— Niech pani spróbuje jeszcze choć raz przyjść do mojego domu, Wiero Nikołajewna, a wezwę policję! Mam dość pani ciągłych wizyt w sprawie pani syna!

— No stój, nie zamykaj! Widzę, że jesteś w domu, światło w oknach się świeci, więc nie ma co się chować!

Ciężkie ciało w drapowym płaszczu naparło na drzwi, nie dając Irinie możliwości

zatrzaśnięcia ich przed nosem nieproszonego gościa.

Irina, która czekała na kuriera z jedzeniem i dlatego beztrosko otworzyła zamek, nie

patrząc w wizjer, cofnęła się o krok z zaskoczenia.

Ta sekunda zwłoki wystarczyła, by Wiera Nikołajewna, sapiąc jak stary parowóz, przecisnęła się do przedpokoju.

Czuć było od niej wilgotną jesienną ulicę, stęchliznę dawno niepranej wełny i ostry,

uderzający w nos zapach tanich papierosów, które palił jej syn.

Ten ciężki, kwaśny odór natychmiast stłumił delikatny aromat drogiego dyfuzora z

nutami sandałowca, który wypełniał mieszkanie.

— Wiero Nikołajewna, co pani wyprawia? — Irina złapała za klamkę, próbując

przynajmniej nie pozwolić teściowej przejść dalej niż próg.

Ta jednak stała monumentalnie, rozstawiwszy nogi w brudnych, rozczłapanych butach.

— Nie zapraszałam pani. Widziała pani, która jest godzina? Po ósmej, sobota. Mam swoje plany.

— Plany ona ma! Popatrzcie na nią, jaka hrabianka — wychrypiała kobieta, rzucając z

ramienia ciężką, wytartą torbę z ekoskóry wprost na jasne włoskie płytki.

— Ludzie mają tragedię, własny syn, można powiedzieć, klepie biedę, a ona ma plany.

— Czy ty w ogóle wiesz, że Oleżeńkę wywalili z roboty? Trzeci miesiąc chłopak się tuła, schudł, zmarniał cały.

— A to wszystko przez ciebie, nawiasem mówiąc.

Irina zacisnęła zęby tak mocno, że mięśnie na twarzy zaczęły drgać.

Znowu ta sama śpiewka. Znowu to ona jest winna.

Nie lenistwo Olega, który mylił biuro z konsolą do gier, nie jego pijaństwo w piątki, ale ona — była żona.

Ta, która odważyła się złożyć pozew o rozwód pół roku temu i wyrzucić dorosłego pasożyta ze swojego mieszkania.

— Nie obchodzi mnie to, Wiero Nikołajewna. Absolutnie mnie nie obchodzi, gdzie on pracuje i co je. Jesteśmy po rozwodzie. Proszę wyjść, albo ja…

— Albo ty co? — bezczelnie przerwała jej teściowa, a w jej małych, głęboko osadzonych oczkach błysnął zły ognik.

Zrobiła krok w przód, zmuszając Irinę do cofnięcia się w głąb korytarza.

— Matce chcesz pyskować? Przyszłam do ciebie po ludzku, porozmawiać, przemówić do rozsądku.

— Myślisz, że się rozwiodłaś i już, wszystko spłynęło jak po kaczce? Jesteśmy rodziną, czy tego chcesz, czy nie.

— Nazwisko nasze nosisz, nie pogardziłaś nim!

Wiera Nikołajewna zaczęła odpinać guziki płaszcza brudnymi, spuchniętymi palcami, pokazując całym swoim wyglądem, że nie zamierza wychodzić.

Błoto z jej butów zaczęło już tajać, tworząc mętne kałuże na idealnej podłodze.

Irina patrzyła na to z rosnącą wściekłością.

Czuła, jak wewnątrz wrze furia — zimna, wyrachowana furia człowieka, do którego domu wtargnęli barbarzyńcy.

Wzrok teściowej, błądzący po przedpokoju w poszukiwaniu czegokolwiek, do czego można by się przyczepić, zahaczył o jasny punkt przy lustrzanej szafie.

Tam stały torby. Dużo toreb.

Gęste, błyszczące, ze sznurkowymi uchwytami i logo marek, których Wiera Nikołajewna może nie potrafiła przeczytać, ale dobrze wiedziała, że kosztują tyle, co roczna pensja jej syna.

Pomarańczowa torba, czarna ze złotymi literami, śnieżnobiały pokrowiec na buty.

Irina zrobiła sobie dzisiaj dzień zakupów, by odreagować stres po ciężkim tygodniu pracy.

Kupiła sobie to, co dawno chciała: kaszmirowy płaszcz, nowe kozaki i komplet bielizny, na którego cenę lepiej było nie patrzeć.

Nie zdążyła nawet rozpakować zakupów, po prostu zostawiła je przy wejściu, ciesząc się na myśl o przymierzaniu ich przed lustrem z kieliszkiem wina.

— Oho… — przeciągnęła Wiera Nikołajewna, a jej głos się zmienił.

Oskarżycielskie tony zniknęły, ustępując miejsca chciwej, lepkiej zazdrości.

Podeszła do toreb, zapominając o jednym bucie, który dopiero co zdjęła, i kuśtykając sięgnęła do najbliższej.

— A co to my tu mamy? TSUM? Milano? Patrzcie państwo…

— Nie dotykać! — warknęła Irina, stając między teściową a swoimi rzeczami.

— Proszę zabrać ręce. To nie pani.

— Nie moje? — Wiera Nikołajewna wyprostowała się, jej twarz poczerwieniała, a usta wykrzywiły się w złym uśmiechu.

— Oczywiście, że nie moje. Skąd zwykła emerytka miałaby takie pieniądze?

— Ale u ciebie, widzę, portfel pęka w szwach.

— Mój syn tam, w swojej norze, je same makarony, a ty kupujesz ciuchy?

— Nie masz sumienia, Irka. Zupełnie się zapasłaś na tych swoich interesach.

— Zarobiłam te pieniądze, — lodowatym tonem odparła Irina. — Własną pracą.

— Podczas gdy pani syn leżał na tej właśnie kanapie i jęczał, że świat jest dla niego niesprawiedliwy.

— Nie mam obowiązku karmić dorosłego faceta. Proszę wyjść. Natychmiast.

Wiera Nikołajewna była już w amoku.

Widok cudzego bogactwa, wystawionego pod jej nosem, działał na nią jak płachta na byka.

Nie tylko nie zamierzała wychodzić — teraz czuła się uprawniona do żądania swojej części.

— „Zarobiła” ona… — jadowicie przedrzeźniała teściowa, zdejmując w końcu drugi but i ciskając go z łoskotem w stronę szafki.

— Gdyby nie Oleg, kim byś była? On cię wspierał! On ci zapewniał tyły!

— On brał na siebie dom, podczas gdy ty robiłaś karierę! A teraz co?

— Wykorzystałaś chłopaka, wycisnęłaś jak cytrynę i wyrzuciłaś, a sama będziesz chodzić w jedwabiach?

— O nie, moja droga. Tak się nie robi interesów.

Ruszyła zdecydowanie w stronę toreb, odpychając Irinę masywnym biodrem.

— No, pokaż no, na co puszczasz rodzinne pieniądze. Może i dla Oleżka jakaś kurtka się znajdzie?

— Bo on chodzi w wiatrówce, marznie biedaczek…

— Czy pani postradała zmysły? — Irina nie wierzyła własnym uszom.

— Jaka kurtka? To są damskie rzeczy! I żadne „rodzinne pieniądze” nie istnieją od pół roku!

— Nie wrzeszcz na matkę! — huknęła Wiera Nikołajewna, a jej ręka chwyciła mocno za ucho pomarańczowej torby.

— Ja lepiej wiem, co tam jest i komu czego trzeba. Skoro jesteś taka bogata, to znaczy, że musisz się dzielić.

— Bóg kazał się dzielić, słyszałaś o tym? Czy tylko pieniądze umiesz liczyć, a duszę diabłu sprzedałaś?

Papier torby żałośnie zatrzeszczał pod jej grubymi palcami.

Irina zrozumiała: rozmowy się skończyły.

W jej przedpokoju stał wróg, który przyszedł grabić, zasłaniając się moralnością.

Dźwięk rwanego grubego papieru w ciszy przedpokoju brzmiał jak strzał.

Wiera Nikołajewna, nie ceremonując się z cudzą własnością, szarpnęła za brzeg torby.

Papier, nie wytrzymując naporu jej sękatych palców, pękł na szwie.

Z torby na podłogę wyślizgnęła się lekka jak piórko, perłowa jedwabna bluzka.

Tkanina, która kosztowała majątek, dotknęła brudnych płytek, tam gdzie przed chwilą stały buty teściowej.

Irina zapowietrzyła się z oburzenia, ale Wiera Nikołajewna nawet nie zauważyła tego świętokradztwa.

Schyliła się, stękając, podniosła bluzkę szorstkimi dłońmi i podniosła pod sam nos.

Jakby sprawdzała świeżość ryby na targu.

— Tfu, jakaś szmata — prychnęła pogardliwie, macając delikatny jedwab.

— I ile za ten skrawek dałaś? Pięć tysięcy? Dziesięć?

Podniosła oczy na Irinę, a w nich pękał palący, czarny furiacki gniew zmieszany z nienawiścią klasową.

Irina milcząc podeszła i szarpnięciem wyrwała rzecz z rąk byłej krewnej.

— Pięćdziesiąt — cicho, ale z zabójczą wyrazistością powiedziała Irina, strzepując niewidzialny brud z tkaniny.

— Ta bluzka kosztuje pięćdziesiąt tysięcy rubli. I właśnie rzuciła ją pani w błoto.

Twarz Wiery Nikołajewny wydłużyła się, a potem pokryła purpurowymi plamami.

Szczęka jej opadła, odsłaniając rząd nierównych, pożółkłych od tytoniu zębów.

Przez sekundę w przedpokoju zawisła ciężka pauza.

Ale nie była to cisza skruchy, lecz cisza przed burzą.

— Pięćdziesiąt?.. — wychrypiała, a jej głos przeszedł w pisk. — Pięćdziesiąt tysięcy za szmatę?!

— Zupełnie zgłupiałaś, babo?! Oleg ma dług na karcie czterdzieści tysięcy!

— Kolektorzy do niego dzwonią, spać nie dają, a ty… puszczasz miesięczną pensję normalnego faceta, żeby tyłek przykryć?!

Wiera Nikołajewna odepchnęła Irinę ramieniem, jakby ta była meblem, i po pańsku weszła do salonu.

Klapnęła w beżowy fotel, nawet nie zdejmując swojego przesiąkniętego dymem płaszcza.

Tkanina obicia natychmiast wchłonęła uliczną wilgoć i zapach starego ciała.

— No, siadaj — skomenderowała, klepiąc dłonią w podłokietnik.

— Rozmowa będzie poważna. Nie zamierzam tolerować tej hucpy.

Irina została w drzwiach.

Jej ręce drżały z chęci chwycenia ciężkiego wazonu i zakończenia tej wizyty jednym ciosem.

Wzięła głęboki oddech, zmuszając się do zachowania rozsądku.

— Nie usiądę, Wiero Nikołajewna. I rozmowy nie będzie. Proszę teraz wstać i wyjść.

— Kredyty Olega to problemy Olega. Ostrzegałam go, żeby nie brał tego iPhone’a, gdy nie miał pracy.

— Nie posłuchał mnie.

— Nie posłuchał on… — przedrzeźniła ją teściowa, złośliwie mrużąc oczy.

— A kto winien? Żoną byłaś, tyś powinna kierować! A tyś tylko o sobie myślała.

— Krótko mówiąc, Irka. Ta twoja „niezależność” stoi mi kością w gardle. Wszystko policzyłam.

Sięgnęła do kieszeni płaszcza i wyjęła pogniecioną, zapisaną ołówkiem kartkę w kratkę.

— Tu wszystko spisane. Oleg na ciebie trzy lata życia stracił. Woził cię swoim autem? Woził.

— Remont ci pomagał robić, tapety kleił? Kleił. Nerwy swoje tracił, gdyś ty po delegacjach latała? Tracił.

— To wszystko kosztuje. W zasadzie go wyzyskiwałaś, a jak podrosłaś — to kopniakiem w tyłek?

Irina patrzyła na nią szeroko otwartymi oczami. Poziom cynizmu sięgał zenitu.

— Jakie auto, Wiero Nikołajewna? Ten rzęch, który ja sama tankowałam i naprawiałam za swoje?

— Tapety? Jeden rulon nakleił krzywo, musiałam wynająć ekipę do poprawki! Pani bredzi?

— Nie waż się umniejszać wkładu mężczyzny! — huknęła teściowa, uderzając pięścią w podłokietnik.

— Ty teraz w luksusach, a on na dnie. To niesprawiedliwe! Więc tak.

— Albo bierzesz go do siebie do firmy, na jakiegoś zastępcę, z pensją nie mniejszą niż stówa.

— Albo… będziesz mu wypłacać odszkodowanie. Co miesiąc. Jak alimenty.

— Trzydzieści tysięcy, myślę, nam na początek starczy. Produkty drogie, a on potrzebuje witamin.

— Pani teraz poważnie żąda, bym utrzymywała pani trzydziestoletniego syna? — głos Iriny stał się groźnie cichy.

— Po prostu dlatego, że jest nieudacznikiem, a ja mam pieniądze?

— Nie waż się nazywać go nieudacznikiem! — wrzasnęła Wiera Nikołajewna, podskakując w fotelu.

— To ty go złamałaś! Ty go swoją pychą zdusiłaś! Mężczyzna musi czuć, że rządzi!

— A tyś wiecznie ze swoimi pieniędzmi wyłaziła! To teraz płać za straty moralne!

— I te ciuchy… — skinęła w stronę korytarza — ja chyba coś zabiorę. Te kozaki w pudełku.

— Lenka, moja sąsiadka, ma córkę w twoim rozmiarze. Sprzedam jej, choć grosz Oleżkowi na jedzenie wpadnie.

Zaczęła wstawać, ciężko opierając się na podłokietnikach, z pełnym przekonaniem o swoim prawie.

Irina zrozumiała: słowa się skończyły. Czas dyplomacji minął pięć minut temu.

Nie zaczęła krzyczeć. Nie szukała telefonu. Podeszła do kanapy i stalowym chwytem wbiła się w kołnierz płaszcza teściowej.

— E! Coś ty wymyśliła?! — zawyła teściowa, czując, jak jest siłą ciągnięta w górę.

— Wstań! — ryknęła Irina głosem, od którego zadrżały kryształy w żyrandolu. — Wstań i won!

Szarpnęła mocniej, zmuszając kobietę do oderwania się od kanapy.

— Puszczaj, suka! — Wiera Nikołajewna zapierała się nogami, ale Irina była nieubłagana.

Ciągnęła byłą krewną jak worek ze śmieciami, nie zważając na wrzaski, przekleństwa i próby kopnięcia.

Wypchnęła ją na klatkę schodową, gdzie tamta ledwo ustała na nogach, potykając się o wycieraczkę sąsiadów.

W przedpokoju został jeden but teściowej i jej czapka. Irina podniosła but i z obrzydzeniem cisnęła go w otwarte drzwi.

— Ubieraj się i spadaj — rzuciła lodowatym tonem.

— Ty… ty potworze! — wychrypiała teściowa, naciągając but drżącymi rękami. — Pożałujesz! Oleżka przyjdzie i się policzy!

Irina podniosła z podłogi czapkę, spojrzała na ten kłębek taniego syntetyku i cisnęła go prosto w twarz byłej krewnej.

— Zabieraj te swoje śmieci i zapomnij ten adres. Jak on tu jeszcze raz przyjdzie, zrzucę go ze schodów tak samo!

Zatrzasnęła żelazne drzwi z ogłuszającym hukiem. Jeden obrót zamka, drugi. Potem rygiel.

Cisza w mieszkaniu była absolutna. Nikt już nie żądał pieniędzy, nie oskarżał jej o sukces.

Wszystko można było umyć lub wyrzucić. Najważniejsze, że śmieci już wyniosła.

Te najważniejsze, toksyczne śmieci w swoim życiu.

Po raz pierwszy od pół roku poczuła się naprawdę u siebie w domu.