Przecież jestem matką, mam do tego prawo

— Kola, no ile można na ciebie czekać? Znowu się nie włącza!

Rzuć wszystko i wiej do domu, już trzecią godzinę patrzę w ścianę! — zawyła słuchawka głosem matki.

— Mamo, jestem w pracy. Przecież wiesz, że mam dzisiaj ciężki dzień.

Mam naradę za dziesięć minut, ludzie już siedzą w sali konferencyjnej — Mikołaj przycisnął telefon barkiem do ucha, chwytając teczkę z dokumentami.

— Wieczorem? Chyba sobie żartujesz! — ton matki natychmiast się zmienił.

— Mam siedzieć w ciszy przez cały dzień?

Mam ciśnienie, Kola, muszę się czymś zająć, a to pudło jakby się nade mną znęcało!

Czarny ekran i jakiś napis po angielsku.

Specjalnie kupiłeś taki skomplikowany model, żebym musiała cię ciągle prosić?

Żebym czuła się jak głupia staruszka?

— Kupiłem najprostszy telewizor, mamo.

Naciśnij przycisk „wł” na pilocie, jest czerwony. Duży. Na środku. Próbowałaś go nacisnąć?

— Za kogo ty mnie uważasz? Oczywiście, że naciskałam! I nic się nie dzieje.

No widzisz! Już podnosisz na mnie głos. A ja tylko poprosiłam syna o pomoc.

Własna matka prosi, a w odpowiedzi — same wyrzuty i pouczenia.

Przecież wiesz, że ja się na tej technice nic nie znam.

I z tymi papierami z emerytalnego… Przejrzałeś je? Przecież wczoraj położyłam ci je na stole.

— Mamo, wszystko przejrzę wieczorem. Proszę, daj mi popracować. Muszę iść, ludzie czekają.

— No jasne, praca. Zawsze praca i koledzy są ważniejsi od matki.

Przyjaciele są ważniejsi od matki. Wszystko jest ważniejsze! A matka — na ostatnim miejscu!

Dobrze, idź, zajmuj się swoimi bardzo ważnymi sprawami. A ja jakoś sama…

Jeśli serce wytrzyma to znęcanie się. Przecież dzisiaj nawet tabletek nie brałam, tak się zdenerwowałam.

Matka rzuciła słuchawkę.

Po pracy i tak do niej pojechał. Nie dlatego, że zatęsknił, i nawet nie dlatego, że poważnie przestraszył się o jej ciśnienie.

Wiedział: nie pojechać — oznacza skazać się na trzy dni niekończących się wiadomości o „niewdzięcznych dzieciach”, „oschłych sercach” i szczegółowych opisach objawów bliskiego zawału.

Łatwiej mu było poświęcić godzinę czasu, niż przez tydzień regenerować system nerwowy.

Podjechawszy pod stary stalinowski dom z wysokimi sufitami i patetycznymi łukami, Mikołaj długo siedział w samochodzie, nie decydując się na wejście.

Kiedy wszedł do mieszkania, matka siedziała w swoim ulubionym fotelu.

— Przyszedłeś jednak? — rzuciła, nie odrywając wzroku od zegara ściennego. — Mogłeś się tak nie śpieszyć.

Już przywykłam, że w tym domu moje prośby to pusty dźwięk.

Pilot jest na szafce. Już wszystkiego próbowałam, telewizor nie działa!

Mikołaj milcząc podszedł do telewizora. Rozwiązanie znalazł szybko — matka po prostu nacisnęła przycisk zmiany wejścia i przełączyła urządzenie w inny tryb.

— Już, działa — powiedział cicho, kładąc pilota na miejsce. — Po prostu zmieniłaś ustawienia wejścia.

— Oj, no jasne, u ciebie wszystko działa! — skrzywiła się niezadowolona.

— Przyszedł mistrz, pstryknął palcem — i voila.

A matka trzy godziny się męczyła. Dobra, usiądź chociaż. Czy znowu jesteś „na pięć minut”?

— Mamo, naprawdę jestem zmęczony. Przejdźmy do rzeczy. Co z tymi rachunkami?

— A teraz popatrz na te papierki. Coś tam namieszali z rozliczeniem za ogrzewanie.

Poszłam do tego ich centrum rozliczeniowego, ale tam siedzą same chamki, Mikołaju.

Niczego nie wyjaśniły, tylko machały swoimi papierkami i pukały w komputer.

Że niby „kobieto, idź stąd, mamy przerwę obiadową”.

Wyobrażasz sobie? Do mnie — „kobieto”!

— Mamo, mogę po prostu opłacić wszystko online — Mikołaj usiadł na samym brzegu kanapy.

— Nie trzeba nigdzie chodzić i z nikim się kłócić.

Daj mi rachunek, zrobię zdjęcie i zamknę sprawę.

— O nie, ty to wyjaśnij! — Olga Stanisławowna uderzyła dłonią w podłokietnik. — Dlaczego mam przepłacać?

Tobie pieniądze łatwo przychodzą, nie liczysz ich, a ja każdy grosz mam pod kontrolą.

Po prostu lenisz się wniknąć w moje problemy.

Łatwiej ci się wykupić, niż iść i bronić honoru matki.

— Bronić honoru w administracji z powodu pięćdziesięciu złotych? — Mikołaj nie wytrzymał i gorzko się uśmiechnął.

— Nie uważasz, że to zbyt energochłonne?

— Czyli bzdura? Pięćdziesiąt złotych to dla ciebie bzdura?

Wiesz, Mikołaju… Czasami wydaje mi się, że tylko czekasz, aż przestanę ci zawracać głowę.

Chcesz, żebym po prostu zniknęła i nie przeszkadzała ci cieszyć się życiem!

Mikołaj milczał. Mógłby powiedzieć wiele.

Mógłby przypomnieć, jak w wieku ośmiu lat sam chodził do sklepu po chleb i mleko podczas zamieci.

Bo matka była zbyt zajęta urządzaniem swojej przestrzeni osobistej.

Mógłby wspomnieć, jak zapominała odebrać go ze szkoły w srogi mróz.

Bo miała randkę z kolejnym „perspektywicznym mężczyzną”, a on czekał na nią przy wyjściu godzinami, przytulając się do ciepłego kaloryfera.

W wieku siedemdziesięciu pięciu lat matka miała nienaganny manicure, a na palcu błyszczał pierścionek z szafirem.

Zawsze umiała o siebie zadbać. Zawsze.

— Dlaczego milczysz? — zażądała rodzicielka, nie doczekawszy się reakcji. — Cały ojciec.

On też tygodniami milczał, patrzył przeze mnie, a potem po prostu spakował walizkę i odszedł, zostawiając mnie z małym dzieckiem na rękach!

— Ojciec odszedł, bo sprowadziłaś do domu Wiktora… Nie wracajmy do tego, mamo.

— Ach, więc o to chodzi — Olga Stanisławowna oparła się o oparcie fotela. — Wciąż pamiętasz?

Czterdzieści lat minęło, a ty wciąż chowasz urazę za to, że chciałam być po prostu szczęśliwa?

Za to, że chciałam, aby w domu był mężczyzna?

— Chciałaś komfortu, mamo. A ja w tym komforcie byłem zbędnym elementem. Uciążliwą przeszkodą…

— Jak śmiesz! — uniosła podbródek. — Byłeś dzieckiem! Niczego nie rozumiałeś!

Wiktor potrzebował przestrzeni osobistej, był naukowcem, pracował, przynosił do domu pieniądze!

Za które, nawiasem mówiąc, jedliśmy i ubieraliśmy się!

— Zajmował mój pokój — przerwał matce Kola. — Mój, mamo, pokój…

A ja spałem na polówce w przejściowym korytarzu, gdzie wiecznie wiało spod drzwi.

Wystawiłaś moje pudełka z zabawkami na balkon, bo wujek Witia musiał postawić swoje ogromne biurko.

Pamiętasz to, mamo? Pamiętasz, jak płakałem i prosiłem cię, żebyś nie zostawiała mnie z nim sam na sam?

Jak było mi niedobrze, gdy próbował mnie „tresować” i dawał kuksańce za to, że za głośno oddycham, gdy on czyta gazetę?

— Chciał jak najlepiej! — wykrzyknęła Olga Stanisławowna. — Wyrosłeś na ludzi, Mikołaju!

Spójrz na siebie — odniosłeś sukces, masz biznes, opływasz w dostatki!

I to wszystko dzięki temu, że cię nie rozpieszczano, że znałeś dyscyplinę od małego!

— Nie, mamo. To dzięki temu, że bardzo wcześnie, mając jakieś dziesięć lat, ostatecznie zrozumiałem.

Zrozumiałem, że nikt mi na tym świecie nie pomoże.

A liczenie na ciebie to jak budowanie zamku na ruchomych piaskach.

Zawsze wybierałaś mężczyzn, zawsze wybierałaś swój spokój i swoje interesy.

Czy ty w ogóle o mnie pamiętałaś? Troszczyłaś się?

A teraz szczerze się dziwisz, dlaczego nie chcę pić z tobą herbaty i omawiać rachunków za gaz?

Olga Stanisławowna teatralnie przycisnęła dłoń do piersi.

— Jak możesz tak mówić… Przecież jestem matką. Dałam ci życie.

Nie spałam po nocach, kiedy chorowałeś!

— Dałaś mi życie, to prawda — Mikołaj wstał i zaczął powoli zapinać kurtkę.

— Ale straciłaś syna w tym samym dniu, w którym zamknęłaś drzwi do swojej sypialni przed moim nosem i powiedziałaś:

„Kola, idź pobaw się na dworze parę godzin, musimy z Wiktorem poważnie porozmawiać”.

Na dworze był listopad, mamo. Lał lodowaty deszcz. Miałem dziewięć lat.

Przemokłem do suchej nitki, szczękałem zębami, ale nie śmiałem wrócić, bo wiedziałem, że się rozzłościsz.

I twój Witia też…

— Nie pamiętam czegoś takiego! — ucięła. — Wszystko wyolbrzymiasz, jak zawsze.

Dzieci zawsze pamiętają tylko krzywdy, a nigdy nie pamiętają poświęceń.

Nie rozumiesz, jak to jest zostać samą, bez oparcia, w tym okrutnym świecie…

— Oparciem miałem stać się ja, kiedy dorosnę. Ale nie dałaś mi szansy.

Wiesz, co jest najgorsze? Pomagam ci teraz nie z miłości i nawet nie z synowskiego obowiązku, o którym tak lubisz rozprawiać.

— A z czego w takim razie? — matka zmrużyła oczy. — Z litości?

— Z przyzwyczajenia do bycia wygodnym.

Naprawiam twój przeklęty telewizor, biegam po urzędach i załatwiam ci najlepszych lekarzy tylko po to, żebyś milczała.

Ja po prostu kupuję sobie spokój!

Olga Stanisławowna zerwała się z fotela.

— Won! — zawyła. — Wynoś się natychmiast!

Jeśli tak cię brzydzi przebywanie tutaj, to ja niczego od ciebie nie potrzebuję! Słyszysz? Niczego!

Znajdę kogoś, kto mi pomoże. Sąsiedzi pomogą, są służby socjalne…

Są ludzie lepsi i bardziej miłosierni!

Mikołaj powoli pokiwał głową.

— Dobrze, mamo. Jeśli tak będzie dla ciebie lepiej, to tak zrobię.

Rachunki zabiorę, opłacę je jutro rano.

Więcej nie będę cię niepokoić swoją obecnością.

Ruszył w stronę wyjścia. W przedpokoju, oświetlonym przygaszoną żarówką, zatrzymał się przed starym lustrem.

Patrzył z niego zmęczony, siwy mężczyzna, który wreszcie, pierwszy raz w życiu, wypowiedział prawdę na głos.

I świat od tej prawdy się nie zawalił. Sufit nie spadł, niczyje serce się nie zatrzymało.

— Kola! — dobiegł jej krzyk z salonu. — Kola, ty nie mówisz poważnie?

A co z papierami z emerytalnego? Nawet nie sprawdziłeś numeru konta! Kola!

Nie odpowiedział.

Usiadłszy w samochodzie, Mikołaj długo nie zapalał silnika.

Oddychał głęboko, próbując opanować drżenie kolan.

Telefon na siedzeniu pasażera ożył — przyszła wiadomość od żony:

„Wstąpisz do supermarketu? Dzieci prosiły o pizzę i sok, a mamy pustą lodówkę. Czekamy na ciebie, całujemy”.

Uśmiechnął się.

— Tak — powiedział sam do siebie, przekręcając kluczyk w stacyjce.

— Wstąpię. Oczywiście, że wstąpię! Co ze mną? Przecież mam rodzinę. Prawdziwą…

Matka zadzwoniła w następną środę, punktualnie o jedenastej rano.

I rozmowa znowu zaczęła się od wyrzutów.

— Kola, wyobraź sobie, ten fachowiec, którego przysłałeś… Nabłocił w przedpokoju!

I kran w kuchni znowu zaczął kapać. Nie mogę spać, ten dźwięk działa mi na nerwy!

Kiedy będziesz mógł wpaść?

Mikołaj wysłuchał matki w milczeniu.

— Prześlę fachowca jeszcze raz, mamo — powiedział spokojnie. — I zapłacę za jego pracę.

Więcej nie nabłoci, uprzedzę go.

Ale ja sam nie będę mógł przyjechać. Ani dzisiaj, ani w weekend.

— Jak to — nie będziesz mógł? — pisnęła. — A kran? A ja?

Kola, ty co, wciąż się dąsasz o tamte słowa?

No, oboje daliśmy ponieść się emocjom, każdemu się zdarza…

Przecież jestem matką, mam prawo do emocji.

— Nie dąsam się, mamo. Po prostu nie mam już dla ciebie wolnego czasu.

W moim życiu są teraz inne priorytety.

Fachowiec będzie jutro o dziesiątej.

Rachunki i wszelkie faktury po prostu fotografuj i przesyłaj mojej asystentce. Ona wszystko opłaci.

— Asystentce? — Olga Stanisławowna aż się zapowietrzyła z oburzenia.

— Chcesz, żeby obca dziewucha widziała moje wydatki? Chcesz mnie ostatecznie poniżyć?

— Nie, chcę uwolnić samego siebie. Wszystkiego dobrego, mamo. Dbaj o siebie.

Odłożył słuchawkę z twardym postanowieniem, by nigdy więcej nie rozmawiać z kobietą, która go urodziła.

Mikołaj kontynuował wypełnianie wszystkich zobowiązań finansowych.

Rachunki były płacone na czas, kurierzy przywozili najlepsze produkty, kran naprawiali profesjonaliści.

Ale nigdy więcej nie przekroczył progu tamtego mieszkania.

Olga Stanisławowna żyła jeszcze długo, do samego końca opowiadając sąsiadkom o swoim niewdzięcznym synu.

O tym, który „zapomniał smaku matczynego mleka i wykupuje się marnymi datkami”.

Nigdy nie zdołała zrozumieć, w którym dokładnie momencie straciła go na zawsze.

Szczerze uważała, że jej prawo do komfortu było święte.

A uczucia dziewięcioletniego chłopca na zimnym deszczu — nieporozumieniem.