— Kto to jest? Twoja była? I mam nadzieję, że wiesz, gdzie ją przyprowadziłeś? — Nina była zszokowana bezczelnością męża.

— Jesteś pewien, że to przełknie? To szczyt bezczelności.

— Igrasz z ogniem, stary.

— Ona? Daj spokój.

Cicha, inteligentna, ciągle siedzi w swoich papierach.

Dla niej jestem całym światem.

A Żanna po prostu nie ma gdzie mieszkać.

Tymczasowo.

Moja żona się obrazi i przestanie.

Za to jaka adrenalina!

Dwie kobiety pod jednym dachem.

Obie zależne ode mnie.

Ja tu rządzę.

Część 1. Gabinet z widokiem na aleję

Nina odłożyła lupę.

Jej oczy były zmęczone.

Badanie podpisu ją wyczerpywało.

Za każdym podpisem kryła się tragedia.

Kochała swoją pracę grafologa.

Ludzie mogą kłamać.

Ale ręka nigdy nie kłamie.

Pismo to zapis duszy.

A jeśli dusza jest zepsuta, widać to w atramencie.

Drzwi się otworzyły.

Nina się wzdrygnęła.

Artem wrócił wcześniej.

I był z nim obcy zapach perfum.

— Nina, mamy gościa!

Jego głos był nienaturalnie wesoły.

Nina wyszła do korytarza.

Zamarła.

Obok niego stała Żanna.

Ta sama kobieta ze zdjęć.

Jego „wielka miłość”.

Żanna rozglądała się jak u siebie.

— Kto to jest? Twoja była?

— I wiesz, gdzie ją przyprowadziłeś?

Słowa padły same.

Artem skrzywił się.

— Nina, nie zaczynaj.

Żanna weszła do środka.

— Żanna ma problem.

Sprzedała mieszkanie.

Nie ma gdzie mieszkać.

Zostanie tu chwilę.

— Na mój koszt?

— zapytała Nina.

— To nasz dom!

— krzyknął Artem.

Żanna uśmiechnęła się złośliwie.

Widziała, że on chce pokazać, że tu rządzi.

— Nie zrobię sceny przy obcych,

— powiedziała Nina chłodno.

— Masz dziesięć minut, żeby wyjść.

— Jaka ty jesteś zła,

— powiedziała Żanna.

— Artem, chyba pójdę.

— Stój!

— krzyknął Artem.

— Nikt nigdzie nie idzie.

— Ona wyjdzie.

Albo ty wyjdziesz.

Uderzenie było niezdarne.

Artem nie był wojownikiem.

Jego dłoń uderzyła Ninę w twarz.

Żanna krzyknęła.

Nina nie upadła.

Złapała się futryny.

Podniosła głowę i spojrzała na niego.

W jej oczach nie było strachu.

Tylko chłód.

Jakby go oceniała.

Artem się przestraszył.

— Nina, to twoja wina!

— krzyknął.

— Sprowokowałaś mnie!

— Chciałem pomóc!

Nina milczała.

Dotknęła policzka.

Wzięła torebkę.

Założyła płaszcz.

I wyszła.

Drzwi zamknęły się cicho.

— Uspokoi się,

— powiedział Artem.

Żanna uśmiechnęła się nerwowo.

— Może przesadziłeś?

— Nie,

— mruknął.

Czekali.

Atmosfera była ciężka.

Drzwi się otworzyły.

Nina wróciła.

Nie zdjęła płaszcza.

Na twarzy miała siniak.

Podeszła do Żanny.

— Przyjrzyj się dobrze,

— powiedziała spokojnie.

— Tak on „kocha”.

— To czeka ciebie.

Żanna zamarła.

Zobaczyła prawdę.

— Ja… wychodzę,

— powiedziała.

— Siadaj!

— krzyknął Artem.

Żanna wybiegła.

Drzwi trzasnęły.

Artem został sam z Niną.

— Wszystko zniszczyłaś!

— krzyknął.

Nina podeszła bliżej.

I uderzyła go w twarz.

— Wynoś się,

— powiedziała cicho.

— To moje mieszkanie.

— Masz pięć minut.

— Zwariowałaś?

— Gdzie mam iść?

— Czas leci.

Artem wbiegł do pokoju i zatrzasnął drzwi.

Zaczął chodzić nerwowo.

Złość zamieniła się w panikę.

Chwycił telefon.

Chciał zadzwonić do znajomych.

Ale nie mógł.

— Nic się nie stanie,

— szepnął.

— Jutro kupię kwiaty.

Usłyszał Ninę rozmawiającą przez telefon.

— Oleg, przyjedź.

Zamarł.

Jej brat.

Artem się go bał.

Po pół godzinie zadzwonił dzwonek.

Słychać było ciężkie kroki.

— Artem, wyjdź,

— powiedział spokojnie Oleg.

— Nie wyjdę!

— krzyknął Artem.

— To mój dom!

— Policja już tu jest,

— ktoś się zaśmiał.

Drzwi zostały wyważone.

Weszli do środka.

Nie uderzyli go.

Podnieśli go jak dziecko.

Nie mógł się wyrwać.

W korytarzu stała Nina.

Nawet na niego nie spojrzała.

— Wynieście go,

— powiedziała.

— I wszystkie jego rzeczy.

Wynieśli go na zewnątrz.

Rzucili mu buty.

Posadzili go na ławce.

Noc była duszna.

Artem siedział na ławce.

Wokół niego układali jego rzeczy.

Telewizor.

Krzesło.

Kanapa.

Narzędzia.

Ubrania w workach.

Całe jego życie na chodniku.

Brat Niny przyniósł kluczyki do samochodu.

— Nie zbliżaj się więcej,

— powiedział.

Artem nie odpowiedział.

Został sam.

Przeszedł sąsiad.

— Wyrzucili cię?

— zaśmiał się.

Artem się zdenerwował.

— Idź stąd!

Czekał.

Myślał, że Nina wyjdzie.

Ale nie wyszła.

Zaczęło padać.

Rzeczy zaczęły się niszczyć.

Kanapa przemokła.

Telewizor się zepsuł.

Pudełka się rozpadły.

Rano było szare.

Artem drżał z zimna.

Sąsiad wrócił.

— Zabierz kanapę,

— powiedział Artem.

— Nie chcę,

— odpowiedział sąsiad.

Światło zapaliło się w mieszkaniu Niny.

Podjechał samochód.

W środku była Żanna.

— Dzięki, Tёma!

— powiedziała wesoło.

— To był tylko zakład.

— Miałam gdzie mieszkać.

— Chciałam tylko sprawdzić, czy mnie przyjmiesz.

Artem zamarł.

Samochód odjechał.

Został sam.

Bez niczego.

Oleg podszedł do niego.

Podał mu kopertę.

W środku był list.

To była notatka Artema.

— Wszystko załatwię z żoną.

— Jest głupia.

— Podzielimy mieszkanie.

Na dole było napisane czerwonym:

— Wiedziałam wszystko.

— Czekałam.

— Wczoraj podpisałeś swój wyrok.

Artem siedział w deszczu.

Zrozumiał wszystko.

Nie był panem sytuacji.

Był ofiarą.