o kradzież, powołując się na relacje rodzinno-domowe, ale pozew cywilny uderzył w Romana i jego matkę druzgocąco.
Sąd zażądał wyciągów bankowych.
Adwokat Ksenii udowodnił, że pieniądze zostały wypłacone przez nią osobiście, a następnego dnia Roman przekazał dokładnie tę samą kwotę — aż po banknoty zarejestrowane przy wypłacie bankowej — sprzedawcy nieruchomości.
Tamara Iljiniczna próbowała odgrywać w sądzie rolę chorej, oszukanej emerytki.
Płakała, wzywała karetkę prosto na salę rozpraw, krzyczała, że synowa chce ją wykończyć.
Sąd uznał transakcję zakupu daczy za pozorną w zakresie pochodzenia środków i zobowiązał teściową do zwrotu Ksenii całej sumy, nakładając zajęcie na majątek.
Roman nie wytrzymał presji.
Po utracie żony, wygodnego mieszkania ze świeżym remontem i dotychczasowego życia zaczął pić.
Kiedy komornicy wystawili daczę Tamary Iljinicznej na licytację, matka i syn pokłócili się na dobre.
Ona oskarżała go o to, że „nie potrafił ujarzmić baby”, a on nienawidził jej za to, że zniszczyła mu życie.
A Ksenia?
Ksenia otworzyła swoją kwiaciarnię.
Co prawda nie w tym eleganckim lokalu, o którym początkowo marzyła, lecz w nieco mniejszym wynajętym pawilonie.
Za każdym razem, gdy obcinała kolce z ciężkich, aksamitnych ekwadorskich róż, wiedziała jedno z absolutną pewnością: w jej życiu nigdy więcej nie będzie miejsca dla ludzi, którzy uważają, że mają prawo kraść jej marzenia.
I odtąd zawsze, gdy ktoś spróbuje ją oszukać, odpowie równie twardo, nie zostawiając zdrajcom ani jednej szansy na przebaczenie.








