— Nie pozwolę ci naciskać na moją żonę! Jeśli przyszłaś w gości — bądź gościem, — powiedział, patrząc matce w oczy.

Anastazja wycierała ręce kuchennym ręcznikiem, gdy zadzwonił dzwonek do drzwi.

Dziewczyna spojrzała na zegar — trzecia.

Artiom wróci dopiero o siódmej.

To znaczy, znowu teściowa.

Już po raz czwarty w tym miesiącu Polina Michajłowna przychodziła właśnie w dni powszednie, kiedy syna nie było w domu.

Kobieta otworzyła drzwi.

Polina Michajłowna stała na progu w surowym szarym płaszczu, z torbą w rękach.

Twarz nieprzenikniona, spojrzenie oceniające.

— Dzień dobry, Polino Michajłowno, — Anastazja cofnęła się, wpuszczając teściową.

— Dzień dobry, — odpowiedziała sucho, wchodząc do mieszkania.

Polina Michajłowna zdjęła płaszcz, powiesiła na wieszaku, przeszła do salonu.

Zatrzymała się na środku pokoju, rozglądając się na boki.

Jej wzrok zatrzymywał się na każdym szczególe — na poduszkach na kanapie, na stosie czasopism na stoliku, na lekko uchylonych drzwiach do sypialni.

— Kurz na półce, — stwierdziła teściowa, przesuwając palcem po regale z książkami.

— Anastazjo, kiedy ostatnio robiłaś sprzątanie na mokro?

— Wczoraj rano, — cicho odpowiedziała dziewczyna, czując jak policzki się rumienią.

— Dziwne. Wygląda, jakby tydzień temu, — Polina Michajłowna przeszła do kuchni, kontynuując inspekcję.

Anastazja poszła za teściową, zaciskając dłonie w pięści.

Oddychanie stawało się trudniejsze.

Każda wizyta zamieniała się w egzamin, który z góry przegrywała.

— Proszę usiąść. Zaparzę herbatę, — zaproponowała dziewczyna, włączając czajnik.

Polina Michajłowna usiadła przy stole, położyła torbę na sąsiednim krześle.

Nadal oglądała kuchnię krytycznym wzrokiem.

— Kuchenka jest brudna. Widzisz? Tu, przy palniku, został tłuszcz.

Anastazja podeszła, przyjrzała się.

Rzeczywiście, maleńka plamka.

Prawie niewidoczna, jeśli nie patrzeć specjalnie.

— Zaraz wytrę, — mruknęła dziewczyna, chwytając gąbkę.

— Trzeba było od razu po gotowaniu wytrzeć, — pouczającym tonem kontynuowała teściowa.

— Potem znacznie trudniej domyć. Ja tak uczyłam Artioma — od razu po sobie sprzątać.

Anastazja milcząco czyściła kuchenkę.

Ręce drżały.

Chciała zaprotestować, powiedzieć coś w swojej obronie, ale język jej nie słuchał.

Wychowanie nie pozwalało być niegrzeczną wobec starszych.

I strach, że Artiom się dowie, też ją powstrzymywał.

Czajnik zagotował się.

Dziewczyna zaparzyła herbatę, postawiła przed teściową filiżankę, cukiernicę, ciasteczka na spodku.

— Ciasteczka ze sklepu? — Polina Michajłowna uniosła brew.

— Nastia, żona powinna umieć piec sama.

Artiom lubi domowe wypieki.

Ja mu w każdą sobotę piekłam ciasto.

— Ja… jeszcze nie bardzo umiem, — przyznała Anastazja, opuszczając wzrok.

— Ale uczę się.

— Uczysz się już rok, odkąd wyszłaś za mąż.

Pora byłoby się nauczyć, — teściowa upiła łyk herbaty, skrzywiła się.

— Słaba. Żałujesz herbaty?

— Nie, po prostu… — dziewczyna zająknęła się.

— Przepraszam, zaraz zrobię mocniejszą.

— Nie trzeba. Wypiję tak.

Polina Michajłowna dalej piła herbatę, komentując wszystko wokół.

Zasłony wiszą krzywo.

Kwiat na parapecie pożółkł — znaczy źle podlewany.

Lodówka głośno buczy — pewnie dawno nie była rozmrażana.

Anastazja stała przy zlewie, kurczowo trzymając się blatu.

W środku wszystko ściskało się w twardą kulę.

Chciała krzyczeć, wyrzucić teściową, trzasnąć drzwiami.

Ale zamiast tego tylko kiwała głową, zgadzała się, przepraszała.

— A co dziś będzie na kolację? — zapytała Polina Michajłowna, dopijając herbatę.

— Myślałam upiec kurczaka z ziemniakami.

— Znowu ziemniaki?

Artiom nie lubi codziennie tego samego.

Trzeba urozmaicić menu, — teściowa wstała, podeszła do lodówki, otworzyła.

— Tak jak myślałam. Same półprodukty.

Nastia, dobra żona powinna gotować świeże, zdrowe jedzenie.

A nie karmić męża mrożonkami.

— Pracuję do szóstej. Nie zawsze starcza czasu, — nieśmiało zaprotestowała dziewczyna.

— Bzdura. Ja pracowałam na pełen etat i zawsze karmiłam Artioma świeżym jedzeniem.

Wstawałam wcześniej, gotowałam.

To kwestia organizacji, — Polina Michajłowna zamknęła lodówkę, spojrzała oceniająco.

— Za bardzo się nad sobą litujesz.

Trzeba bardziej się starać dla rodziny.

Anastazja opuściła głowę.

Łzy napłynęły do oczu, ale zamrugała, powstrzymując je.

Nie płakać.

Tylko nie przy teściowej.

— Dobrze, Polino Michajłowno.

Postaram się, — wyszeptała Anastazja.

Teściowa została jeszcze pół godziny.

Przeszła się po mieszkaniu, wskazując na niedociągnięcia.

Potem się ubrała, wyszła, nie żegnając się.

Anastazja zamknęła za nią drzwi.

Przeszła do salonu, usiadła na kanapie, obejmując kolana, aż usłyszała klucz w zamku.

Zerwała się, wytarła oczy, pobiegła do kuchni.

Artiom nie powinien jej takiej widzieć.

— Cześć, słoneczko! — mąż wszedł z torbami zakupów, postawił na stole, objął żonę.

— Jak minął dzień?

— Normalnie. Trochę się zmęczyłam, — Anastazja przytuliła się do Artioma, wdychając znajomy zapach jego perfum.

— Jakaś blada jesteś. Nie zachorowałaś?

— Nie, nie. Po prostu dużo pracy.

Artiom pogłaskał żonę po głowie, pocałował.

— Idź odpocznij. Ja zrobię kolację.

Anastazja kiwnęła głową, poszła do sypialni.

Położyła się na łóżku, zamknęła oczy.

W środku pustka zmieszana z ciężarem.

Po każdej wizycie Poliny Michajłowny było coraz gorzej.

Dziewczyna czuła się bezwartościowa, niezdolna, niegodna Artioma.Minęły dwa tygodnie.

Polina Michajłowna przychodziła znowu.

I znowu.

Zawsze w dni powszednie, zawsze w dzień.

Artiom wychodził do pracy o dziewiątej, wracał o siódmej.

Teściowa pojawiała się około trzeciej, zostawała na półtorej godziny.

To wystarczało, żeby Anastazja czuła się całkowicie wyczerpana.

Krytyka stawała się coraz ostrzejsza.

Polina Michajłowna już nie ukrywała niezadowolenia z synowej.

Mówiła wprost, że Anastazja jest złą gospodynią, nie umie gotować, nie dba o dom.

Dziewczyna słuchała w milczeniu, nie sprzeciwiając się.

Bała się konfliktu.

Bała się, że Artiom stanie po stronie matki.

Mąż zaczął zauważać zmiany.

Anastazja stała się blada, pod oczami pojawiły się ciemne cienie.

Źle spała, budziła się w nocy, siedziała w kuchni, patrząc w okno.

Apetyt prawie całkowicie zniknął.

— Nastia, co się z tobą dzieje? — zapytał Artiom pewnego wieczoru, obejmując żonę.

— Zupełnie się zmieniłaś.

Powiedz, co się stało?

— Nic się nie stało. Po prostu się męczę w pracy, — powtórzyła dziewczyna wyuczoną frazę.

— Może pójdziesz do lekarza? Sprawdzisz się?

— Nie trzeba. Wszystko w porządku, naprawdę.

Artiom nie nalegał, ale niepokój w jego oczach nie znikał.

Anastazja widziała to, czuła winę za kłamstwo.

Ale nie mogła powiedzieć.

Jak wyjaśnić, że jego matka czyni jej życie nie do zniesienia?

Artiom tak kocha Polinę Michajłownę.

Jest jej wdzięczny za wychowanie.

Nie uwierzy.

Albo gorzej — oskarży żonę o brak szacunku dla starszych.

W kolejną środę, kiedy Anastazja wracała z pracy, przy wejściu stała Polina Michajłowna.

Teściowa czekała, opierając się na lasce, choć wcześniej jej nie używała.

— Dzień dobry, — wydusiła dziewczyna, czując, jak serce jej zadrżało.

— Witaj, Nastieńka. Otwieraj drzwi, wejdziemy, — teściowa mówiła łagodniej niż zwykle, prawie czule.

To jeszcze bardziej ją zaniepokoiło.

Polina Michajłowna nigdy nie była czuła wobec synowej.

Coś się zmieniło.

Weszły do mieszkania.

Anastazja zaparzyła herbatę, postawiła przed teściową.

Ręce drżały tak bardzo, że filiżanka zadzwoniła o spodek.

— Denerwujesz się? — zapytała Polina Michajłowna, uważnie patrząc na dziewczynę.

— Nie, po prostu jestem zmęczona, — Anastazja usiadła naprzeciw, składając ręce na kolanach.

— Zmęczona. Oczywiście. Pracą, — teściowa upiła łyk herbaty, odstawiła filiżankę.

— Nastia, chcę z tobą poważnie porozmawiać.

Dziewczyna zamarła.

To było to.

Teraz zacznie się coś nowego, jeszcze gorszego.

— Widzę, że nie radzisz sobie z rolą żony, — zaczęła Polina Michajłowna powoli, dobierając słowa.

— Dom zaniedbany, gotujesz źle, Artiom wygląda niechlujnie.

Rozumiem, że jesteś młoda, niedoświadczona.

Ale to nie jest usprawiedliwienie.

Anastazja siedziała, patrząc w podłogę.

Oddychało się ciężko.

Słowa teściowej uderzały jak pięści.

— Musisz bardziej się starać.

Musisz być lepsza.

Inaczej Artiom zrozumie, że pomylił się w wyborze.

Mężczyźni nie lubią, gdy żony ich rozczarowują.

— Staram się, — wyszeptała dziewczyna.

— Niewystarczająco.

Nie jesteś godna mojego syna.

Łzy popłynęły.

— Dlaczego… — zaszlochała.

— Zabrałaś mi syna, — odpowiedziała chłodno teściowa.

W tym momencie wszedł Artiom.

— Co tu się dzieje?

— Rozmawiałyśmy, — powiedziała matka.

— Dlaczego moja żona płacze?

— Nic szczególnego.

— Mamo, przestań.

— Powiedziałam prawdę.

— Jaką prawdę?

— Że jest złą żoną.

Artiom spojrzał twardo.

— Nie pozwolę ci naciskać na moją żonę.

Jeśli przyszłaś w gości — bądź gościem.

— Ja jestem twoją matką!

— A ona moją żoną.

Proszę cię wyjdź.

Drzwi trzasnęły.

— Przepraszam, — powiedział Artiom.

— Zawsze będę cię chronić.

Minął czas.

Teściowa zadzwoniła.

— Przepraszam.

— Będą granice, — powiedziała Anastazja.

— Zgadzam się.

Relacje zaczęły się poprawiać.

Powoli.

Najważniejsze — Artiom stanął po stronie żony.

Anastazja była szczęśliwa.