Mąż trzasnął drzwiami, mówiąc: „Zatęsknij za mną bez mnie!”. Wrócił — i zrozumiał, że przesadził…

Roma odchodził efektownie.

Tak odchodzą tylko koty,

 

które wyrzucono z kuchni za kradzież kiełbasy:

z poczuciem własnej wielkości i z wysoko uniesionym ogonem.

Trzasnął drzwiami wejściowymi.

W ciszy korytarza echem zawisło jego pożegnalne zdanie,

rzucone przez ramię z intonacją cesarza:
— Zatęsknij za mną bez mnie!

Zrozum, kogo straciłaś!

Stałam pośrodku przedpokoju z chochlą w ręku jak Statua Wolności,

tylko że zamiast pochodni trzymałam narzędzie kuchennego proletariatu.
Zatęsknić?
Och, Roma, nawet nie wyobrażasz sobie,

jak planuję tęsknić.
Planuję tęsknić z kieliszkiem wytrawnego czerwonego wina,

w ciszy, której nie przerywa dźwięk telewizora ani twoje wymagające:

„Ir, gdzie są moje czyste skarpetki?”.

Powód naszego dramatu był stary jak świat i banalny.

Romie zachciało się wolności.

W jego rozumieniu „wolność” to święte prawo mężczyzny do spędzania weekendów z kolegami,

dyskutując o globalnej geopolityce i o specyfice suszonej ryby, podczas gdy żona

— to domowe zwierzę z funkcją sprzątania — powinna zapewniać przytulność, krochmalić prześcieradła i lepić pielmieni.

Wszystko zaczęło się w piątkowy wieczór.

Roma, rozwalony na kanapie w pozie rozgwiazdy wyrzuconej na brzeg przez życiowe przeciwności, oznajmił:

— Irka, w przyszłym tygodniu Paweł ma urodziny.

Jedziemy z chłopakami na działkę.

Z noclegiem.

A ty posprzątaj,

umyj okna, bo aż niedobrze patrzeć.

I jeszcze kup wcześniej mięso i przygotuj mi kotlety na drogę dla kolegów.

Powoli opuściłam książkę.
— Roma

— powiedziałam głosem, w którym brzmiała stal hartowana latami małżeństwa.

— Mieliśmy jechać do sklepu budowlanego wybrać płytki.

Sam przez pół roku narzekałeś,

że w łazience odpadają kafelki.

Zapomniałeś?

Roma przewrócił oczami tak głęboko,

że bałam się, że zobaczy własny mózg.
— Dusisz mnie!

— zawył, zrywając się na nogi.
— Jestem mężczyzną czy kim?

Mam prawo do własnej przestrzeni!

Duszę się w tej codzienności!

— Dusisz się nie od codzienności,

tylko od własnego lenistwa — odparłam spokojnie, wkładając zakładkę do książki.
— A płytki chyba będę kłaść ja?

Czy może same się przykleją siłą twojej charyzmy?
Roma nabrał powietrza w płuca,

żeby wygłosić tyradę godną Cycerona, ale zamiast tego powiedział coś o „babskiej jamie” i „niewdzięczności”.

— Wszystko!
Mam dość!

— warknął.
— Jadę do mamy!
Tam mnie doceniają!
Tam mnie kochają!
A ty…

Ty siedź tutaj i zastanów się nad swoim zachowaniem.
Zaczął biegać po mieszkaniu, zbierając rzeczy.

Pakowanie wyglądało komicznie: do sportowej torby poleciała jedna skarpetka,

konsola do gier, słoik ulubionej kawy i moja szczotka do włosów (najwyraźniej w panice je pomylił).

— Uważaj tylko, żebyś się nie przepracował przy maminych pierożkach

— prychnęłam.

— Diana Jurjewna to kobieta surowych zasad.

— Mama to święta kobieta!

— patetycznie zawołał Roma, naciągając trampki bez łyżki i zgniatając zapiętki.

— Nie to co ty.

I wyszedł.

Zapadła błogosławiona cisza.

Nalałam sobie wina, włączyłam serial,

który Roma nazywał „słodkimi bzdurami”, i zamówiłam pizzę z ananasem

— tę samą, której nienawidził.

Wieczór zapowiadał się przyjemnie.

Roma jechał do mamy, wyobrażając sobie, jak go przyjmie.

W jego wyobraźni Diana Jurjewna miała stać w progu z chlebem,

litować się nad nim, głaskać go po przerzedzającej się czuprynie i przeklinać synową-żmiję.

Ale rzeczywistość, jak wiadomo,

ma zwyczaj uderzać łopatą w twarz w najbardziej nieoczekiwanym momencie.

Diana Jurjewna, kobieta postawna i władcza,

przywitała syna w wałkach na głowie i z ciśnieniomierzem w ręku.

— Przyszedłeś? — burknęła zamiast „dzień dobry”,

wpuszczając syna do mieszkania pachnącego korwalolem i starym kurzem.

— A ja się zastanawiałam, kto dzwoni.

— Mam ciśnienie sto osiemdziesiąt na sto, a on dzwoni.

— Po co przyszedłeś?

— Pokłóciłeś się z Irką?

— Mamo, ja tak… pomieszkać.

Na chwilę — wymamrotał Roma, czując,

jak obraz dumnego orła kurczy się do rozmiarów mokrego wróbla.

— Ona mnie nie rozumie.

— Nikt cię nie rozumie — westchnęła teściowa.

— Zdejmuj buty, nie depcz.

— I od razu wynieś śmieci.

— Nie wolno mi się schylać, naczynia krwionośne.

Roma osłupiał.

— Mamo, dopiero przyszedłem…

— Jestem zmęczony, stres…

Diana Jurjewna spojrzała na niego ponad okularami jak snajper przez celownik.

— Stres on ma.

— Stres to jest, kiedy emerytura się spóźnia.

— A ty masz głupoty w głowie.

— Wiadro jest w korytarzu.

— I potem skocz po chleb.

— Borodinski.

Pierwsze dwa dni minęły jak w piekle.

Okazało się, że „święta kobieta” w życiu codziennym była despotą na poziomie średniowiecznego feudała.

O siódmej rano Romę budził nie zapach naleśników,

lecz huk garnków i krzyk:

— Roman!

— Wstawaj!

— Trzeba poprawić firankę, od trzech lat wisi krzywo!

W południe próbował położyć się z telefonem,

ale natychmiast dostawał do ręki szmatkę.

— Przetrzyj żyrandol,

bo kręci mi się w głowie, kiedy wchodzę na drabinę.

Wieczorem miał nadzieję pograć na konsoli, którą dumnie zabrał z domu.

Ale stary telewizor matki nie miał odpowiedniego złącza.

A sama Diana Jurjewna oglądała bez końca talk-show o testach DNA.

— Mamo, mogę przełączyć?

— Tam jest mecz…
— zapytał nieśmiało Roma trzeciego dnia.

Teściowa odwróciła się do niego całym ciałem,

jak obracający się pancernik.

— Mecz?

— Matka ma zaraz kryzys nadciśnieniowy, a jemu w głowie piłka?

— Egoista!

— Cały w ojca nieboszczyka!

— Tamten też myślał tylko o sobie,

dopóki nie umarł na złość mnie!

— Mamo, tata zmarł na zawał…

— Ze złośliwości umarł!

— ucięła Diana Jurjewna.

— Lepiej posmaruj mi nogi maścią, tak mnie łamią, że nie ma ratunku.

Roma z tęsknotą wspomniał nasze mieszkanie.

Przypomniał sobie, jak w milczeniu stawiałam przed nim kolację.

Jak mógł grać w swoje „Czołgi” do trzeciej w nocy i nikt nie kazał mu wcierać w plecy śmierdzącej terpentyną mazi.

Spróbował zbuntować się czwartego dnia.

— Mamo, jestem dorosłym człowiekiem!

— Chcę odpocząć!

Diana Jurjewna westchnęła i złapała się za serce.

— Odpocząć?

— Od czego?

— Od lenistwa?

— Żona cię wygoniła, bo jesteś leń!

— I ja też cię wygonię!

— Ja potrzebuję pomocnika, a nie lokatora z pretensjami!

— Spójrz na siebie

— brzuch sobie wyhodowałeś,

twarz jak tłusta naleśnikowa patelnia.

— Komu jesteś potrzebny oprócz matki?

— A i matce, szczerze mówiąc, jesteś ciężarem.

To był cios poniżej pasa.

Roma zrozumiał,

że jego wychwalane „zaplecze” okazało się polem minowym.

Ja tymczasem cieszyłam się życiem.

Okazało się, że bez męża w mieszkaniu robi się trzy razy czyściej,

a jedzenie w lodówce nie znika z mistyczną prędkością.

Zadzwoniła moja mama,

Walentyna Michajłowna.

— No i co, córciu,

wrócił twój zdobywca?

— Nie, mamo.

— Rozkoszuje się matczyną miłością.

— Oj, coś czuję,

że Diana urządzi mu tam prawdziwy kurs młodego żołnierza — roześmiała się mama.

— Słuchaj, Iro.

— A może zrobimy jedną rzecz.

— Wpadł mi do głowy pomysł.

— Przecież i tak miałaś jechać na urlop za tydzień, prawda?

— No tak…

— To przeprowadź się do mnie wcześniej.

— A mieszkanie…

— Posłuchaj.

Plan mamy był genialny w swojej przebiegłości.

Roma załamał się piątego dnia.

Ostatnią kroplą było polecenie matki,

żeby przebrał trzy worki starej kaszy gryczanej, bo „chyba zalęgły się tam robaki”.

Zrozumiał: nie miał racji.

Ira nie była tyranem.

Ira była aniołem stróżem,

który chronił go przed surową rzeczywistością w postaci Diany Jurjewny.

Spakował torbę (teraz była w niej także maść na korzonki,

którą matka wcisnęła mu na siłę) i wezwał taksówkę.

W jego głowie już rozbrzmiewała uroczysta muzyka pojednania.

Powie: „Wybaczyłem ci, kochanie.

Wróciłem”.

I ja oczywiście rozpłaczę się ze szczęścia.

Otworzył drzwi swoim kluczem, oczekując zapachu barszczu.

W mieszkaniu było ciemno i cicho.

Dziwnie cicho.

Roma wszedł do salonu.

Pusto.

Do kuchni.

Pusto.

Na stole nie było kolacji.

Na wieszaku nie było mojej kurtki.

W łazience zniknęły wszystkie moje słoiczki i tubki,

nawet to lustro z podświetleniem, którego tak nienawidził.

Ale najgorsze

— zniknął ekspres do kawy.

Mój ulubiony, drogi ekspres do kawy, który kupiłam za swoją premię.

Roma wybrał mój numer.

Sygnały były długie, jakby telefon zastanawiał się,

czy w ogóle warto łączyć z abonentem o tak niskim poziomie intelektualnym.

— Halo? — mój głos brzmiał rześko, a gdzieś w tle grała muzyka.

— Ira?

— Gdzie jesteś?

— Jestem w domu!

— oburzony wydyszał Roma.

— Wróciłem, a ciebie nie ma!

— I nie ma co jeść!

— I… gdzie jest ekspres do kawy?!

— Och, Romoczku

— zaśpiewałam.

— Postanowiłam posłuchać twojej rady.

— Jakiej rady?

— zdumiał się.

— Przecież powiedziałeś: „Zatęsknij za mną bez mnie”.

— No więc zrozumiałam, że tęsknienie samotnie w czterech ścianach jest nieproduktywne.

— Wyjechałam do mamy.

— Na czas nieokreślony.

— Do jakiej mamy?

— Po co?!

— Romie zaczęło drgać oko.

— Wracaj natychmiast!

— Jestem głodny!

— Roma, przecież jesteś wolnym orłem

— przypomniałam ironicznie.

— Orły nie proszą o proso.

— One polują.

— Więc poluj.

— W lodówce chyba została połowa cebuli i ketchup.

— Ty się ze mnie naśmiewasz?!

— zapiszczał.

— Nie mogę tu być sam!

— Nie umiem prać w tej nowej pralce!

— I nie mam samochodu, żeby pojechać do sklepu!

— Ach tak, samochód

— przeciągnęłam słodko.

— Mój samochód, Roma.

— Zabrałam go.

— Bardziej mi się przyda.

— Mama i ja jedziemy do sanatorium.

— Do jakiego sanatorium?!

— A ja?!

— A ty jesteś dorosłym, samodzielnym mężczyzną, który domagał się własnej przestrzeni.

— Ciesz się nią.

— Całe mieszkanie jest do twojej dyspozycji.

— Nikt nie marudzi.

— Nikt nie zmusza cię do jechania po płytki.

— Pięknie!

— Ira, to zdrada! — wrzasnął.

— Jeśli natychmiast nie wrócisz, ja… ja…

— Co ty?

— Znowu pojedziesz do mamy?

— roześmiałam się.

— A propos, Diana Jurjewna dzwoniła do mnie pół godziny temu.

— Powiedziała, że uciekłeś, nie domywając okien.

— Bardzo się złościła.

— Powiedziała, że przyjedzie sprawdzić, jak się urządziłeś.

— I przywiezie te trzy worki gryki.

— Czekaj na gości, kochanie.

Roma wyobraził sobie, jak mama dzwoni do drzwi.

Jak wchodzi.

Widząc pustą lodówkę.

Kurz (którego specjalnie nie wytarłam przed wyjazdem).

I jego — bezradnego.

— Ira… — jego głos zadrżał i stał się cienki jak pisk komara.

— Irusia… proszę.

— Chcesz, wybiorę sam płytki?

— Chcesz, ja… ja nawet nie pojadę do Pawła na działkę?

— Za późno, Roma.

— Pociąg już odjechał i wiezie mnie do hotelu spa.

— Klucze do skrzynki pocztowej są na szafce.

— Tam są rachunki za media.

— Zapłać je, bądź tak dobry.

— W końcu jesteś teraz głową domu.

Rozłączyłam się.

Roma stał pośrodku pustej kuchni.

Jego żołądek zdradziecko burczał, domagając się ofiary.

Rozległ się dzwonek do drzwi.

Natarczywy, wymagający.

Jeden długi i trzy krótkie dzwonki.

Tak dzwoniła tylko Diana Jurjewna.

Roma spojrzał na drzwi jak królik na boa.

Zrozumiał, że pułapki się zatrzasnęły.

Wolność okazała się nie słodkim wiatrem wędrówki,

lecz przeciągiem w pustym mieszkaniu,

gdzie czeka na ciebie tylko zła mama i niezapłacony rachunek za internet.

Ruszył otworzyć drzwi, szurając nogami jak starzec.

A ja wcisnęłam pedał gazu w mojej „jaskółce”,

czując, jak wiatr z otwartego okna wywiewa z głowy ostatnie resztki poczucia winy.

Obok siedziała mama i zadowolona uśmiechała się, rozkładając mapę sanatorium.

Czasami, żeby mężczyzna zrozumiał wartość domowego ciepła,

trzeba zostawić go sam na sam z zimnem, głodem i jego własną matką.

I to, dziewczyny, działa lepiej niż jakikolwiek psycholog.