— A uszka u malucha nie są nasze! — zauważył podczas jednej ze swoich wizyt teść, patrząc na wnuka.
— A czyje? — zapytała wprost Włada, której wszystko zaczęło już działać na nerwy.

— Proszę się nie krępować, Anatoliju Pietrowiczu — tutaj sami swoi. Więc czyje to uszka?
Zazwyczaj we wszystkich opowieściach o synowej pojawia się teściowa – zła i ograniczona baba.
Dręcząca czepialstwem sympatyczną dziewczynę spoza miasta.
Która „przygnała” nie wiadomo skąd, wyłącznie w jednym celu: aby uwieść jej drogiego synka i zagarnąć nienależące do niej mieszkanie.
I jej przytyki są również proste i głupie: wszędzie kurz, pranie niepoprasowane, barszcz niesmaczny.
A teść — albo całkowicie oddany pracy i bujający w obłokach naukowiec.
Albo — kompletny pantoflarz.
Ale obaj — w pełni zgadzający się ze swoją ukochaną żoną: jak powiesz, tak będzie, kochanie!
Tylko mnie, proszę, nie ruszaj: ja tu czaruję nad napojem z deuteru…
Włada miała znacznie mniej szczęścia: do teściowej dołączył także teść.
A ściślej mówiąc, to ona dołączyła do męża, który szedł na przedzie w żółtej koszulce lidera.
I niechby tylko spróbowała tego nie zrobić: zniszczyłby ją!
Tutaj wszystko było znacznie bardziej wyrafinowane.
— Dlaczego nie zmienisz zawodu? — dopytywał ojciec męża.
— A ten czym jest zły? — szczerze dziwiła się dziewczyna, która pracowała jako nauczycielka nauczania początkowego.
I, nawiasem mówiąc, miała wyższe wykształcenie.
— No, jak to? — pobłażliwie uśmiechał się teść. — Zbyt prymitywne!
— Prymitywne dla kogo? — nie ustępowała synowa.
Która, zgodnie z logiką, powinna była się zamknąć i słuchać mądrych rad w milczeniu.
— Ogólnie! — po krótkiej ciszy wykrztusił Anatolij Pietrowicz.
— Ja tak nie uważam! — nie ustępowała Władka.
— Nie wszyscy mogą być twórcami sztucznej inteligencji!
— Zresztą, Pańskiemu synowi mój zawód się podoba!
— Sam Igorasza też nie sięga gwiazd!
— Więc jesteśmy dwojgiem prymitywnych ludzi, którzy się odnaleźli! Czyż nie tak?
„Co za bezczelna baba! — myślał rozzłoszczony ojciec.
— Zamiast milczeć, gdy teść robi uwagi! Jeszcze pyskuje!”
„Niedoczekanie twoje! — myślała z kolei inteligentna Władka.
— Też mi się znalazł Makarenko! Można pomyśleć, że coś w życiu osiągnęliście!
— Kim ty sam jesteś, wuju? I nie czekaj, że będę słuchać twoich głupich rad!”
Rodzice męża byli zwyczajnymi ludźmi.
Mama pracowała za niewielką pensję gdzieś w dziale kadr.
Tata wykładał historię na uczelni.
I nie był nawet kandydatem nauk historycznych.
Krótko mówiąc, nic wielkiego.
Ale z jakiegoś powodu oboje uważali, że u nich wszystko jest w porządku.
I tak było ze wszystkim.
Teściowa też próbowała się wtrącać, ale z umiarem.
Widocznie rozumiała, że dwóch doradców na jedną synową to gruba przesada.
Igor podchodził do wszystkiego ze zrozumieniem i pobłażliwością: to przecież byli jego rodzice!
Ale zawsze stawał w obronie żony — tego nie można mu było odmówić:
— Mamo, tato — może już wystarczy?
Jak to wystarczy? Oni przecież dopiero zaczęli!
A Władka zawsze reagowała jednoznacznie: nawykowo pyskowała i niczym się nie przejmowała!
Powiesz jej, że wszędzie kurz i co?
I nic: następnym razem kurzu było jeszcze więcej!
Jakby naumyślnie. No czyż nie bezczelna?
Kiedy parze urodził się syn — śliczny Sławik, dziadkowie nie uspokoili się, jak można było przypuszczać.
Wręcz przeciwnie — uaktywnili się, tyle że w innym, nieoczekiwanym kierunku.
Ale cel negatywnych emocji pozostał ten sam:
Wszystkie ich działania były skierowane, jak dawniej, przeciwko synowej — ładnej Władce.
Oboje teściowie zaczęli wyrażać podejrzenia, że wnuk nie jest z ich rodu.
Nie, to nie było powiedziane wprost: że niby „przyprawiła rogi” mężowi!
Wszystko było jakoś tak mimochodem, przelotnie.
Ale często właśnie taka rzucona od niechcenia uwaga staje się zapalnikiem niszczycielskiego procesu.
I działa znacznie silniej niż wprost wypowiedziane podejrzenie.
— A uszka u malucha nie są nasze! — zauważył podczas jednej ze swoich wizyt tata Tola, patrząc na Sławkę.
— A czyje? — zapytała wprost Włada, której wszystko zaczęło już działać na nerwy.
— Proszę się nie krępować, Anatoliju Pietrowiczu — tutaj sami swoi.
— Więc czyje to uszka?
Teściowie wymownie milczeli: niby że sama wiesz!
I potem na krótki czas się uciszali i nie drążyli tego tematu.
A potem — od nowa:
— W naszym rodzie takich brwi nie było! — wyrokowała po paru tygodniach „kochająca” babcia.
— Nic nie szkodzi: dorośnie, to sobie narysuje, jakie trzeba! — nie ustępowała „wredna” synowa.
Która już wcześniej nie darowała teściom ani jednej uwagi.
A teraz, gdy zaczęło to dotyczyć ukochanego synka, tym bardziej.
— Mamo, tato — no jakie brwi? — wtrącił się do rozmowy Igor.
— To już przechodzi ludzkie pojęcie!
— Dziecko ma dopiero kilka miesięcy — wszystko może się jeszcze zmienić!
A poza uszkami i brwiami istniało mnóstwo innych rzeczy, które też nie były podobne do rodu Szczerbakowych!
I paznokietki były nie takie.
I dwa czubki na głowie, których w ich rodzie nie było: o — u mnie i ojca jest jeden.
I u Igoraszki — też jeden!
I nie ten kształt stopy.
— Tato, no jaki kształt stopy może mieć półroczne dziecko? — skarżyła się swojemu ojcu Włada.
— Przecież jeszcze nie chodzi, sklepienie się nie wykształciło — na razie ma wrodzone płaskostopie!
— Czy oni są naprawdę tacy głupi, co?
— Są tacy ludzie, którym jest dobrze, gdy innym jest źle! — próbował znaleźć wyjaśnienie tata.
— Bardzo lubię twojego męża, ale co do jego rodziców, mam pewne wątpliwości.
— A czego oni właściwie chcą? Przecież to się nie dzieje bez powodu! Musi być w tym jakiś cel!
— Oni walczą o czystość w ogóle, a o czystość rodu w szczególności! — powiedziała córka.
— I ich zdaniem, teraz ich ród nie jest wystarczająco czysty!
— To co z tego wynika, że Sławka nie jest od Igora, czy co? — zdziwił się mężczyzna.
— No tak! — skinęła głową Włada. — Tak to wygląda.
— A z płatkami uszu to już w ogóle mnie zamęczył! — kontynuowała córka.
— Niby że płatki uszu u Sławki nie są podobne do płatków Igora!
— A u samego teścia z Igoraszkiem też są różne płatki!
— Tak? — zastanowił się tata i zaproponował:
— A zrób przy okazji jeszcze jeden test — na pokrewieństwo między Igorem a samym Anatolijem Pietrowiczem.
— Po co to? — zdziwiła się Włada. — Chyba nie myślisz, że…
— Nie, oczywiście! Ale dlaczego by nie sprawdzić? Pieniądze ja dam! — uspokoił ojciec.
— Poza tym takich ludzi trzeba dusić faktami — rozmów oni nie rozumieją! — kontynuował tata.
— Nie mówię, że Igoraszka mama „przyprawiła rogi”: broń Boże!
— Po prostu powiesz — o, płatki u was też są różne.
— Ale Igoraszka to bez wątpienia wasz syn!
— I — testem DNA im po twarzy: niech się zamkną!
— Bo trzeba ciąć, nie czekając na zapalenie otrzewnej.
— Bo cię zjedzą, córuś, jak nic!
Tata dał pieniądze, Włada zebrała materiał biologiczny i zaczęła czekać.
A dalej wszystko potoczyło się nie tak, jak oczekiwano.
Chociaż teść niespodziewanie okazał się mieć rację — czystość rodu została jednak naruszona!
Ale winna temu wcale nie była Włada — u niej akurat wszystko było w porządku:
Ojcostwo Igora wynosiło 99,9 procenta!
A oto u Igoraszka nie okazało się nic wspólnego z jego tatą.
Znaczy to, że właśnie jego „przyprawiła” ukochana teściowa: masz ci los i różne płatki!
No, niezła z pani swawolnica, Nino Jewgieniewno…
To wywołało efekt wybuchu bomby: oj, mamo, do licha!
I tata też dobry: rogi pod sam sufit, a on wciąż walczy o czystość rodu, naiwny facet! Historyk od siedmiu boleści…
I wiją się oboje jak muchy na szybie! No nic — teraz ona to wszystko naprawi!
Ale czy to możliwe, żeby teść nie był świadomy? Wyglądało na to, że tak.
Inaczej uważałby, żeby nie wpakować się prosto na grabie — przecież nie był głupi: historia to niełatwa nauka. A tutaj taka wpadka…
Naturalnie Włada najpierw poinformowała o wszystkim swoich rodziców: co robić?
— Mężowi nic nie mów — to byłby dla niego straszny cios! Jeśli oczywiście nie wie! Ale myślę, że nie wie: inaczej by do tego nie doszło! — poradził tata.
— A tej „słodkiej parze” pokaż wyniki analiz — i niech sami dochodzą, kto im popsuł ród: teraz będą mieli co robić!
Tak też dziewczyna postąpiła. Nawiasem mówiąc, okazja nadarzyła się wieczorem tego samego dnia: przyjechali kochający dziadkowie odwiedzić wnuczka z „nieichnimi” płatkami i brwiami.
I znowu przycisnąć niewierną synową: co za przyjemność!
Igor spóźniał się w pracy: to okazało się nawet lepsze.
Włada nawet nie czekała, aż się rozbiorą. Milcząc, prosto w przedpokoju, dała im do obejrzenia wyniki badania DNA.
Sama zaś stała i patrzyła, jak zmienia się wyraz ich twarzy i kolor skóry.
Okazało się, że to bardzo ciekawe!
Najpierw na twarzach teściów odbiło się zdziwienie, potem niedowierzanie, następnie wstyd połączony z irytacją.
Teść był w szoku, że został oszukany i tyle czasu żył w kłamstwie. Jego żona — że kłamstwo wyszło na jaw.
I kto to odkrył? Ta nic niewarta, marna nauczycielka! To było podwójnie nieprzyjemne. Ale jak to możliwe?
Pewnie nie należało tak demonstracyjnie wątpić w to pochodzenie: zachciało im się czystości rodu! No to wykrakali…
— Nie chcecie mi państwo nic powiedzieć? — czule zapytała synowa bladego teścia i purpurową teściową.
„No i co — kto tu kogo przyprawił, co?” — Władka z pogardą patrzyła na zmieszaną parę.
A potem zaproponowała:
— A teraz jedźcie do domu: będziecie mieli o czym dyskutować! Igorowi nic nie powiem — to wasza tajemnica. Będziecie chcieli — sami się podzielicie.
— Wyniki testu weźcie ze sobą — mi to do niczego niepotrzebne! Ale zapamiętajcie: koniec z radami: od razu wyproszę za drzwi!
I tym razem nikt jej nie zaprzeczył: teściowie wyszli milcząc, nie patrząc na siebie.
Co było dalej — historia milczy. Historyk również. A o pracownicy działu kadr nie ma co mówić.
Rodzice męża nie rozwiedli się. Choć właśnie tego oczekiwano: czystość rodu została przecież naruszona! I bojownik o sprawiedliwość powinien podjąć odpowiednie kroki.
Ale to się nie stało. Dlaczego? Kto to wie: cudza dusza to mrok.
A Włada nie miała ochoty grzebać w mroku i szukać nie wiadomo czego.
Dlatego tata z mamą nadal przychodzili w odwiedziny do jedynego wnuka. Choć już nie tak często. I częściej milczeli.
Nie, kiedy bawili się ze Sławką, wszystko było w porządku.
Ale wszystkie złośliwości i rady ze strony krewnych skończyły się: dokument rzeczywiście zadziałał — tata Włady miał rację.
— Przyznaj się, Władka, — powiedział któregoś wieczoru mąż, — co ty im zrobiłaś? Jakie czary na nich rzuciłaś, moja mała wróżko?
To są zupełnie inni ludzie! Ja sobie zęby łamałem, a ty jednym ruchem czarodziejskiej różdżki wszystko załatwiłaś!
— To nasz mały sekret! — powiedziała uśmiechnięta żona. I pomyślała: „Gdybyś tylko wiedział, jak duży…”







