Galia usłyszała własny głos jakby z boku — wysoki, łamiący się, niemal obcy.
— Wynocha.Oboje.Natychmiast.

Misza patrzył na nią tak, jakby nagle zaczęła mówić w nieznanym języku.
Ola, stojąca nieco za bratem, skrzyżowała ręce na piersi i uniosła brew — gest, którego Galia zdążyła znienawidzić przez ostatnie trzy tygodnie.
Właśnie tak Ola reagowała na każdą uwagę: powoli i demonstracyjnie unosiła lewą brew i milczała, jakby samo jej milczenie było wyczerpującą i miażdżącą odpowiedzią.
— Mówisz poważnie? — zapytał Misza.
— Jak najbardziej.
Dłoń Galii trzymała już jego kurtkę zdjętą z wieszaka.
Podała ją mężowi, a w tym geście było tyle stanowczości, że Misza automatycznie ją wziął, zanim zdążył zrozumieć, co właściwie się dzieje.
— Galia, poczekaj.
Porozmawiajmy.
— Właśnie porozmawialiśmy.
Powiedziałeś już wszystko.
Otworzyła drzwi.
Na klatce schodowej pachniało rozgrzanym betonem.
Ola wyszła pierwsza — wciąż z uniesioną brwią, nawet nie patrząc na Galię.
Misza zatrzymał się w progu.
— Nie możesz tak po prostu…
— Mogę — powiedziała Galia.
— A jeśli będziecie chcieli wrócić, dzwońcie po dzielnicowego.
Więcej nie otworzę.
Zamknęła drzwi.
Zamek kliknął.
Galia powoli osunęła się plecami po drzwiach na podłogę, objęła kolana ramionami i utkwiła wzrok w kuchni, gdzie na kuchence wciąż stał garnek z zupą, którą gotowała, zanim to wszystko się zaczęło.
Trzy tygodnie wcześniej Misza zadzwonił do niej z pracy i powiedział, że Ola się rozwodzi.
Galia wiedziała o tym rozwodzie — razem z mężem omawiali wiadomość, że małżeństwo jego siostry rozpada się w szwach.
Wiedziała, że mąż Oli okazał się, delikatnie mówiąc, nieudanym człowiekiem.
Wiedziała, że Oli trzeba współczuć.
Dlatego kiedy Misza powiedział: „Przeprowadza się do naszego miasta i na razie nie ma gdzie mieszkać”, Galia odpowiedziała:
— Oczywiście, niech zamieszka u nas.
Powiedziała to zupełnie szczerze.
Nawet przez myśl jej nie przeszło, że słowa „niech zamieszka” trzy tygodnie później staną się największym źródłem jej żalu.
Ola przyjechała w piątek wieczorem z dwiema ogromnymi walizkami i torbą wypchaną jakimiś pakunkami.
Galia nakryła do stołu, wyjęła wino i przygotowała pokój gościnny: pościeliła świeżą pościel, postawiła na szafce małą lampkę nocną i położyła stos czystych ręczników.
Ola rozejrzała się po pokoju i powiedziała:
— Przydałoby się tu lustro.
Duże, do oglądania całej sylwetki.
Galia odpowiedziała, że niestety nie mają żadnego dodatkowego lustra.
— No dobrze — wzruszyła ramionami Ola.
— Później coś wymyślimy.
Wymyśliła już następnego ranka.
Galia weszła do kuchni i odkryła, że Ola przeniosła lustro z przedpokoju do swojego pokoju.
„Tak jest wygodniej” — wyjaśniła, mieszając kawę.
Trzeciego dnia Ola przyniosła z jakiegoś sklepu różowy, puszysty dywanik i położyła go w przedpokoju zamiast tego, który leżał tam wcześniej.
„Tamten był brzydki” — oznajmiła.
Galia schowała nowy dywanik do schowka i położyła stary z powrotem na miejscu.
Ola spojrzała na nią z tą samą uniesioną brwią i również nic nie powiedziała.
To milczenie było chyba gorsze niż jakiekolwiek słowa.
Słowa można było omówić, przeanalizować i wyjaśnić.
Milczenie Oli oznaczało tylko jedno: uważała, że ma rację, i łaskawie rezygnowała ze sporu z ludźmi, którzy i tak najwyraźniej niczego nie zrozumieją.
Galia pracowała wtedy jako starsza menedżerka w dużej firmie budowlanej.
Była przyzwyczajona do porządku — do tego, że każda rzecz ma swoje miejsce, dokumenty są ułożone w teczkach, a do spotkania przygotowuje się wcześniej, a nie w biegu.
W domu utrzymywała taki sam porządek.
Nie dlatego, że wymagało to od niej wysiłku, lecz dlatego, że inaczej w jej głowie pojawiał się nieprzyjemny szum utrudniający myślenie.
Ona i Misza kupili mieszkanie na kredyt hipoteczny pięć lat wcześniej.
Misza wpłacił wtedy większą część wkładu własnego, ponieważ miał oszczędności z poprzedniej pracy.
Galia w tamtym czasie dopiero zmieniła pracę i jeszcze nie osiągnęła obecnego poziomu wynagrodzenia.
Teraz zarabiała znacznie więcej, a miesięczną ratę kredytu spłacali ze wspólnego budżetu, do którego każde z nich wpłacało swoją część.
To było mieszkanie ich obojga.
Galia nigdy nie dzieliła go na „moje” i „twoje”.
Po prostu wiedziała, że to dom, który budowali razem, i właśnie tak go traktowała.
Ola najwyraźniej miała na ten temat inne zdanie.
Pod koniec pierwszego tygodnia na parapecie w salonie pojawiły się doniczki Oli z jakimiś tropikalnymi roślinami, które kupiła w kwiaciarni i bez pytania rozstawiła według własnego uznania.
W łazience na haczyku zawisł szlafrok Oli, zajmując miejsce szlafroka Galii.
W kuchennej lodówce pojemniki Oli zepchnęły przygotowane przez Galię jedzenie na dalsze półki.
Galia to wszystko sprzątała.
Odkładała na miejsce.
Przestawiała z powrotem.
W milczeniu.
Pewnego wieczoru spróbowała wyjaśnić Oli zasady porządku w kuchni.
Spokojnie, bez pretensji.
Powiedziała, że jest przyzwyczajona do określonego układu w lodówce i byłoby dobrze, gdyby Ola korzystała z jednej konkretnej półki.
— Galia — powiedziała Ola z lekkim uśmiechem.
— Wszyscy tu mieszkamy, prawda?
Po co takie rygory?
— To prośba — odpowiedziała Galia.
— Dobrze, dobrze, usłyszałam cię — machnęła ręką Ola i poszła do swojego pokoju.
Następnego dnia przygotowane przez Galię jedzenie znów znalazło się na dolnej półce, a pojemniki Oli zajęły środkową — najwygodniejszą.
Misza pracował jako inżynier projektant.
Miał stresującą pracę, wracał późno i zmęczony, dlatego początkowo Galia starała się nie obciążać go opowieściami o drobnych domowych konfliktach.
Rozumiała, że jest zmęczony, jego siostra się rozwodzi i wszystkim jest teraz trudno.
Ale pewnego dnia nie wytrzymała.
Opowiedziała o dywaniku.
O przyprawach.
O lodówce.
O tym, że Ola przez trzy dni z rzędu zostawiała brudne naczynia w zlewie, a kiedy Galia łagodnie poprosiła ją, żeby od razu po sobie zmywała, Ola odpowiedziała, że „umyje wieczorem” — i nie myła.
Galia zmywała sama.
Misza jej wysłuchał.
Kiwał głową.
Potem powiedział:
— Dopiero się przeprowadziła.
Teraz jest jej ciężko.
— Ola! — zawołał.
— Chodź tutaj.
Ola wyszła z pokoju z telefonem w ręku.
— Możesz zmywać po sobie naczynia? — zapytał Misza.
— I pamiętaj, że mieszkasz u nas, więc trzeba pomagać w domu.
— Misza — przeciągnęła Ola tonem, którym prawdopodobnie rozmawiała z nim jeszcze w dzieciństwie.
— Przecież pomagam.
— Niezbyt — powiedział Misza, ale już łagodniej.
Na tym rozmowa się skończyła.
Ola wróciła do siebie.
Tamtej nocy naczynia zostały w zlewie.
Drugi tydzień był trudniejszy od pierwszego.
Galia wracała z pracy i zastawała mieszkanie w stanie, który można było opisać jednym słowem: chaos.
Ubrania Oli leżały na oparciu kanapy w salonie.
Czasopisma Oli były rozrzucone wachlarzem na stoliku kawowym.
Buty Oli stały na podłodze w przedpokoju — nie schowane do szafy, tylko rzucone byle gdzie, tak że po ciemku można było się o nie potknąć.
Pewnego wieczoru Galia nadepnęła na jeden z tych butów i prawie upadła.
Podniosła buty, zaniosła je pod pokój Oli i postawiła przed drzwiami.
Coś w niej się zacisnęło, chociaż to „coś” od dawna było napięte.
Misza chyba przestał już wtedy zauważać bałagan.
Albo starannie udawał, że go nie widzi.
Wracał do domu, całował Galię w policzek, zamieniał z siostrą kilka słów, jadł kolację i siadał przy komputerze.
Z jego perspektywy życie najwyraźniej toczyło się zwykłym rytmem.
Życie Galii wyglądało inaczej.
Budziła się i pierwszą rzeczą, o której myślała, było to, co Ola zrobi tego dnia.
Sprzątała to, co Ola zostawiła, i odkładała na miejsce rzeczy, które Ola przestawiła.
Gotowała kolację i milczała, ponieważ trudno było jej mówić — słowa chciały wychodzić ostrzej, niż powinny.
Wieczorami leżała obok Miszy i patrzyła w sufit, a gdzieś w jej piersi żyło ciche, przygniatające niezadowolenie, podobne do bólu zęba, którego leczenie ciągle się odkłada.
Rozumiała, że Oli jest teraz źle.
Naprawdę źle: obce miasto, rozbite małżeństwo i konieczność zaczynania wszystkiego od zera.
Galia o tym pamiętała.
Ale zrozumienie cudzego bólu nie zmniejszało jej własnego.
Wybuch nastąpił siedemnastego dnia.
Galia wróciła do domu wcześniej niż zwykle, ponieważ spotkanie zostało odwołane, i postanowiła przygotować coś wyjątkowego.
Chciała sprawić przyjemność Miszy, ponieważ ostatnio między nimi pojawiło się napięcie, a ona myślała, że uda się je rozładować dobrą kolacją, butelką wina i spokojnym wieczorem.
W kuchni czekał jednak na nią następujący widok: Ola stała przy kuchence i coś gotowała.
Samo w sobie byłoby to czymś dobrym, gdyby nie jeden szczegół — Ola przeszukała wszystkie szafki Galii w poszukiwaniu potrzebnych składników, a teraz na blacie leżała cała zawartość górnej półki: kasze, makarony, konserwy, przyprawy i jakieś torebki.
Wszystko było wymieszane, część opakowań otwarta i przechylona na bok.
— Co robisz? — zapytała Galia.
— Gotuję — odpowiedziała Ola, nie odwracając się.
— Po co wyjęłaś to wszystko?
— Szukałam papryki.
— Papryka stoi na trzeciej półce po lewej, w słoiczku z czerwoną pokrywką — powiedziała Galia.
Jej głos był spokojny i sama była zaskoczona jego równym brzmieniem.
— Pokazywałam ci.
— No cóż, nie znalazłam — wzruszyła ramionami Ola.
— Odłóż proszę wszystko na miejsce.
Ola się odwróciła.
— Wiesz, Galia — powiedziała tym samym tonem, który Galia znała już na pamięć.
— Rozumiem, że lubisz porządek.
Ale można też trochę się rozluźnić, prawda?
To przecież nie jest biuro.
I uniosła brew.
Coś drgnęło w Galii — tak cicho, że początkowo nawet tego nie zauważyła.
— To jest mój dom — powiedziała.
— Nie biuro.
Mój.
Dom.
I chcę, żebyś odłożyła na miejsce wszystko, co wyjęłaś.
— Galia…
— Natychmiast.
Ola posprzątała w milczeniu.
Powoli, demonstracyjnie powoli, z miną człowieka zmuszonego do robienia czegoś całkowicie bezsensownego.
Kiedy skończyła, na blacie zostały okruszki i plama oleju.
Galia umyła blat.
Potem poszła do sypialni, zamknęła drzwi i zadzwoniła do Miszy.
— Przyjedź do domu.
Musimy porozmawiać.
Misza przyjechał po pół godzinie.
Ola kończyła już wtedy kolację i nakrywała do stołu w salonie, jakby nic się nie wydarzyło.
Galia opowiedziała wszystko.
O kuchni.
O blacie.
O trzech tygodniach nieustannego przestawiania rzeczy, nieumytych naczyń, butach w przedpokoju, doniczkach na jej parapecie i dywaniku, który Ola przyniosła bez pytania.
Opowiedziała spokojnie i szczegółowo.
Misza słuchał, a Galia widziała, jak jego twarz stopniowo przybiera wyraz, który zdążyła już nauczyć się rozpoznawać: lekkie rozdrażnienie zmieszane ze zmęczeniem.
— No cóż — powiedział, kiedy skończyła.
— Chciała tylko pomóc z kolacją.
— Misza.
— Galia, ona i tak jest w trudnej sytuacji.
Mogłabyś…
— Co mogłabym? — przerwała mu, a wtedy jej głos zadrżał.
— Przez trzy tygodnie milczę.
Przez trzy tygodnie po niej sprzątam.
Przez trzy tygodnie tłumaczę to samo i w odpowiedzi dostaję coś takiego.
Naśladowała uniesioną brew Oli.
— We własnym domu.
— W naszym wspólnym domu — poprawił ją Misza.
— Tak.
W naszym.
Ale tylko twoim i moim.
Coś przemknęło przez twarz Miszy.
— Posłuchaj — powiedział, a Galia poczuła, jak powietrze między nimi gęstnieje.
— Moja siostra jest w tym mieszkaniu taką samą gospodynią jak ty.
Cisza.
Galia patrzyła na męża.
Powiedział to tak prosto i pewnie, że na chwilę zabrakło jej tchu.
Miał na myśli, że Ola powinna zajmować się domem na równi z Galią, sprzątać, gotować i pomagać — zrozumiała to dopiero później, dużo później, kiedy wszystko zostało już powiedziane i zrobione, a drzwi się zamknęły.
Zrozumiała, że mówił o obowiązkach, a nie o prawach.
Ale w tamtej chwili usłyszała coś innego.
Usłyszała: Ola może tutaj robić, co tylko chce.
Przestawiać rzeczy.
Zmieniać dywaniki.
Zostawiać naczynia w zlewie.
Rozkładać ubrania na kanapie.
Ponieważ jest taką samą gospodynią.
Taką samą jak Galia.
Tutaj.
W tym mieszkaniu.
— Moja siostra jest w tym mieszkaniu taką samą gospodynią jak ty — powtórzyła Galia, a w jej głosie nie było ani pytania, ani żadnej szczególnej intonacji.
Były to tylko słowa, które wypowiadała na głos, podczas gdy układały się w jej głowie.
— No tak — powiedział Misza.
— Mieszka tutaj i powinna…
— Wynocha — powiedziała Galia.
Zdjęła jego kurtkę z wieszaka.
Podała mu ją.
Otworzyła drzwi.
Ola wyszła pierwsza z uniesioną brwią.
Misza wyszedł ostatni z miną człowieka, który wciąż miał nadzieję, że to żart.
Galia wspomniała o dzielnicowym i zamknęła drzwi.
Zamek kliknął.
Długo siedziała na podłodze przy drzwiach.
Słyszała, jak rozmawiają na klatce schodowej — przytłumione głosy, potem odgłos windy.
Potem nic.
Galia wstała, poszła do kuchni i wyłączyła kuchenkę.
Spojrzała na starannie ustawione słoiczki z przyprawami, czysty blat i swój dom — dokładnie taki, jaki chciała widzieć, spokojny i uporządkowany.
Nalała sobie herbaty i siedziała sama w kuchni.
Dziwnie było tak siedzieć w ciszy i nie wiedzieć, co wydarzy się dalej.
Misza zadzwonił około jedenastej wieczorem.
— Jesteśmy u Sierioży — powiedział.
— Przenocujemy u niego.
Galia milczała.
— Galia.
Nie to miałem na myśli.
Mówiąc o gospodyni.
— Wiem — powiedziała.
To była prawda — do tego czasu zrozumiała już, co chciał powiedzieć.
— Ale te słowa padły.
— Galia…
— Dobranoc, Misza.
Rozłączyła się.
Położyła się.
Długo patrzyła w sufit, ale już inaczej niż przez ostatnie tygodnie.
Wtedy patrzyła w sufit z tym cichym, przygniatającym niezadowoleniem.
Teraz była pustka.
Zmęczenie.
A gdzieś bardzo głęboko — prawie niezauważalnie — coś przypominającego ulgę, do której bała się przyznać nawet przed samą sobą.
Przyjechali następnego dnia około południa.
Galia otworzyła drzwi i zobaczyła ich oboje.
Ola stała trochę z boku z miną oznaczającą, że jest tam tylko z konieczności.
Misza patrzył na Galię i wyglądał tak, jak widziała go zaledwie kilka razy przez pięć lat małżeństwa: naprawdę zagubiony i naprawdę winny, bez ochronnej zbroi.
— Możemy wejść? — zapytał.
Galia odsunęła się na bok.
Ola od razu poszła do swojego pokoju — bez słowa i bez spojrzenia w stronę Galii.
W środku zaszeleściły torby, walizka otworzyła się i zamknęła.
Misza został w przedpokoju.
— Nie to chciałem powiedzieć — odezwał się.
— Miałem na myśli, że powinna pomagać w domu.
Jak gospodyni.
Nie że może tutaj robić, co tylko chce.
— Zrozumiałam — powiedziała Galia.
— Ale i tak to było…
— Głupie.
Skinął głową.
— Głupie.
Tak.
Ola wyszła z pokoju z torbą w rękach.
Spojrzała na Galię — i po raz pierwszy od trzech tygodni nie uniosła brwi.
Po prostu spojrzała.
— Jadę do koleżanki — powiedziała.
— Dopóki nie znajdę mieszkania.
Zamilkła na chwilę.
— Przepraszam za kłopot.
Nie były to do końca przeprosiny ani do końca wyjaśnienie, ale było to coś.
Galia skinęła głową.
Ola wyszła.
Drzwi zamknęły się za nią cicho, bez trzaskania.
Galia i Misza zostali sami w przedpokoju.
Misza patrzył na nią.
Galia patrzyła na niego.
— Rozumiesz, o co tak naprawdę chodziło? — zapytała.
— Nie tylko wczoraj.
Ogólnie.
— Rozumiem — powiedział.
Przez chwilę milczał.
— Widziałem to i nie reagowałem.
To było nieuczciwe.
— Tak.
Wyciągnął rękę — nie po to, żeby ją objąć, lecz po prostu podał ją dłonią do góry.
Był to stary gest jeszcze z czasów, kiedy dopiero zaczynali się spotykać.
Galia patrzyła na jego dłoń.
Za oknem szumiało miasto.
W kuchni, jak wiedziała, słoiczki z przyprawami stały każdy na swoim miejscu.
W salonie nie było cudzych czasopism na stoliku kawowym.
W przedpokoju nie było butów na podłodze.
Położyła swoją dłoń na jego.
Misza ścisnął ją ostrożnie, jak coś, co można przypadkiem złamać.
— Do domu? — zapytał.
— Do domu — powiedziała Galia.
I odsunęła się, wpuszczając go przez drzwi.







