Krewni przyjechali na działkę z pustymi rękami, a ja wyjechałam do miasta.

— Otwierajcie, działkowicze!

Postanowiliśmy zrobić wam niespodziankę, bo ciągle tylko pracujecie i pracujecie, świata bożego nie widzicie!

Głos szwagierki rozległ się zza płotu tak głośno, że Marinie zadrżała ręka, a strumień wody z węża uderzył obok grządki, prosto na ogrodową ścieżkę.

Wytarła mokre palce o brzeg starych dżinsów i powoli się wyprostowała.

Plecy po tygodniu pracy i trzygodzinnym korku przy wyjeździe z miasta bolały ją niemiłosiernie.

Za furtką stał granatowy crossover Igora, męża szwagierki.

Sama Swieta już ciągnęła za metalową klamkę, próbując zajrzeć na działkę.

Obok niej przestępował z nogi na nogę ich dwudziestoletni syn Denis, wpatrzony w ekran smartfona.

Marina odwróciła się ku werandzie.

Jej mąż Oleg zamarł z siekierą w ręku przy stosie drewna.

Na jego twarzy malowało się wyraźne zmieszanie, wymieszane z winnym uśmiechem.

— Oleg, wiedziałeś? — zapytała cicho Marina.

— Marina, przysięgam, nie miałem pojęcia.

Miesiąc temu rozmawialiśmy przez telefon i rzuciłem, że mogliby kiedyś wpaść na naszą nową działkę.

Kto mógł wiedzieć, że zwalą się tak, w piątek wieczorem, bez telefonu?

Marina głęboko wciągnęła ciepłe wieczorne powietrze, pachnące rozgrzanymi igłami sosny i wilgotną ziemią.

Kupili tę działkę zaledwie pół roku temu.

Skromny, ale solidny drewniany domek, sześć arów, jabłonie.

Całą wiosnę doprowadzali dom do porządku, wynosili śmieci po poprzednich właścicielach, malowali podłogi.

I właśnie dziś miał być pierwszy weekend, kiedy Marina stanowczo postanowiła: żadnej ciężkiej pracy.

Kupiła półtora kilograma wybornej karkówki, sama zamarynowała ją w cebuli z przyprawami, wzięła butelkę dobrego czerwonego wytrawnego wina i świeże warzywa.

Plan był idealny: upiec mięso we dwoje, posiedzieć na werandzie i porządnie się wyspać.

Oleg pośpiesznie wbił siekierę w klocek i pobiegł otworzyć furtkę.

— Swietka, Igorek!

Ale niespodzianka!

Nie spodziewaliśmy się was dzisiaj.

— My sami siebie się nie spodziewaliśmy! — roześmiał się głośno Igor, wchodząc na działkę i rozglądając się po gospodarsku.

Przejeżdżaliśmy obok i pomyśleliśmy, że skręcimy do rodziny.

Przy okazji oblejemy waszą działkę, bo kupiliście po cichu i nawet nie postawiliście.

Swieta cmoknęła brata w policzek i ruszyła prosto do Mariny.

— Cześć, gospodyni!

No, pokazuj pałace.

Działeczka trochę mała, oczywiście.

Szef Igora ma piętnaście arów, tam to jest przestrzeń.

Ale na początek ujdzie.

Marina przywołała na twarz służbowy uśmiech.

— Cześć, Swieta.

Dzień dobry wszystkim.

Wchodźcie.

Igor podszedł do bagażnika swojego samochodu i otworzył go szeroko.

Marina mimo woli wyciągnęła szyję, spodziewając się zobaczyć torby z supermarketu.

W końcu przyjazd w gości na działkę w pięć osób na cały weekend to poważna sprawa.

Igor wyjął z bagażnika torbę sportową, wędkę i starą piłkę nożną.

Bagażnik był zupełnie pusty.

Ani worka węgla, ani butelki wody mineralnej, ani kiści bananów do herbaty.

Nic.

Absolutnie nic.

— Igorek, a gdzie torby? — ostrożnie zapytał Oleg, najwyraźniej też zauważywszy tę dziwność.

— Oj, bracie, nie pytaj! — Igor machnął wolną ręką.

Tak się spieszyliśmy wyrwać z miasta, że nigdzie nie zajeżdżaliśmy.

Swieta mówi: daj spokój, u Olega i Mariny zawsze lodówka pełna, przecież nie dadzą nam umrzeć z głodu.

Potem się wam dorzucimy, jakby co.

Gdzie tu macie grilla?

Po drodze zjadłbym teraz całego dzika!

Marina poczuła, jak w środku zaczyna gotować się irytacja.

„Potem się dorzucimy.”

Doskonale znała to „potem”.

Przez piętnaście lat małżeństwa z Olegiem nauczyła się na pamięć zwyczajów jego siostry.

Swieta szczerze uważała, że młodszy brat ma obowiązek przyjmować ją na najwyższym poziomie po prostu z racji pokrewieństwa.

— Grill jest za domem — odpowiedziała sucho Marina.

— Tylko że mamy mięsa dokładnie dla dwojga.

Półtora kilograma.

Swieta, która zdążyła już zrzucić miejskie sandałki i włożyć czyjeś gumowe klapki stojące na werandzie, wesoło machnęła ręką.

— Daj spokój, Marina!

Nie jesteśmy dumni, dużo nam nie trzeba.

Zjemy po kawałeczku, ugotujemy ziemniaczki, pokroimy sałatkę.

Masz przecież ziemniaki?

Dawaj, komenderuj, gdzie co jest.

Denis, oderwij się od telefonu i idź pomóc wujkowi Olegowi!

Denis niezadowolony cmoknął, ale powlókł się za Olegiem do grilla.

Marina w milczeniu poszła do kuchni.

Wieczór przestawał być leniwy i przyjemny.

W lodówce leżał ten sam pojemnik z mięsem, pięć pomidorów, trzy ogórki, paczka masła, dziesięć jajek i kawałek dobrego sera na śniadanie.

W szafce stała paczka makaronu i napoczęta paczka kaszy gryczanej.

Kupowała produkty z dokładnym wyliczeniem na dwa dni leniwego odpoczynku dla dwojga dorosłych ludzi.

Do kuchni wpłynęła Swieta.

Po gospodarsku otworzyła lodówkę, omiotła wzrokiem półki i niezadowolona zacisnęła usta.

— Marina, wy jesteście na diecie?

Lodówka zupełnie pusta.

Czym będziecie karmić gości?

— Przecież powiedziałam, Swieta, nie spodziewaliśmy się gości — Marina wyjęła nóż i zaczęła myć warzywa.

Przyjechaliśmy odpoczywać.

Sklep we wsi jest już zamknięty, czynny do siódmej.

Więc będziemy jeść to, co jest.

— No, mogłabyś trzymać coś w zapasie, to jednak działka — pouczająco powiedziała szwagierka, siadając przy kuchennym stole.

Słuchaj, a łapie tu internet?

Bo Denia narzeka, że nie ma zasięgu.

— Słabo łapie.

Tylko przy oknie.

Najbliższe dwie godziny zlały się Marinie w jeden nieprzerwany maraton.

Zamiast siedzieć w fotelu z kieliszkiem wina, obierała ziemniaki, gotowała je w ogromnym garnku i kroiła jedyną sałatkę dla wszystkich.

Igor przy grillu wydawał polecenia Olegowi, domagając się to właściwego drewna, to płynu do rozpalania, którego nigdy u nich nie było.

Kiedy wszyscy zasiedli przy dużym stole na werandzie, zrobiło się ciemno.

Marina wyniosła półmisek z szaszłykiem.

Półtora kilograma po usmażeniu zmieniło się w skromną górkę mięsa.

Denis natychmiast nadział widelcem trzy największe kawałki i przeniósł je sobie na talerz.

Igor poszedł za przykładem syna, hojnie nakładając sobie mięso.

— Mmm, niezłe — wymamrotał Igor, żując.

Tylko marynata trochę zbyt prosta.

Trzeba było zrobić na kefirze.

I cebuli mało.

Oleżek, a gdzie macie zapasy?

Przecież do mięsa nawet nic nie nalaliśmy.

— Mamy tylko butelkę wina — Oleg spojrzał winowato na żonę.

Mocnych alkoholi nie pijemy.

— No nieźle! — Igor rozczarowany klepnął dłonią w stół.

Jechać na działkę bez normalnego zapasu.

Dobra, wino to wino.

Otwieraj.

Marina siedziała na skraju ławki, patrząc, jak goście błyskawicznie niszczą to, co przygotowała z taką miłością.

Jej przypadł jeden niewielki kawałek szaszłyka i łyżka sałatki.

Swieta bez przerwy opowiadała o swoich problemach w pracy, Igor narzekał na ceny benzyny, Denis milcząco żuł, patrząc w telefon.

Układanie się do snu poszło ciężko.

W domu były tylko dwie sypialnie.

W jednej stało małżeńskie łóżko gospodarzy, w drugiej, gościnnej, rozkładana kanapa.

— Marina, to my położymy się w gościnnym, a Denia jakoś przeżyje na polówce na werandzie — bezapelacyjnie oznajmiła Swieta.

— Na werandzie w nocy jest zimno — zaprotestowała Marina, czując, jak ze zmęczenia zaczynają pulsować jej skronie.

I są komary.

— Nic mu nie będzie, chłopakowi przyda się hartowanie.

Daj mu jakiś cieplejszy koc.

W nocy Marina długo nie mogła zasnąć.

Słyszała, jak za ścianą Igor głośno chrapie i jak skrzypi polówka na werandzie.

Oleg spał obok, odwrócony do ściany.

Sobotni poranek zaczął się o siódmej.

Marina z przyzwyczajenia obudziła się wcześnie.

Zeszła do kuchni i zamarła w progu.

Na stole stały brudne talerze z zaschniętym ketchupem i kieliszki z resztkami wina.

W zlewie piętrzyła się tłusta patelnia, na której Swieta wieczorem najwyraźniej podgrzewała resztki ziemniaków.

Marina w milczeniu nalała wody do czajnika.

Postawiła go na kuchence.

W tym momencie do kuchni zszedł zaspany Denis.

— Dzień dobry — burknął, drapiąc się po brzuchu pod rozciągniętym T-shirtem.

Ciociu Marina, jest coś do przegryzienia?

Obudziłem się głodny.

— W lodówce został ser — odpowiedziała równym głosem.

Denis otworzył drzwiczki, pogrzebał na półkach.

— Tu jest tylko mały kawałek.

I chleba nie ma.

A naleśników nie będzie pani robić?

Mama w weekendy zawsze smaży.

Ze skondensowanym mlekiem.

— Nie, Denis, naleśników robić nie będę.

I skondensowanego mleka nie mamy.

Chłopak niezadowolony wzruszył ramionami, wziął kawałek sera, ugryzł go bezpośrednio i poszedł z powrotem na werandę.

O dziesiątej obudzili się Swieta i Igor.

Szwagierka wyszła do kuchni w puszystym szlafroku, słodko się przeciągając.

— Dobrze u was, cicho.

Ale się wyspałam!

Słuchaj, Marina, macie kawę rozpuszczalną czy trzeba parzyć?

Ja piję tylko z tygielka.

Marina w milczeniu wyjęła puszkę swojej ulubionej mielonej kawy, którą przywiozła specjalnie na ten weekend, i postawiła na stole.

— O, świetnie.

Zaparz dla wszystkich, dobrze?

Igorek zaraz się umyje i też zejdzie.

A co mamy na śniadanie?

Zrobisz jajecznicę z boczkiem?

— Swietłano — Marina oparła ręce o blat.

Jej głos brzmiał nienaturalnie spokojnie.

— Boczku nie ma.

Jajek zostało osiem.

Chleba nie ma.

Jeśli chcecie zjeść śniadanie, obudźcie Olega i Igora, niech pojadą do sklepu we wsi.

Jest otwarty od dziewiątej.

Swieta obrażona wydęła usta.

— No co ty od razu się nakręcasz?

Sama mogłabyś pójść, to tylko piętnaście minut.

Przecież jesteś gospodynią.

Dobrze, zaraz wyślę Igora.

Igor, dowiedziawszy się, że trzeba jechać do sklepu, nie okazał entuzjazmu.

— Oleża, pojedźmy twoim, mojego niewygodnie przestawiać, stoi zablokowany przy płocie.

Przy okazji pokażesz, gdzie tu u was sprzedają normalne mięso.

Dzisiaj zrobimy pilaw w kazanie!

Odjechali.

Swieta usadowiła się w wiklinowym fotelu na werandzie z filiżanką kawy, błogo mrużąc oczy do słońca.

Marina zaczęła zmywać górę nocnych i porannych naczyń.

Woda z bojlera leciała cienkim strumyczkiem, trzeba było grzać czajnik, żeby zmyć zastygły tłuszcz.

Mężczyźni wrócili po godzinie.

Oleg wniósł do kuchni dwie duże torby.

Twarz miał napiętą.

Marina zaczęła rozpakowywać zakupy.

Pięć kilogramów ryżu, dwa kilogramy najtańszego kurczaka, ogromna butla ketchupu, kilka puszek piwa, chipsy, sucharki, pięć bochenków chleba i kilogram tanich parówek.

— A gdzie mięso na pilaw? — cicho zapytała Marina męża.

— W wiejskim sklepie były tylko mrożone kurczaki — szepnął Oleg, zerkając w okno, za którym Igor już otwierał pierwszą puszkę piwa.

— Rozumiem.

I kto za to zapłacił?

Oleg spuścił wzrok.

— No ja.

Terminal nie przeczytał karty Igora, a gotówki nie miał.

Ja potem…

— Ty potem nic — ucięła Marina.

Dobrze.

Dzień ciągnął się jak lepka melasa.

Marina marynowała kurczaka, obierała cebulę i marchew, stała przy kuchence.

Goście odpoczywali.

Denis opalał się na trawniku, puszczając z telefonu jakąś drażniącą rytmiczną muzykę.

Igor z Olegiem próbowali naprawić stary rower znaleziony w szopie.

Swieta chodziła po działce, rozdając rady.

— Marina, tu masz źle założoną rabatę.

Trzeba było posadzić piwonie, a nie te twoje stokrotki.

Wygląda tanio.

I szklarnię postawiliście niefortunnie, cień od płotu pada.

Do obiadu Marina ugotowała duży garnek zupy z kurzych grzbietów i makaron z parówkami.

Wszyscy usiedli przy stole.

— Hm, rzadkawa — stwierdził Igor, mieszając łyżką w talerzu.

Bez urazy, Marina, ale zupa jest pusta.

Tu przydałoby się trochę dobrej wędzonki, oliwki, cytrynka.

Soliankę by się zrobiło.

Facetom potrzebne jest gęste jedzenie, treściwe.

— To w czym problem, Igor? — Marina odłożyła łyżkę.

Pojechalibyście do miasta, kupili wędzonki, przywieźli i ugotowali.

Chętnie zjadłabym waszą soliankę.

Przy stole zawisła niezręczna cisza.

Swieta głośno odchrząknęła.

— Marina, no co ty, jakbyśmy obcy byli?

Przyjechaliśmy w gości.

Igor ma ciężką pracę, chce w weekend odpocząć.

A gotowanie to kobiecy obowiązek.

Przecież w domu i tak gotujesz, co za różnica, dla dwojga czy dla pięciorga?

— Różnica jest ogromna, Swieta — Marina spojrzała szwagierce prosto w oczy.

Cały tydzień pracuję z liczbami.

W piątek mam czerwone oczy od monitora i pęka mi głowa.

Przyjechałam tutaj odpocząć.

A zamiast tego drugi dzień z rzędu pracuję jako darmowa kucharka, zmywarka i pokojówka dla ludzi, którzy przyjechali z pustymi rękami i tylko żądają.

— No proszę, jakie teksty! — Swieta poczerwieniała, rzucając łyżkę na stół.

Przyjechaliśmy do rodzonego brata!

A ty wypominasz nam kawałek chleba?

— Kawałek chleba, który kupił mój mąż, bo wasza karta cudownym sposobem nie zadziałała — spokojnie odparła Marina.

I mięso, które było kupione dla nas dwojga.

— Oleg! — oburzył się Igor.

Czemu milczysz?

Twoja żona obraża moją rodzinę!

My do was z całym sercem, a tu takie przyjęcie!

Oleg wciągnął głowę w ramiona.

Nienawidził konfliktów.

— Marina, no naprawdę, po co tak?

Przyjechali, no przyjechali, swoi ludzie.

Nie kłóćmy się.

Jutro wieczorem pojadą, wytrzymaj.

Marina powoli obwiodła wzrokiem stół.

Rozgniewana Swieta z czerwonymi plamami na policzkach.

Naburmuszony Igor.

Żujący Denis, któremu w ogóle było wszystko jedno, co się dzieje, byle go karmili.

I Oleg.

Mąż, który wolał schować się za słowem „wytrzymaj”, byle tylko nie ustawić na miejscu rozzuchwalonej rodziny.

W Marinie coś kliknęło.

Jakby napięta do granic struna pękła, ale zamiast bólu przyszły niezwykły spokój i jasność myśli.

Nie czuła już zmęczenia ani złości.

Tylko chłodną kalkulację.

W milczeniu wstała od stołu, wyszła z werandy i weszła na drugie piętro.

W sypialni wyjęła z szafy swoją niewielką torbę podróżną.

Starannie włożyła do niej dres, kosmetyczkę i zabrała z szafki nocnej ładowarkę do telefonu.

Wszystko zajęło nie więcej niż dziesięć minut.

Potem zeszła na dół.

W przedpokoju zdjęła działkowe adidasy i włożyła miejskie buty.

Ze stolika przy drzwiach wzięła kluczyki do swojego samochodu, bo z Olegiem zawsze przyjeżdżali osobno, ponieważ Marinie w piątek dzień pracy kończył się wcześniej.

Wychodząc na werandę, zobaczyła, że całe towarzystwo przeniosło się do altanki.

Na widok Mariny z torbą rozmowy ucichły.

— Marina, dokąd się wybierasz? — Oleg zerwał się z ławki, a jego twarz pobladła.

— Jadę do domu, do miasta — powiedziała głośno i wyraźnie, żeby wszyscy słyszeli.

— Jak to do miasta?

A my? — szczerze zdziwiła się Swieta.

— A wy zostajecie.

Przyjechaliście odpoczywać, to odpoczywajcie.

Dom jest do waszej dyspozycji.

Trawnik nieskoszony, grządki niepodlane.

W kuchni góra brudnych naczyń.

W lodówce tani kurczak i parówki, dokładnie to, co lubicie.

Gotujcie soliankę, smażcie pilaw, hartujcie Denisa.

— Zwariowałaś? — pisnęła szwagierka.

Zostawiasz gości w środku weekendu?

To niesłychane chamstwo!

— Chamstwo, Swieta — Marina podeszła do furtki i nacisnęła przycisk zamka — to zwalić się do cudzego domu bez zaproszenia, bez jedzenia, zeżreć cudze zapasy i pouczać gospodynię, że źle sadzi rabaty.

Przyjechałam tutaj odpocząć.

I będę odpoczywać.

Po prostu w innym miejscu.

Oleg podbiegł do niej i chwycił ją za łokieć.

— Marina, nie kompromituj mnie.

Wróć do domu.

Co oni sobie pomyślą?

Jak ja tu z nimi sam zostanę?

Marina ostrożnie, ale stanowczo odczepiła palce męża od swojej ręki.

— To twoja siostra, Oleg.

I twój siostrzeniec.

Sam powiedziałeś: swoi ludzie.

To spędźcie czas po rodzinnemu.

Tylko nie zapomnij posprzątać po sobie kuchni.

I myjcie naczynia gorącą wodą z czajnika, bojler wyłączyłam.

Wyszła za furtkę, podeszła do swojego srebrnego samochodu, usiadła za kierownicą i uruchomiła silnik.

W lusterku wstecznym widziała, jak zdezorientowany Oleg stoi przy płocie, a Swieta coś wściekle krzyczy, wymachując rękami.

Droga do miasta zajęła trochę ponad godzinę.

Korków w przeciwnym kierunku w sobotnie popołudnie prawie nie było.

Marina jechała, słuchając cichej muzyki instrumentalnej.

Okno było uchylone, wiatr targał jej włosy.

Oddychało jej się niewiarygodnie lekko.

Mieszkanie przywitało ją idealną ciszą i chłodem.

Nie było zapachu przypalonego tłuszczu, nikt nie żądał naleśników, nie trzeba było stać w kolejce do własnej toalety.

Marina rzuciła torbę w korytarzu, poszła do łazienki i odkręciła wodę.

Napełniła wannę, dodała ulubionej piany o zapachu lawendy i zanurzyła się w gorącej wodzie.

Telefon na szafce zawibrował.

Dzwonił Oleg.

Nie odebrała.

Potem przyszła długa wiadomość od Swiety: „Jesteś nienormalną histeryczką!

My do was z całym sercem, a ty naplułaś rodzinie w twarz!

Nasza noga więcej nie postanie na waszej głupiej działce!

Igorek jest w szoku!”.

Marina uśmiechnęła się, czytając tekst, i odsunęła powiadomienie.

To był najlepszy możliwy wynik.

Problem rozwiązał się sam.

Pod wieczór zamówiła duży zestaw sushi i butelkę drogiego białego wina.

Dostawca przyjechał po czterdziestu minutach.

Marina siedziała na szerokim parapecie w kuchni, jadła pyszne rolki, patrzyła na światła wieczornego miasta i czuła absolutny, z niczym nieporównywalny spokój.

Oleg wrócił w niedzielę wieczorem.

Cicho otworzył drzwi, postawił torby w korytarzu i wszedł do kuchni.

Wyglądał na wymiętego i niewiarygodnie zmęczonego.

Pod oczami miał cienie.

Marina siedziała przy stole i czytała książkę.

Podniosła wzrok na męża.

— Cześć.

Jak odpoczęliście?

Oleg ciężko opadł na krzesło naprzeciwko.

— Nie pytaj.

To był jakiś koszmar.

— Naprawdę? — Marina odłożyła książkę, udając szczere zdziwienie.

A co się stało?

Przecież swoi ludzie.

Oleg beznadziejnie machnął ręką.

— Swieta zrobiła awanturę, że wyjechałaś.

Potem Igor zażądał, żebym usmażył mu kurczaka na grillu, bo makaronu z parówkami on nie je.

Pół dnia męczyłem się z węglami.

Denis marudził, że ma alergię na komary, i domagał się włączenia fumigatora, a wkłady nam się skończyły.

Potem wypili całe piwo i poszli poznawać sąsiadów.

Igor starł się z facetem dwie działki dalej o to, że ten za głośno słuchał radia.

Prawie doszło do bójki.

Ledwo ich rozdzieliłem.

Marina słuchała, nie przerywając.

— A kiedy wyjechali?

— Dzisiaj po obiedzie.

Swieta powiedziała, że jej noga więcej tam nie postanie.

Że jesteśmy niegościnnymi skąpcami.

I że wszystko opowie matce.

— A naczynia po sobie umyli? — spokojnie zapytała Marina.

Oleg winowato spuścił głowę.

— Nie.

Swieta powiedziała, że zniszczy sobie manicure, a zmywarki nie mamy.

Sam myłem.

Zimną wodą, bo zapomniałem, jak włącza się bojler.

Marina…

Wywiozłem po nich dwa worki śmieci.

Spojrzał na żonę oczami zbitego psa.

— Wybacz mi, co?

Naprawdę nie myślałem, że oni są tacy… tacy…

— Tacy, jacy są przez całe życie? — Marina skrzyżowała ręce na piersi.

Oleg, oni zawsze byli tacy.

Tylko wcześniej to ja ich obsługiwałam, a ty tego nie zauważałeś.

Wygodnie było ci być dobrym, gościnnym bratem moim kosztem.

Kosztem mojego czasu, moich nerwów i mojej pracy przy kuchence.

Oleg milczał.

Nie miał czym odpowiedzieć.

— Tym razem byłeś dobrym bratem na własny koszt — kontynuowała.

Mam nadzieję, że ci się podobało.

— Nigdy więcej żadnych gości bez twojej zgody — powiedział Oleg stanowczo.

Przysięgam.

Jeśli ktoś będzie chciał przyjechać, omawiamy to wcześniej.

I każdy przywozi jedzenie dla siebie.

Wszystko zrozumiałem, Marina.

Naprawdę.

Przez tę dobę wykończyłem się tak, jakbym rozładował wagon węgla.

Marina skinęła głową.

Wiedziała, że Oleg dotrzymuje słowa, jeśli dostatecznie dobrze dostał nauczkę.

Ta lekcja kosztowała zepsuty piątkowy wieczór.

— Idź pod prysznic, nieszczęsny działkowiczu — powiedziała łagodniej.

W lodówce są normalne kotlety, domowe.

Zrobiłam dziś po południu.

Odgrzej sobie, jak wyjdziesz.

Tydzień później nadszedł kolejny weekend.

W piątek wieczorem znów przyjechali na działkę.

Marina otworzyła furtkę i wciągnęła zapach skoszonej trawy.

Na werandzie było czysto, lodówka była wypełniona smakołykami tylko dla nich dwojga.

Cały wieczór siedzieli w leżakach, pili herbatę z miętą i patrzyli w gwiazdy.

Telefon Olega zadzwonił tylko raz — to była Swieta.

Spojrzał na ekran, nacisnął przycisk odrzucenia połączenia i przełączył telefon w tryb cichy.

— Kto dzwonił? — zapytała Marina, upijając herbatę.

— A, tak sobie, jakiś spam — uśmiechnął się Oleg, obejmując żonę ramieniem.

Nic ważnego.

I Marina zrozumiała, że ten weekend na pewno będzie idealny.

Będę wdzięczna za wasze polubienia, subskrypcje i komentarze, żeby wiedzieć, jakie historie podobają wam się najbardziej!