Dojadałam sałatkę w kuchni biurowej.
W tym momencie Artiom wpadł z telefonem w ręku.

— Przestań żyć na mój koszt!
— Zobaczymy, jak będziesz śpiewać bez moich pieniędzy!
Za jego plecami stali nasi współpracownicy.
Lenka z księgowości.
Witia-programista.
Nawet szefowa Karina Igoriewna wyjrzała z gabinetu.
Wszyscy wiedzieli, że pracujemy w jednej firmie.
Nie wszyscy wiedzieli, że jesteśmy małżeństwem.
— Artiom, porozmawiajmy w domu.
Próbowałam wstać, ale nogi się pode mną ugięły.
— Nie!
Podniósł głos.
— Niech wszyscy wiedzą, jaka jesteś!
— Siedzisz na stanowisku, które ci załatwiłem!
— Zarabiasz grosze i jeszcze jesteś zadowolona!
— A ja, idiota, płacę za mieszkanie, samochód i twoje szmaty!
— Nie prosiłam o szmaty…
— Oczywiście!
— Ty nigdy o nic nie prosisz!
— Siedzisz cicho jak mysz ze swoimi trzydziestoma tysiącami!
Rzucił na stół wydruk.
— Proszę!
— Moje wydatki za miesiąc — dwieście tysięcy!
— Twoje — dziesięć!
— I to z mojej karty!
— Na co wydajesz swoją pensję?
Artiom drgnął.
Ale szybko się opanował.
— Chciałem ci zrobić prezent!
— Voucher!
— Ale teraz zapomnij!
— W moim telefonie to studio ma inny numer.
Wyjęłam smartfon.
— I inny adres.
— To jest w Południowym Butowie.
— Nigdy tam nie byłam.
— Pomyliłem!
— Mają filie!
Wyrwał mi kartkę.
— Nie zmieniaj tematu!
— Podpisujesz umowę o rozdzielności finansów czy pakujesz się i wychodzisz!
— Artiom…
Karina Igoriewna podeszła bliżej.
— To przesada.
— Jesteście małżeństwem.
— Byliśmy!
Wyciągnął tablet.
— Proszę!
— Umowa!
— Sporządzona z prawnikiem!
— Wszystkie wydatki po połowie!
— Nie dasz rady — wyprowadzasz się!
— Mieszkanie jest moje.
— Kupione przed ślubem!
Czytałam dokument.
Ręce mi drżały.
— Pięćdziesiąt procent kredytu — siedemdziesiąt tysięcy.
— Opłaty — dziesięć.
— Jedzenie — trzydzieści.
— Paliwo — dwadzieścia.
— Artiom…
— To więcej niż ja zarabiam…
— Znajdź drugą pracę!
— Albo trzecią!
Podał mi długopis.
— Podpisuj!
— Przy świadkach!
Wzięłam długopis.
Witia odwrócił wzrok.
Lenka kręciła głową.
A ja podpisałam.
Dwa egzemplarze.
— No i pięknie!
Schował jeden do torby.
— Pierwsza płatność jutro!
— Siedemdziesiąt tysięcy za kredyt!
— Do wieczora!
Wyszedł.
Wszyscy milczeli.
— Alina…
Lenka usiadła obok.
— Co ty zrobiłaś?
— Wiem.
Schowałam umowę.
— Wszystko wiem.
Wieczorem wróciłam do domu ostatnia.
Artiom siedział w salonie z laptopem i kalkulatorem.
— Tak!
Nawet nie podniósł głowy.
— Prąd — trzy tysiące z ciebie.
— Woda — półtora.
— Internet — tysiąc.
— Notuj!
Poszłam do sypialni.
Wyjęłam walizkę.
— Co robisz?
Pojawił się w drzwiach.
— Pakuję się.
— Nie dam rady z tymi wydatkami.
— Aha!
Ucieszył się.
— Poddałaś się!
— Wiedziałem!
— Proś o wybaczenie.
— Może zmienię zdanie!
— Nie zmienisz.
Pakowałam rzeczy.
— Powiedziałeś to przy wszystkich.
— Teraz nie możesz się wycofać.
— I bardzo dobrze!
— Nie będziesz żyć na mój koszt!
Odwróciłam się.
— Artiom…
— Pamiętasz, jak się poznaliśmy?
— W pracy.
— I co?
— Przyszedłeś jako stażysta.
— Do naszego działu.
— Ja cię szkoliłam.
— I co?
Spiął się.
— Już dawno nie jestem stażystą!
— Jestem kierownikiem działu sprzedaży!
— Dwieście pięćdziesiąt tysięcy miesięcznie!
— Wiem.
— A ja zostałam zwykłym menedżerem.
— Na trzydziestu tysiącach.
— Bo nie masz ambicji!
— Siedzisz w miejscu!
Wyjęłam z szafy teczkę.
— Nie.
— Bo trzy lata temu zwolniło się stanowisko kierownika.
— Pamiętasz?
— Kiedy Pietrow odszedł.
— No i?
— Ja je dostałem!
— Uczciwie!
— Karina mnie wybrała!
— Po tym, jak ja odmówiłam.
Artiom zamarł.
— Co?
Podałam mu dokument.
Wniosek sprzed trzech lat.
— Proszę nie rozpatrywać mojej kandydatury na stanowisko kierownika z powodów rodzinnych.
— Karina najpierw zaproponowała je mnie.
— Pracowałam sześć lat w firmie.
— Ty pół roku.
— Ale ty tak przeżywałeś, że twoja kariera nie idzie do przodu.
— Mówiłeś, że mężczyzna powinien zarabiać więcej.
— Że inaczej rodzina się rozpadnie.
— Ty… zrezygnowałaś z awansu?
— Pamiętasz mieszkanie?
— Mówiłeś, że prawie uzbierałeś na wkład własny.
— Brakowało trzystu tysięcy.
— Mama pomogła!
— Twoja mama dała pięćdziesiąt.
Wyjęłam kolejną teczkę.
— Tu jest pokwitowanie.
— A tu wyciąg z mojego konta.
— Trzysta tysięcy.
— Dzień przed tym, jak „uzbierałeś”.
— Skąd ty miałaś…
— Tata zostawił.
— Ubezpieczenie po jego śmierci.
— Trzymałam na czarną godzinę.
Artiom usiadł na łóżku.
— A samochód?
— Jaki samochód?
Zamknęłam walizkę.
— No… mój… nasz…
— Przecież kupiłem…
— Na kredyt.
— Wkład własny — sto pięćdziesiąt tysięcy.
— Pamiętasz?
— Wtedy zepsuł mi się telefon.
— Prosiłam o pieniądze na nowy.
— Powiedziałeś, żebym poczekała miesiąc.
— Czekałam trzy.
— Bo oddałam ci wszystkie oszczędności.
— Tu są przelewy.
Kładłam dokumenty jeden po drugim.
— Przelewy.
— Paragony.
— Potwierdzenia.
— Siłownia.
— Roczny karnet.
— Chciałeś zrobić wrażenie na klientach.
— Sześćdziesiąt tysięcy.
— Z mojej karty.
— Garnitury — osiemdziesiąt.
— Zegarek — sto dwadzieścia.
— Mężczyzna musi wyglądać na sukces.
Artiom milczał.
— A wiesz, co jest najśmieszniejsze?
Usiadłam obok.
— Studio urody „Elena”.
— W Południowym Butowie.
— Wiem, kim jest Elena.
— Widziałam jej profile.
— Piękna.
— Młoda.
— Dlaczego myślisz, że nie zrobiłam sceny?
— Bo byłam zmęczona.
— Trzy lata inwestowałam w twój sukces.
— W twoją karierę.
— W twój wizerunek.
— A ty nawet nie zauważyłeś, kiedy przestałam.
— Pół roku temu.
— Gdy dowiedziałam się o Elenie.
— To nie jest tak, jak myślisz!
— To nieważne.
— Naprawdę nieważne.
— Wiesz, dlaczego podpisałam twoją umowę?
— Bo jutro jest poniedziałek.
— Pamiętasz, co jutro?
— Zebranie akcjonariuszy.
— Będą wybierać nowego dyrektora handlowego.
— Pensja — pięćset tysięcy.
— Karina dostała dziś nagrania.
— Jak krzyczysz na żonę.
— Jak ją poniżasz.
— Jak się kompromitujesz.
Artiom zerwał się.
— Ty specjalnie!
— Wszystko zaplanowałaś!
— Nie.
— Sam to zrobiłeś.
— Ja tylko podpisałam.
— Przy świadkach.
— Teraz wszyscy wiedzą.
— Że mamy rozdzielność finansową.
— Że nic nie dostanę przy rozwodzie.
— Jakim rozwodzie?
— Naszym.
Wzięłam walizkę.
— Jutro składam pozew.
— Wszystko zostaje przy tobie.
— I długi też.
— Jakie długi?
— Kredyt.
— Samochód.
— I Elena.
— Dwieście tysięcy euro.
— „Dziękuję mojemu sponsorowi”.
— Z twoim zdjęciem.
Poszłam do drzwi.
— Alina!
— Poczekaj!
— Porozmawiajmy!
— O czym?
— O tym, jak będziesz żyć bez pieniędzy?
— Ja sobie poradzę.
— Ty się zastanów nad sobą.
— To ty mnie sponsorowałaś…
— Tak.
— Ale już nie.
Wyszłam.
Z jego mieszkania.
Do swojego życia.
Telefon dzwonił bez przerwy.
Wyciszyłam go.
I pierwszy raz od dawna poczułam spokój.







