Witalij z całej siły dokręcił nakrętkę, sprawdzając solidność konstrukcji.
Metalowa zawias wybrzuszał się jak brzydki narośl na białej, błyszczącej powierzchni kuchennej szafki.

Obok, na blacie, leżała potężna magazynowa kłódka i pęk kluczy.
— Wital, ty poważnie?
Lena stała w drzwiach, przyciskając do piersi półtorarocznego Tiomkę.
Dziecko patrzyło przestraszone na ojca, który od pół godziny hałasował narzędziami.
Mąż nawet się nie odwrócił.
Demonstracyjnie zatrzasnął pałąk kłódki, sprawdził, czy trzyma się mocno, i dopiero wtedy spojrzał na żonę.
W jego spojrzeniu było triumfalne zadowolenie, jak u dowódcy, który zdobył twierdzę.
— Jak najbardziej poważnie.
Mam już dość.
Ja pracuję, męczę się, a pieniądze uciekają jak woda.
Ty siedzisz na urlopie macierzyńskim, a wymagania masz jak królowa.
Raz potrzebujesz naturalnych jogurtów, raz ser nie taki.
Podszedł do stołu i rzucił Lenie jej kartę bankową, którą wcześniej trzymał u siebie „dla bezpieczeństwa”.
— Od teraz mamy oddzielny budżet.
Jedzenie kupuj sobie sama!
— oznajmił twardo.
— Rachunki za mieszkanie płacimy po połowie.
Na dziecko będę dawał stałą kwotę.
A swoje zachcianki opłacaj sama.
Zobaczymy, jak będziesz śpiewać, gdy dowiesz się, ile dziś kosztuje wszystko w sklepie.
Lena w milczeniu wzięła kartę.
W środku wszystko ścisnęło się z urazy.
Chciała powiedzieć, że jej zasiłek się kończy.
Że Tiomka potrzebuje zajęć rozwojowych.
Że ceny wzrosły dwukrotnie.
Ale spojrzała na zadowoloną twarz męża i zamilkła.
Witalij otworzył lodówkę i zaczął przekładać produkty.
Na górną półkę poleciała kiełbasa, słoik kawioru, kawałek pieczonej szynki i drogi ser.
— Tę półkę zostawiłem dla siebie.
Nie ruszać.
— ostrzegł, zamykając drzwi.
— Klucz od szafki z produktami mam tylko ja.
Kaszę i makaron kupisz sobie sama.
Tiomka zaczął popłakiwać, wyczuwając napięcie matki.
Lena mocniej przytuliła syna i cicho wyszła z kuchni.
Kłótnia nie miała sensu.
Witalij od dawna dawał do zrozumienia, że ona za dużo chce, siedząc w domu.
Najwyraźniej postanowił przejść od słów do „środków wychowawczych”.
Życie zamieniło się w dziwne współistnienie.
Wieczorami Witalij smażył mięso tylko dla siebie.
Zapach steków z czosnkiem i rozmarynem unosił się po mieszkaniu, drażniąc apetyt.
Siadał przy stole, nalewał sobie kieliszek napoju z pękatej butelki i demonstracyjnie delektował się kolacją.
— Mmm, wyszło świetnie, — mówił głośno, spoglądając na Lenę, która karmiła syna zwykłą kaszą.
— A ty czemu taka smutna?
Makaron nie wchodzi?
No cóż, wybacz, kto nie pracuje, ten je to, na co sam zarobił.
Lena milczała.
Nauczyła się gotować praktycznie z niczego.
Zestawy na zupę, ziemniaki, sezonowe warzywa.
Na siebie wydawała grosze, wszystko odkładała dla dziecka.
Najgorsze nie były jednak skromne kolacje.
Najgorsza była jego drobiazgowość.
Witalij zaczął zaznaczać markerem poziom oleju w butelce.
Przeliczał kapsułki do prania.
— Znowu prałaś moim proszkiem? — krzyczał, zaglądając do łazienki.
— Mówiłem, kupuj sobie własną chemię domową!
W połowie lutego Witalij wrócił do domu w dobrym humorze.
— Słuchaj, Lena.
Na dwudziestego trzeciego przyjdą koledzy.
Sławka z żoną i Dimon.
Będzie jakieś sześć osób.
Lena nie przerywała mycia naczyń.
Myła je zimną wodą, żeby oszczędzać licznik.
— I co z tego?
— Jak to co?
Święto!
Przygotuj stół.
W końcu jesteś gospodynią.
Zrób coś ładnego: sałatki, coś ciepłego, wędliny.
Żebym się przed ludźmi nie wstydził.
Pogrzebał w portfelu i rzucił na stół jeden banknot.
Niebieski.
Dwa tysiące rubli.
— Masz.
To na stół.
Delikatesy i napoje kupię sam, przecież nie jestem potworem.
A reszta jest po twojej stronie.
I doprowadź mieszkanie do porządku, żeby błyszczało.
Lena wytarła ręce ręcznikiem i wzięła banknot.
Dwa tysiące na stół dla sześciu osób.
Za te pieniądze można dziś kupić najwyżej chleb, sos i najtańszą kiełbasę.
— Igor, to nie wystarczy.
— Wykaz się wyobraźnią!
— zaśmiał się Witalij.
— Przecież teraz jesteś taka oszczędna.
No to pokaż klasę.
Ja idę spać.
Lena patrzyła na jego plecy.
W tej chwili ostatnia nitka, która trzymała ją w tym małżeństwie, z cichym dźwiękiem pękła.
Spojrzała na kłódkę na kuchennej szafce.
Na kreskę markera na butelce oleju.
I uśmiechnęła się.
Spokojnie i zdecydowanie.
23 lutego wypadł w piątek.
Witalij wyszedł do pracy wcześniej, już wyobrażając sobie wieczorny triumf.
Widział siebie siedzącego na czele stołu, przyjmującego gratulacje i chwalącego się tym, jak sprytnie „zorganizował” swoją żonę.
Gdy tylko drzwi za nim się zamknęły, Lena wybrała numer taksówki transportowej.
— Tak, można na dziesiątą rano.
Potrzebni będą też tragarze.
Działała szybko i zdecydowanie.
Najpierw spakowała rzeczy Tiomki.
Wózek, łóżeczko, stertę zabawek.
Potem swoje walizki.
Następnie przyszła kolej na sprzęt domowy.
Pralkę, którą kupiła za pieniądze z zasiłku macierzyńskiego.
Zmywarkę — prezent od jej rodziców na ślub.
Dobry mikrofalówkę, kupioną jeszcze przed małżeństwem.
Na wszystko Lena miała dokumenty.
Trzymała je w osobnej teczce
— nawyk, który został jej po pracy księgowej.
Tragarze w milczeniu wynosili sprzęt, pozostawiając w mieszkaniu puste miejsca.
Kuchnia od razu zaczęła wyglądać smutno i pusto.
Lena otworzyła lodówkę.
Na półkach przeznaczonych dla Witalija leżały produkty na święto: czerwone ryby, kawior, drogie sery i warzywa.
— Na poczet spłaty długu,
— wyszeptała.
Cała zawartość lodówki starannie trafiła do toreb termicznych.
Logika była prosta: jeśli budżet jest rozdzielny, to usługi kucharki, sprzątaczki i niani powinny być opłacone.
A skoro zleceniodawca nie płaci pieniędzmi, wykonawca bierze zapłatę w naturze.
O pierwszej po południu mieszkanie było już puste.
Została tylko kanapa Witalija, stół i ta sama szafka z kłódką.
Lena położyła na pustym kuchennym stole kopertę.
Na wierzchu przycisnęła ją tym samym banknotem dwóch tysięcy rubli.
Ubrała Tiomkę i jeszcze raz rozejrzała się po mieszkaniu.
Ani żalu, ani tęsknoty.
Tylko ogromna ulga, jakby zdjęła ciasne buty po długim dniu.
— Chodź, synku.
Tata chciał niezależności
— tata ją dostanie.
Witalij wrócił do domu o szóstej wieczorem.
Razem z nim do przedpokoju weszli goście
— Sława z żoną Mariną oraz kawaler Dima.
Wszyscy byli głośni, weseli i mieli ze sobą torby z prezentami.
— No, wszystkiego najlepszego z okazji Dnia Obrońcy Ojczyzny, gospodarzu!
— zagrzmiał Dima.
— Gdzie twoja gospodyni?
Czym nas poczęstujesz?
— Pewnie krząta się w kuchni,
— odpowiedział zadowolony z siebie Witalij, zdejmując kurtkę.
— Wchodźcie, umyjcie ręce!
Za chwilę nakryjemy do stołu!
Szerokim krokiem skierował się do kuchni, otworzył drzwi i zamarł.
Uśmiech powoli zniknął z jego twarzy.
Kuchnia przywitała ich pustką.
W miejscu pralki i zmywarki ziały ciemne wnęki z wystającymi wężami.
Na oknach nie było zasłon.
Stół stał zupełnie pusty.
— Wital, wy się przeprowadzacie?
— zapytała zdezorientowana Marina, wyglądając zza ramienia męża.
Witalij milczał.
Patrzył na lodówkę.
Szarpnął drzwiczki.
W środku było pusto i czysto jak w laboratorium.
Jedna samotna żarówka oświetlała nagie półki.
Zniknęło wszystko.
Absolutnie wszystko.
— Lena! — krzyknął, biegnąc do pokojów.
— Lena!
Cisza.
W sypialni nie było ani łóżeczka dziecka, ani rzeczy żony.
Na ich łóżku leżał tylko goły materac.
Pościel była jej, więc ją zabrała.
Wrócił do kuchni.
Goście stali w drzwiach, nie rozumiejąc, co się dzieje.
— Eee… stary, wygląda na to, że imprezy nie będzie?
— powiedział Dima, rozglądając się.
Marina podeszła do stołu.
— Tu jest dla ciebie list,
— powiedziała.
Witalij chwycił kopertę.
Ręce trzęsły mu się z oburzenia.
Rozerwał papier.
W środku znajdowała się złożona kartka A4 i starannie ułożony plik paragonów.
— Czytaj na głos,
— powiedziała nagle ostro Marina.
— My też chcemy wiedzieć, dokąd nas zaprosiłeś.
Witalij przełknął ślinę i przebiegł wzrokiem po tekście.
Litery tańczyły mu przed oczami.
— No? — ponaglił go Sława.
Witalij zaczął czytać, jąkając się:
— „Faktura nr 1 z dnia 23 lutego.
Zleceniodawca: Witalij K.
Wykonawca: Elena K.
Rodzaje usług za okres „oddzielnego budżetu” (6 miesięcy):
Usługi kucharki (śniadanie, kolacja, menu świąteczne).
Stawka: średnia rynkowa.
Usługi sprzątania (sprzątanie mieszkania, łazienki i kuchni).
4 razy w miesiącu.
Usługi niani (całodobowo, bez dni wolnych).
Zmiany nocne — podwójna stawka.
Wynajem sprzętu domowego (pralka, zmywarka, kuchenka mikrofalowa)
— własność wykonawcy.
Łączna kwota zadłużenia jest porównywalna z wartością twojego używanego Forda.
Ponieważ zapłata nie wpłynęła, w ramach spłaty długu zabrano produkty spożywcze oraz sprzęt domowy należący do wykonawcy.
Dwa tysiące rubli zwracam.
Kup sobie za nie urządzenie do zakręcania warg.
P.S. Wniosek o rozwód i alimenty został złożony w sądzie.
Oddzielny budżet wchodzi w pełną moc prawną.”
W kuchni zapadła dźwięcząca cisza.
Słychać było tylko krople wody spadające z kranu, z którego Lena odkręciła drogi filtr.
— No proszę…
— gwizdnął Dima.
— Co za żmija!
— krzyknął Witalij, ściskając list.
— Okradła mnie!
Wszystko wywiozła!
Nawet jedzenia nie zostawiła!
Ja do niej z całego serca, a ona…
— A to co jest? — głos Mariny zabrzmiał lodowato.
Wskazywała palcem na wiszącą szafkę.
Tam, na tle pustych wnęk, żałośnie i absurdalnie wisiała ogromna magazynowa kłódka.
Witalij poczerwieniał tak bardzo, że aż uszy zrobiły się purpurowe.
— To… no… umówiliśmy się… żeby było oszczędniej…
— Ty chowałeś jedzenie przed własną żoną?
Przed karmiącą matką?
— Marina patrzyła na niego z niechęcią.
— Sława, chodźmy stąd.
— Marina, poczekaj, może zamówimy chociaż pizzę,
— próbował załagodzić sytuację Sława.
— Powiedziałam
— chodźmy!
— ucięła żona.
— Z tym skąpcem nie usiądę przy jednym stole.
Nawet gdyby ten stół tu był.
Co za wstyd.
Odwróciła się i wyszła.
Sława bezradnie wzruszył ramionami i poszedł za nią.
Dima jeszcze chwilę postał, patrząc na kłódkę.
— No tak, Witalij…
Niezły z ciebie typ.
Trzymaj się.
Drzwi wejściowe trzasnęły.
Witalij został sam.
W brzuchu zdradziecko mu zaburczało
— od rana nic nie jadł, oszczędzał miejsce na steki i sałatki.
Usiadł na stołku.
Gniew powoli ustępował miejsca zimnemu, nieprzyjemnemu strachowi.
Sięgnął do kieszeni i wyjął klucz od swojego „sejfu”.
Drżącymi rękami otworzył kłódkę.
Na półce stała tylko paczka herbaty i otwarty słoik kawy rozpuszczalnej.
Nic więcej.
Ani jedzenia.
Ani rodziny.
Ani święta.
Telefon zapiszczał.
Przyszło powiadomienie z banku.
Witalij otworzył aplikację i zamarł.
Na ekranie świecił czerwony napis:
„Operacje na rachunkach zostały wstrzymane.
Postanowienie komornika.”
Lena nie tylko odeszła.
Ona się przygotowała.
Prawnik, z którym się konsultowała, zadziałał z wyprzedzeniem.
Alimenty na dziecko oraz na utrzymanie matki do trzeciego roku życia dziecka.
Witalij patrzył na kłódkę, która teraz strzegła pustki.
Chciał rzucić nią o ścianę, rozbić ją, zniszczyć.
Ale nie miał siły.
Siedział w kuchni w kurtce i słuchał ciszy.
Gdzieś za ścianą sąsiedzi śpiewali, brzęczały kieliszki i składano życzenia mężczyznom.
A on, „pan życia” i zwolennik oddzielnego budżetu, siedział przy pustym stole.
W to męskie święto dostał najdroższy prezent w swoim życiu
— lekcję.

Tylko że cena tej lekcji okazała się wyższa, niż był w stanie zapłacić.







