Aleksiej i Wiera poznali się na urodzinach wspólnego znajomego.
On miał dwadzieścia siedem lat,

ona dwadzieścia pięć.
Od razu zwrócił uwagę na jej spokojną pewność siebie,
Wiera nie próbowała udawać kogoś innego,
mówiła to, co myślała,
i śmiała się tak zaraźliwie,
że nawet kelnerzy się odwracali.
Aleksiej dorastał w rodzinie właściciela dużej firmy budowlanej,
Wiera — w małej wsi,
gdzie jej matka pracowała jako felczer,
a siostra była sprzedawczynią w lokalnym sklepie.
— Wyobraź sobie tylko, co powiedzą moi rodzice,
— uśmiechnął się Aleksiej,
gdy trzy miesiące później omawiali ślub.
— Mama marzyła o lwicy salonowej,
a ja przyprowadzam dziewczynę,
która potrafi wbić gwóźdź i naprawić kran.
— Czyli na pewno mnie nie polubią,
— spokojnie powiedziała Wiera.
— I co wtedy?
— To będzie ich problem.
Jestem już dorosły.
Ale przed pierwszym spotkaniem z jego rodzicami Wiera i tak się martwiła.
Pod koniec sierpnia wybrała elegancką, piaskową sukienkę,
zrobiła delikatny makijaż,
kupiła bukiet piwonii,
ale teściowa nawet nie wstawiła ich do wazonu.
Olga Wiktorowna przywitała ich w progu,
spoglądając na Wierę tak,
jakby przed nią była pustka.
— Kochanie, jesteś pewna, że ten kolor ci pasuje?
— zapytała,
nawet się nie witając.
— Sprawia, że wyglądasz jakoś… blado.
Chociaż może to nie kolor,
to po prostu zmęczenie pracą.
Ty pracujesz, prawda?
W fabryce, jak sądzę?
— W produkcji,
— odpowiedziała spokojnie Wiera.
— Ekonomistka.
— Ach tak, ekonomistka,
— Olga Wiktorowna spojrzała znacząco na męża.
— No dobrze, skoro już przyszliście, to wejdźcie.
Aleksiej ścisnął dłoń Wiery tak mocno,
że aż zbielały jej palce.
Chciał coś powiedzieć,
ale ona pokręciła głową:
nie teraz.
Ojciec, Wiktor Pawłowicz, był powściągliwy, uścisnął dłoń syna, skinął głową Wierze i od razu przeszedł do rzeczy.
— Ślub to nie tylko uroczystość, ale i wydarzenie biznesowe, przygotowałem listę: Morozow, Bieriozkin i Kniaźiew.
Z ich strony, jak rozumiem, będą… krewni z regionu?
— Ze wsi,
— poprawiła Wiera.
— Mama i siostra.
Teściowa teatralnie przycisnęła rękę do piersi.
— Ze wsi? No cóż, miejmy nadzieję, że przy stole nie zaczną opowiadać, jak się prawidłowo doi krowę.
— Mamo,
— głos Aleksieja stał się lodowaty.
— Jeszcze jedno słowo i ślubu nie będzie.
Dosłownie.
Olga Wiktorowna obrażona zamilkła,
ale przez cały wieczór rzucała Wierze spojrzenia pełne pogardy.
Kiedy Wiera poszła pomóc w kuchni, teściowa ją zatrzymała.
— Nie trzeba, kochanie, zrobi to służba.
Chociaż ty pewnie jesteś do tego przyzwyczajona.
Ślub mimo wszystko się odbył, był wystawny, drogi, z setkami gości.
Wiera czuła się jak ozdoba, teściowa osobiście wybrała jej suknię, zmieniła listę gości i usunęła z menu proste dania, które chciała zobaczyć matka Wiery.
Nowożeńcy nie sprzeciwiali się, mieli nadzieję, że po uroczystości zacznie się ich własne życie.
Obiecane przez Wiktora Pawłowicza osobne mieszkanie trzeba było odłożyć.
— Synu, to nie jest najlepszy moment,
— rozłożył ręce ojciec tydzień po ślubie.
— Partnerzy zawiedli, kredyty… zamieszkajcie na razie z nami, a potem zobaczymy.
Aleksiej zacisnął zęby, ale się zgodził.
Wiera zamilkła, choć w środku wszystko się w niej ściskało, bo już wiedziała, co oznacza życie pod jednym dachem z Olgą Wiktorowną.
W domu rodziców Aleksieja wcześniej była służąca,
ale z powodu problemów finansowych ojca trzeba było z niej zrezygnować,
najpierw zwolniono kierowcę,
potem odeszła sama służąca.
Dlatego teraz obowiązki domowe naprawdę spadły na domowników.
Wiera szczerze chciała ułatwić życie teściowej i zaproponowała swoją pomoc.
Zaparzyła kawę według przepisu Olgi Wiktorowny,
ta wylała ją do zlewu, mówiąc, że jest „przypalona”.
Wiera odkurzyła salon,
usłyszała: „Nie widzisz, że zostały smugi?”
Mimo to nadal pomagała,
i wkrótce pomoc stała się obowiązkiem.
— Wiera, kochana,
w sypialni Wiktora Pawłowicza jest kurz,
przejdź proszę.
— Wiera,
wieczorem będą goście,
przygotuj coś z ryby,
nie, nie to,
mówiłam ci — tylko dorada.
— Wiera,
dlaczego nie podlałaś storczyków,
opuściły już liście,
czy ty nie masz oczu?
Aleksiej zaczął coraz częściej zostawać w pracy do późna,
najpierw do ósmej,
potem do dziesiątej.
Tłumaczył się problemami w biznesie,
ale Wiera nie wiedziała, co myśleć,
czy trudności są naprawdę poważne,
czy on po prostu unika domu.
Czuła się samotna i przygnębiona.
Chciała się poskarżyć,
ale bała się wyjść na słabą.
Minęły prawie trzy miesiące.
Był grudzień,
za oknami wcześnie robiło się ciemno.
Pewnego wieczoru,
kiedy Wiera przygotowywała kolację dla ośmiu osób na czwartą,
Olga Wiktorowna weszła do kuchni,
spojrzała krytycznie na jej przekrzywiony fartuch
i powiedziała:
— Wiesz, kochanie,
ostrzegałam cię.
Nie jesteś z naszego kręgu.
Ale skoro już tak wyszło,
to przynajmniej naucz się robić wszystko perfekcyjnie.
Bo inaczej wstyd przed gośćmi.
Wiera milczała, krojąc warzywa.
Jej palce drżały.
— Słyszysz mnie?
— teściowa podniosła głos.
— Czy jesteś jeszcze do tego głucha?
— Słyszę wszystko,
— odpowiedziała cicho Wiera, nie odwracając się.
— I robię wszystko, o co pani prosi.
Ale pani nigdy nie mówi „dziękuję”, prawda?
— Dziękuję?
— Olga Wiktorowna roześmiała się.
— Za co?
To twój obowiązek.
Mieszkasz w moim domu,
jesz moje jedzenie.
A tak przy okazji o jedzeniu:
sałatka jest przesolona.
Wiera odłożyła nóż,
powoli zdjęła fartuch,
starannie powiesiła go na oparciu krzesła
i wyszła z kuchni.
W salonie zbierali się goście,
Wiktor Pawłowicz nalewał whisky starszemu Morozowowi,
omawiając jakieś kontrakty.
Aleksiej stał przy oknie z kieliszkiem,
udając, że go tam nie ma.
— Alosza,
— Wiera podeszła do męża.
— Muszę z tobą porozmawiać.
Na osobności.
— Później, Wier,
— odsunął się.
— Widzisz, ludzie.
— Później może być za późno.
Nie krzyczała,
ale w jej głosie było tyle stali,
że Aleksiej zadrżał.
Zaprowadził ją do pustej sypialni.
— Już nie mogę tak dalej,
— westchnęła Wiera.
— Twoja matka…
ona mnie poniża każdego dnia.
A ciebie nie ma.
Wychodzisz rano,
wracasz, kiedy już śpię.
Jestem sama w tym piekle.
— Pracuję,
— powiedział zmęczony Aleksiej.
— Próbuję zarobić na nasze życie.
— Ty się po prostu chowasz!
— po raz pierwszy jej głos przeszedł w krzyk.
— Boisz się z nią kłócić!
Bojisz się, że ojciec zostawi cię bez spadku!
— Przestań,
— oczy Aleksieja pociemniały.
— Nie rozumiesz, co się dzieje.
— A co się dzieje?
— zrobiła krok w jego stronę.
— Powiedz mi.
Jestem twoją żoną.
Zamilkł,
potem westchnął.
— Ojciec jest winien Morozowowi dużą sumę.
Jeśli nie oddamy pieniędzy,
może stracić wszystko.
Dlatego jeżdżę z tymi kontraktami,
próbuję…
jak tylko mogę.
Ale matka nie chce nic zmieniać.
Wymaga zachowania statusu,
a sama wydaje pieniądze na salony i ubrania.
Jestem między młotem a kowadłem.
Wiera spojrzała na niego
i zobaczyła nie tylko zmęczonego męża,
zobaczyła chłopca,
który całe życie próbował spełniać czyjeś oczekiwania.
— W takim razie wyjedziemy,
— powiedziała stanowczo.
— Nic od nich nie potrzebujemy.
Wynajmiemy mieszkanie,
ja znajdę pracę,
ty znajdziesz normalną pracę bez tych intryg.
— Nie rozumiesz…
— Ty nie rozumiesz!
— złapała go za ramiona.
— Nie chcę, żebyś stał się taki jak oni.
I nie chcę być ich służącą.
Jestem twoją żoną,
a nie pokojówką.
W tym momencie drzwi się otworzyły.
W progu stała Olga Wiktorowna.
W ręku trzymała fartuch,
który Wiera zostawiła w kuchni.
— A więc tutaj jesteście,
— powiedziała lodowatym tonem.
— Goście czekają.
A twoja praca, Wiero, nie jest skończona.
Kolacja nie jest podana,
a ty robisz sceny.
— Już nic nie będę podawać,
— Wiera odwróciła się do teściowej.
— I w ogóle radźcie sobie sami.
Znajdźcie sobie inną dziewczynę do pracy.
— Co?
— Olga Wiktorowna zbladła ze złości.
— Jak ty się do mnie odzywasz?
— Tak, jak pani na to zasłużyła,
— odcięła Wiera.
— Od prawie trzech miesięcy mnie pani poniża.
Znosiłam to dla Aloszy.
Ale to koniec.
Teściowa spojrzała na syna.
— Pozwolisz jej tak się zachowywać wobec mnie?
Aleksiej spojrzał na matkę,
potem na żonę.
Coś w nim pękło.
Nagle wyraźnie zobaczył,
jak matka poniża Wierę,
jak ona w milczeniu znosi obelgi,
jak on sam ucieka w pracę,
boi się zareagować.
— Wiera ma rację,
— powiedział cicho.
— Wyjeżdżamy.
— Co?
— Olga Wiktorowna aż cofnęła się.
— Oszalałeś!
Dokąd pójdziecie?
Nie macie nic!
— Znajdziemy,
— Aleksiej wziął Wierę za rękę.
— Mam dość tych gier.
I ojcowskich długów,
i twoich salonów,
i tego fałszywego świata.
Wiktor Pawłowicz,
słysząc hałas,
pojawił się w korytarzu.
— Co się dzieje?
— Twój syn chce opuścić dom,
— powiedziała Olga Wiktorowna.
— Przez nią.
Wiktor Pawłowicz spojrzał ostro na Wierę.
— Wiero,
czy zdajesz sobie sprawę,
że jeśli teraz wyjdziecie,
nie dam wam ani grosza?
Ani mieszkania,
ani pomocy w biznesie.
Aleksiej zostanie bez niczego.
— Nie prosimy o wasze pieniądze,
— Wiera wyprostowała się.
— Proszę tylko o jedno:
przestańcie używać mojego męża jak pionka.
— To jest moja żona,
— powiedział Aleksiej cicho,
ale stanowczo,
ściskając mocniej jej dłoń.
— Ona jest moją rodziną.
Wy wybraliście między nami,
a teraz wybór został dokonany.
Odeszli tej samej nocy.
Wynajęli małe dwupokojowe mieszkanie na obrzeżach,
kupili najtańsze meble przez internet.
Wiera zatrudniła się w firmie handlowej,
Aleksiej znalazł pracę w innej firmie budowlanej,
gdzie nikt nie znał jego nazwiska.
Pierwsze tygodnie były trudne.
Uczyli się żyć razem,
bez służby,
bez cudzych pieniędzy.
Kłócili się o budżet,
a godzili się w kuchni przy herbacie.
Ale po raz pierwszy od dawna
Wiera zasypiała i budziła się z uśmiechem.
Trzy miesiące później,
na początku wiosny,
Aleksiej zadzwonił do ojca.
Nie prosić,
ale powiedzieć:
radzi sobie.
Wiktor Pawłowicz długo milczał,
a potem powiedział:
— Przyjedźcie w niedzielę.
Matka…
trochę się zmieniła.
— Pomyślimy,
— odpowiedział Aleksiej
i spojrzał na Wierę.
Pokręciła głową.
— Jeszcze nie,
— szepnęła.
— Najpierw niech udowodnią,
że widzą w tobie syna,
a nie sposób na rozwiązanie swoich problemów.
On skinął głową.
A Wiera wzięła go za rękę
i zaprowadziła do kuchni na kolację.
Ich własnej,
ciasnej,
ale prawdziwie ich kuchni,
gdzie nie było miejsca na fałsz,
intrygi
i zimne spojrzenia innych ludzi.
Jak się okazało,
szczęście nie mierzy się metrami kwadratowymi.
I nie mierzy się rodzinną zastawą.
Masz prawo powiedzieć „nie”
tym,
którzy traktują cię jak służącą.
I mieć obok siebie kogoś,
kto powie to razem z tobą.







