A trzy dni później taksówka przywiozła go pod
bramę domu, którego nie mógł już otworzyć.

Andriej szarpnął klucz jeszcze raz, tak jakby
problem nie leżał w nim, lecz w metalu.
Panel krótko mignął na czerwono i znów zgasł.
Vika stała obok, podtrzymując brzuch, i już nie
próbowała wyglądać na spokojną.
Zimno podniosła kołnierz płaszcza i spojrzała
na ochroniarza tak, jak patrzą ludzie
przyzwyczajeni do tego, że problemy są szybko załatwiane za nich.
Ale nowy ochroniarz nie spieszył się.
Podszedł bliżej, otworzył teczkę i zapytał spokojnym głosem:
— Czy pan to Andriej Siergiejewicz Ławrow?
Andriej nawet się wyprostował.
Na jego twarzy wciąż gościła ta pewność siebie, która zawsze się pojawiała, gdy myślał, że może wymusić coś swoim głosem.
— O co chodzi?
— Wstęp na obiekt jest panu wzbroniony — powiedział ochroniarz.
— Na polecenie właściciela.
Przez kilka sekund Andriej po prostu na niego patrzył.
Potem uśmiechnął się drwiąco.
Nie z wesołości.
Z przyzwyczajenia, by nie wierzyć w rzeczywistość, jeśli mu się nie podoba.
— Jakiego właściciela?
— Ja tu mieszkam.
Ochroniarz przeniósł wzrok na teczkę.
— Właścicielką jest Marina Aleksiejewna Ławrowa.
— Dostęp dla pana jest zamknięty.
— Jeśli spróbuje pan wejść siłą, wzywam policję.
Vika nieco się cofnęła.
Było to prawie niezauważalne.
Ale Andriej też to zauważył.
I dokładnie w tej sekundzie na jego twarzy po raz pierwszy pojawiło się nie zirytowanie, lecz strach.
Nie ten głośny strach, który robi sceny.
Inny.
Taki, który osiada gdzieś pod żebrami, kiedy człowiek nagle rozumie: miejsce, do którego szedł jak właściciel, już do niego nie należy, nawet w wyobraźni.
— Dzwoń do Mariny — powiedział ostro.
— Natychmiast.
— Nie jestem zobowiązany do dzwonienia do nikogo — odpowiedział ochroniarz.
— Otrzymałem dokumenty i instrukcje.
Wyciągnął jeden arkusz i podał go Andriejowi.
Ten chwycił papier tak, jakby chciał go rozedrzeć.
Ale nie rozdarł.
Ponieważ były tam pieczątki, podpisy, nazwiska.
A wśród nich — moje.
Ja w tamtym momencie nie siedziałam w domu.
Nie u przyjaciółki.
I nawet nie w biurze.
Siedziałam w kancelarii notarialnej naprzeciwko swojego prawnika i czytałam umowy, które kiedyś podpisywałam z pewnością człowieka budującego wspólne życie.
Teraz te same papiery wyglądały inaczej.
Chłodniej.
Uczciwiej.
Na stole stał szklany wazon z dawno uschniętymi gałązkami.
W poczekalni pachniało kurzem, papierem i mocną kawą z automatu.
Za ścianą ktoś kłócił się o pełnomocnictwo.
Świat nadal żył swoim biznesowym, nudnym życiem.
I to jakoś pomagało.
Bo gdyby świat w tamtym tygodniu zatrzymał się razem ze mną, prawdopodobnie bym nie wytrzymała.
Telefon zawibrował.
Imię na ekranie świeciło krótko i przerażająco znajomo: Andriej.
Nie odbierałam przez kilka sekund.
Po prostu patrzyłam.
Prawnik spojrzała na mnie, o nic nie pytając.
Potem mimo wszystko odebrałam.
— Coś ty narobiła? — usłyszałam od razu.
Bez powitania.
Bez pauzy.







