Lilia sprzątała w domu, kiedy Rusłan wrócił z pracy.

On od razu skierował się do kuchni i, ledwie się oglądając, rzucił ostro:

— Co ty tu rozlałaś? Spójrz, jaka brudna podłoga.

— Właśnie ją umyłam, — odpowiedziała spokojnie.

— No tak, widzę, jak „umyłaś”, — mruknął niezadowolony.

Z kwaśną miną Rusłan nałożył sobie kotlety, wziął talerz i poszedł do telewizora.

I nagle Lilia, jakby pękła, cicho, ale stanowczo powiedziała:

— Dość, nie mogę już tak dłużej…

Zaczęła pakować torbę, a Rusłan tylko patrzył na nią zdezorientowany, nie rozumiejąc, co się dzieje.

Lilia nie spała już trzecią dobę.

Dzień i noc zlewały się w jedno niekończące się zmęczenie.

Budziła się prawie co godzinę, podchodziła do łóżeczka syna, ledwo zdążyła się położyć — i znów wstawała.

Nad ranem trzeciej nocy siły ostatecznie ją opuściły i zasnęła tuż przy dziecięcym łóżeczku.

Obudził ją zirytowany głos męża:

— Lilia, co mam wziąć ze sobą do pracy? Gdzie nalać zupę?

Wstała ostrożnie, starając się nie obudzić Denisa.

Całe ciało zdrętwiało od niewygodnego snu.

Rusłan cicho zakpił, patrząc na jej niechlujny wygląd.

— Całą noc spędziłam przy dziecku! — nie wytrzymała.

— A ty mógłbyś chociaż zapytać, co u nas słychać.

— Albo wieczorem pomóc, zamiast siedzieć w swoich grach.

— Jestem zmęczony po pracy! — odpowiedział ostro.

— Czy w domu można choć trochę odpocząć?

— Śpij w dzień, przecież masz mnóstwo czasu.

— Jak mam spać?

— Muszę z nim spacerować, tobie gotować kolację!

— Przychodzisz — i od razu prosisz o jedzenie!

— Czy trudno ugotować ziemniaki i usmażyć parówki?

— Po co wszystko komplikować?

— Niech w ogóle rzucę pracę, będę ci pomagać.

— Tylko kto będzie płacił kredyt?

— Nawet zupy sam nie potrafisz sobie nalać!

— Musisz koniecznie mnie budzić!

— Dość, Lilia, starczy!

— Musisz koniecznie robić skandal?

— Pójdę bez jedzenia, jeśli to dla ciebie takie trudne.

Głośno trzasnął drzwiami i wyszedł.

Lilia poczuła się ciężko i dotkliwie, ale nawet łez nie było.

Powoli poszła do łazienki, spojrzała na siebie w lustrze: szara twarz, ciemne kręgi pod oczami, zaczerwienione oczy, niedbały koczek, pomięta piżama.

— Wyglądam na sto lat… — pomyślała z goryczą.

Usiadła na brzegu wanny, oparła rękę o umywalkę.

Myśli się plątały, ale narastały jak kula śnieżna.

„Jak do tego doszło? Byłam szczęśliwa, piękna… Rusłan mnie kochał, był czuły… Mieliśmy prawdziwą miłość. Dziecko było wyczekiwane. A teraz?.. I odejść nie mogę — Denis nie powinien dorastać bez ojca…”

Słysząc cichy dźwięk z pokoju, rzuciła się do syna.

Maluch uśmiechnął się przez sen.

— Ty mój kochany…

Trzeba było się umyć, zebrać i znów brać się za obowiązki.

Ale dzień minął jak jedna chwila: spacer, zakupy, troski.

Lilia położyła Denisa, ale ten od razu zaczął płakać.

Znowu wzięła go na ręce, położyła obok, karmiła, starając się nie zasnąć.

Kiedy dziecko zasnęło, cicho wstała i poszła przygotować kolację.

Bała się niepotrzebnie poruszyć, żeby nie obudzić syna, i szeptem rozmawiała sama ze sobą:

— Po co myśmy się przeprowadzili do tego miasta?

— Nikogo w pobliżu nie ma…

— A Rusłan stał się obcy…

Kiedyś marzyła, żeby z nim spacerować, śmiać się, żyć lekko.

A teraz nawet spokojnie pobyć samej nie mogła.

Szybko przetarła podłogę, włączyła pranie i postanowiła umyć głowę przed jego przyjściem.

Ale tylko namydliła włosy — dziecko zapłakało.

Jakoś spłukała szampon i pobiegła do syna, zostawiając za sobą mokre ślady.

W tym momencie przyszedł Rusłan.

Nie przywitawszy się, przeszedł do kuchni, nadepnął na wodę, zdjął mokre skarpetki i rzucił je na podłogę.

— Co ty tu rozlałaś?

— Spójrz, jaki brud.

— Właśnie przetarłam…

— Tak, widzę, po prostu wodą polałaś.

— I co, znowu ryż z kupnymi kotletami?

— Dlaczego sama nie gotujesz?

— Przepuść mięso — jutro będą domowe.

— A ty się w ogóle czym zajmujesz?

— Dom zaniedbałaś… i siebie też.

Wziął talerz i poszedł do telewizora.

Lilia stała milcząco, powstrzymując łzy.

Rusłan zjadł, zostawił brudne naczynia i poszedł do łazienki, nawet nie pomyślawszy, że żona jest głodna.

I nagle Lilia powiedziała:

— Dość.

— Nie mogę już tak dłużej.

— Ja i syn jedziemy do mamy.

Zaczęła zbierać rzeczy.

Rusłan stał i zdezorientowany patrzył — nie żartowała.

Sięgając po dokumenty, Lilia nagle gwałtownie przykucnęła, a potem osunęła się na podłogę.

Twarz jej pobladła.

Pogotowie zabrało ją do szpitala, zostawiając Rusłana samego z małym dzieckiem.

Najpierw zadzwonił do szefa, wziął wolne w pracy.

Potem, jako tako zbierając syna, wybrał się do całodobowej apteki.

Już w domu zderzył się z pierwszym problemem — wózek nie mieścił się w windzie.

Po długich próbach poddał się, zostawił go i poniósł dziecko na rękach.

Noc była ciężka.

Rusłan zasnął dopiero nad ranem, przespał zaledwie parę godzin i obudził się kompletnie rozbity.

Nakarmiwszy syna mieszanką, zadzwonił do żony.

Ołena Władimirowna, już w dojrzałym wieku, zrozumiała, że żyła niewłaściwie.

Całe życie oddawała rodzinie: wstawała wcześniej niż wszyscy, gotowała, biegała za zakupami, pracowała, a wieczorem znów zajmowała się domem.

Mąż nigdy nie pomagał ani przy dzieciach, ani w gospodarstwie.

Matka przekonywała ją, że tak powinno być:

— Mąż dobry — nie chodzi na boki, pieniądze przynosi.

— A że nie pomaga — to normalne.

Ale pewnego dnia Ołena trafiła do domu koleżanki.

Drzwi otworzył jej mąż w fartuchu, cicho poprosił, żeby nie hałasować:

— Ola późno przyszła, jeszcze śpi.

Obok stało dziecko, całe w kaszy, i radośnie powiedziało:

— Tata nam naleśniki smaży!

Ołena była wstrząśnięta.

Nagle zrozumiała: nie wszystkie kobiety mają taki los.

Są takie, które kochają i pielęgnują.

Tego samego dnia wypłaciła pieniądze, wzięła urlop i wyjechała do sanatorium.

Najpierw mąż dzwonił z groźbami, potem — z prośbami o powrót.

Kiedy wróciła, powitano ją kwiatami, w czystym domu i z gorącą kolacją.

— Wybacz mi, — powiedział mąż.

W szpitalu Ołena Władimirowna, porozmawiawszy z Lilią, od razu zrozumiała — to silne przemęczenie.

Zobaczyła w niej siebie w młodości i postanowiła pomóc.

— Zostajesz tu na dziesięć dni.

— Niech mąż weźmie urlop.

— On sobie nie poradzi…

— Poradzi sobie.

— Nie doceniasz go.

Rusłan rzeczywiście radził sobie z trudem.

Dom zamienił się w chaos, nie wysypiał się, męczył się, czasem nawet płakał.

Siedząc w nocy z synem na rękach, szeptał:

— Nie myślałem, że to takie trudne…

— Wybacz mi, synku…

— Skrzywdziłem mamę…

Stopniowo zaczął rozumieć, przez co przechodziła Lilia każdego dnia.

W noc przed jej powrotem on i syn po raz pierwszy przespali do rana.

Minął miesiąc.

Rusłan śpieszył się do domu z pracy — nie z przyzwyczajenia, ale dlatego, że tęsknił.

Wiedział: w domu na niego czekają.

Czystość, przygotowane jedzenie, ale przede wszystkim — uśmiech żony.

Szczęśliwa, spokojna i kochana Lilia.