Przyjechała sprawdzić puste mieszkanie matki.

Swieta zamarła na progu.

— Ja tu mieszkam, a ty kim jesteś? — zapytała niezadowolona nieznajoma.

Klucz obrócił się w zamku miękko, bez wysiłku.

Swieta odruchowo zauważyła, że mechanizm należałoby już nasmarować, ale ta myśl zniknęła, rozpłynęła się, gdy tylko drzwi otworzyły się do wnętrza mieszkania.

W przedpokoju paliło się światło.

Na półce na buty stały cudze trampki, małe, damskie, oraz różowe kalosze z narysowanymi jednorożcami.

Z kuchni dochodził zapach świeżo zaparzonej kawy.

Swieta znieruchomiała na progu.

Klucze wysunęły jej się z palców i z hukiem upadły na laminowaną podłogę.

Z pokoju wyszła kobieta.

Miała około trzydziestu pięciu lat, była szczupła, z włosami koloru mysiego, zebranymi w niedbały kok.

Miała na sobie domowy szlafrok, ten sam, który Swieta podarowała matce dwa lata wcześniej.

Niebieski, z haftowanymi chabrami.

Kobieta patrzyła na Swietę bez strachu, raczej z zmęczonym rozdrażnieniem.

— Ja tu mieszkam — powiedziała niezadowolona.

— A ty kim jesteś?

Swieta otworzyła usta i zamknęła je z powrotem.

Powietrze w mieszkaniu było obce.

Nie pachniało perfumami matki, lecz proszkiem do prania i czymś dziecięcym, mlecznym.

— Ja… to mieszkanie mojej matki — głos zabrzmiał chrapliwie, nieprzekonująco.

— Kim pani jest?

— Jak pani się tu dostała?

Zza pleców kobiety wyjrzała dziewczynka.

Miała jakieś pięć lat, jasne warkoczyki, ciekawe oczy i ślad po poduszce na policzku.

Przyciskała do piersi pluszowego zająca z oderwanym uchem.

Swieta widziała tego zająca wcześniej.

Stał na półce w szafie, w pokoju, który matka nazywała dziecięcym, choć w tym mieszkaniu od trzydziestu lat nie było dzieci.

— Mamo, kto to? — zapytała dziewczynka.

Kobieta przesunęła dziecko za swoje plecy.

Był to gest automatyczny, matczyny.

Swieta poczuła, jak do gardła podchodzi jej mdłości.

Rozpoznała ten gest.

Tak robiła jej matka, kiedy Swieta była mała i podchodził do nich ktoś obcy.

— Dzwonię na policję — powiedziała Swieta i sięgnęła po telefon.

— Dzwoń — odpowiedziała spokojnie kobieta.

— Mam umowę.

— Jaką znowu umowę?

— Użyczenia bezpłatnego.

— Dała mi ją Galina Iwanowna.

— Właścicielka mieszkania.

Swieta zastygła.

Telefon drżał jej w dłoni.

— Kłamie pani.

Kobieta podeszła do komody w przedpokoju, wysunęła szufladę i wyjęła teczkę.

Podała ją Swiecie.

W środku leżała umowa, wydrukowana na dwóch kartkach, z podpisem matki na dole.

Swieta rozpoznała pismo.

Starannie zapisane litery, zawijasy, fioletowy tusz.

Matka zawsze używała wyłącznie fioletowych długopisów.

Ten nawyk został jej jeszcze z czasów pracy w księgowości.

Umowa była sporządzona poprawnie, z podaniem danych paszportowych obu stron.

Anna Siergiejewna Bielikowa, urodzona w 1982 roku.

Swieta przeczytała nazwisko dwa razy i nic nie poczuła.

Wtedy jeszcze nic nie poczuła.

— Dzwonię do matki — ucięła.

— Dzwoń — kobieta wzruszyła ramionami.

Sygnały trwały długo.

Pięć, sześć, siedem.

Swieta już chciała się rozłączyć, kiedy w słuchawce rozległ się głos.

— Tak, Swieta, co się stało? — Galina Iwanowna mówiła spokojnie, nawet sennie.

W tle słychać było radio, nadawano prognozę pogody.

— Mamo, w twoim mieszkaniu są obcy ludzie.

— Jakaś kobieta z dzieckiem.

Pauza w słuchawce trwała sekundę.

Może dwie.

Ale Swiecie wydała się wiecznością.

— Nie waż się ich ruszać — powiedziała w końcu matka.

Jej głos się zmienił, stwardniał.

— To mój dom i mam prawo wpuścić tam tego, kogo uznam za stosowne.

— W tym mieszkaniu jesteś nikim, dopóki żyję.

Swieta stała pośrodku przedpokoju, przyciskając telefon do ucha.

Słowa matki uderzały ją jak policzki.

Nikim.

Dopóki żyję.

Patrzyła na obcą kobietę w szlafroku z chabrami, na dziewczynkę z pluszowym zającem, i świat wokół niej powoli się przewracał.

— Mamo, wyjaśnij…

— Nie ma czego wyjaśniać — ucięła Galina Iwanowna.

— Anna tam mieszka i koniec.

— Nie wtrącaj się, Swietłano.

— Powiedziałam.

W słuchawce rozległy się krótkie sygnały.

Swieta opuściła rękę.

Anna patrzyła na nią z tym samym spokojnym wyrazem twarzy.

— Przekonałaś się? — zapytała.

Swieta nie odpowiedziała.

Pochyliła się, podniosła klucze z podłogi i nagle zamarła.

Jej wzrok padł na starą fotografię stojącą na komodzie.

Stała tam zawsze, odkąd Swieta pamiętała.

Młoda matka w białej chustce trzymała noworodka owiniętego w koc.

Fotografia była czarno-biała, z zagiętym rogiem.

Dopiero teraz Swieta zauważyła coś, czego wcześniej nie dostrzegała.

Twarz niemowlęcia na zdjęciu była zamazana.

Starannie, ale brutalnie, zdarta czymś ostrym, jakby ktoś zeskrobywał ją paznokciem albo ostrzem.

W miejscu drobnych rysów pozostała tylko biała plama.

— Co to jest? — zapytała Swieta, wskazując na fotografię.

Anna spojrzała i po raz pierwszy na jej twarzy przemknęło coś podobnego do niepewności.

— Nie wiem — powiedziała.

— Galina Iwanowna postawiła ją tutaj, kiedy się przeprowadzała.

— Ja jej nie ruszałam.

Swieta nie pamiętała, jak wyszła z mieszkania.

Dopiero zimne powietrze na klatce schodowej przywróciło ją do przytomności.

Drzwi windy zamknęły się, a ona zobaczyła swoje odbicie w lustrzanym panelu.

Kobieta trzydziestoośmioletnia, odnosząca sukcesy pośredniczka nieruchomości, zamężna, w drogim płaszczu i z idealną fryzurą.

I oczy zaszczutego, bitego psa.

Jechała samochodem i nie widziała drogi.

Nawigacja prowadziła ją obojętnym głosem, powtarzając wciąż to samo.

Swieta przewijała w głowie każdy szczegół.

Umowę.

Szlafrok.

Zająca z oderwanym uchem.

I fotografię.

Fotografię z zamazaną twarzą niemowlęcia.

Dmitrij spotkał ją w kuchni.

Zobaczył twarz żony i od razu odłożył telefon, w którym przeglądał służbowe wiadomości.

— Co się stało?

Swieta usiadła na krześle, nie zdejmując płaszcza, i opowiedziała wszystko.

Dmitrij słuchał uważnie, nie przerywając.

Przez piętnaście lat małżeństwa nauczył się czytać nastrój żony z pół spojrzenia.

Prawnicza logika, wyostrzona latami praktyki, natychmiast zaczęła pracować.

— Twoja matka miała prawo zawrzeć umowę użyczenia bezpłatnego — powiedział, gdy Swieta skończyła.

— Mieszkanie jest jej, jest właścicielką.

— Ale jeśli chcemy to podważyć, potrzebny jest powód.

— Na przykład niezdolność do czynności prawnych.

— Albo…

— Dima — przerwała Swieta.

— Na komodzie jest fotografia.

— Patrzyłam na nią setki razy i nie widziałam.

— A dziś zobaczyłam.

— Niemowlęciu zdarto twarz.

— Poczekaj, co ma do tego fotografia?

— To, że matka coś ukrywa — Swieta wstała i podeszła do okna.

Za szybą ciemniało wieczorne miasto, światła rozmazywały się w mżawce.

— Ta Anna… trzeba było ją widzieć.

— Ona nawet się mnie nie przestraszyła.

— Czekała, aż przyjdę.

— Matka pewnie ją uprzedziła.

Dmitrij odchylił się na oparcie krzesła i potarł nasadę nosa.

— Zacznijmy po kolei.

— Co wiesz o tej Annie?

— Nic.

— Zupełnie nic.

— Widziałaś rok urodzenia w umowie?

— Tysiąc dziewięćset osiemdziesiąty drugi.

Dmitrij zamilkł, licząc w myślach.

— Twoja matka miała wtedy dziewiętnaście lat.

Swieta powoli odwróciła się od okna.

Myśl, którą odpychała od siebie przez cały wieczór, wreszcie ułożyła się w słowa.

— Jadę do matki na daczę — powiedziała.

— Natychmiast.

— Swieta, jest już dziewiąta wieczorem.

— Mam to gdzieś.

— Nie zasnę, dopóki nie dowiem się, co tam się dzieje.

Wyszła z domu, nie przebierając się, tylko chwyciła kluczyki do samochodu.

Dmitrij wyszedł za nią, narzucając kurtkę prosto na domową koszulkę.

— Jadę z tobą.

— Nie trzeba — Swieta odwróciła się.

— Znasz ją.

— Przy tobie się zamknie.

— A mnie samą łamie od dzieciństwa w sekundę.

— Tylko tym razem muszę być na swoim terenie, żeby jej na to nie pozwolić.

— Pozwól mi samej.

Dmitrij kiwnął głową.

Znał relacje żony z Galiną Iwanowną.

Znał je i milczał, jak milczą mężowie, którzy nie chcą wchodzić w kobiece rodzinne wojny.

— Dzwoń co parę godzin.

— Jeśli coś się stanie, od razu wyjeżdżam.

Swieta wsiadła do samochodu i wyjechała na trasę.

Podmiejska szosa była pusta w ten powszedni wieczór.

Wycieraczki rytmicznie ścierały krople deszczu z przedniej szyby, tworząc iluzję spokojnej jazdy.

W środku Swieta cała kipiała.

Wspominała.

Wspominała, jak w wieku dwudziestu lat przyniosła matce zdjęcie chłopaka, z którym się spotykała.

„Jest perspektywiczny?” — zapytała wtedy matka, nawet nie spojrzawszy na fotografię.

Swieta przypomniała sobie, jak w wieku trzydziestu pięciu lat usłyszała od ginekologa diagnozę niepłodności jajowodowej i jak matka powiedziała na to: „Mówiłam ci, żebyś nie zwlekała z dziećmi”.

Jakby była to konsekwencja nie zaniedbanego zapalenia, przechodzonego na nogach podczas sesji, lecz jakiejś kosmicznej kary za karierę.

Dacza powitała ją światłem w oknach i zapachem dymu z komina.

Galina Iwanowna nie spała.

Siedziała na werandzie w starym bujanym fotelu i piła herbatę, patrząc w ciemność za oknem.

Usłyszawszy dźwięk silnika, nawet nie drgnęła.

Czekała.

Swieta weszła bez pukania.

Nie zdjęła brudnych butów celowo, zostawiając mokre liście na czystej wycieraczce.

Matka odprowadziła wzrokiem tę drobną dywersję i uśmiechnęła się szyderczo.

— W ogóle nie masz szacunku, skoro pakujesz się w butach.

— Komu oddałaś moje mieszkanie, mamo?

Pytanie zabrzmiało ostrzej, niż Swieta chciała.

Ale na odwrót było już za późno.

— Swoje mieszkanie — poprawiła Galina Iwanowna, odstawiając filiżankę.

— Nie twoje.

— Moje.

— Twoje mieszkanie jest w mieście, na kredyt, nawiasem mówiąc, i nie dałam ci na nie ani kopiejki, bo jesteś dumna i samodzielna.

— A to jest moje.

Swieta usiadła naprzeciwko.

Starała się mówić spokojnie, ale głos jej drżał.

— Kim jest Anna?

— Dlaczego ma umowę?

— Dlaczego mieszka w naszym mieszkaniu z dzieckiem, a ja dowiaduję się o tym przypadkiem?

— Bo przez ostatnie pół roku ani razu tam nie zajrzałaś — ucięła matka.

— Przyszłaś podlać fikusa.

— A on już od miesiąca stoi suchy, tylko ty dopiero teraz zauważyłaś.

— Nie zmieniaj tematu.

— Kim ona jest?

Galina Iwanowna zacisnęła usta i długo milczała.

Potem wstała, podeszła do kredensu, wyjęła butelkę nalewki i dolała sobie do herbaty.

Ręce jej nie drżały, ale ruchy były spowolnione, ciężkie.

— To lokatorka.

— Wpuściłam ją, bo mi nie szkoda, a one nie mają gdzie mieszkać.

— Co cię to obchodzi?

— Mamo — Swieta podniosła głos.

— Wpuszczasz do mieszkania obcą kobietę z dzieckiem, nic mi nie mówisz, a kiedy przyjeżdżam, ta nieznajoma oświadcza mi, że tam mieszka.

— Co mam myśleć?

Galina Iwanowna gwałtownie się odwróciła.

Jej oczy błysnęły niebezpiecznym ogniem, znanym Swiecie od dzieciństwa.

Taki wzrok matka miała przed awanturami, po których Swieta płakała w poduszkę i pisała w pamiętniku, że nienawidzi samej siebie.

— Masz myśleć o tym, że przeżyłaś swoje życie tak, jak chciałaś! — głos matki wzbił się do pisku.

— Niczego sobie nie odmawiałaś!

— Karierę zrobiłaś, faceta znalazłaś, pieniądze masz!

— A dzieci nie masz!

— Twoja macica, Swieta, to sucha studnia.

— Nie chciałaś rodzić, wszystko odkładałaś, odkładałaś, a teraz pociąg odjechał.

— A Anna urodziła.

— Rozumiesz?

— Urodziła żywą duszę.

Swieta poczuła, jak krew napływa jej do twarzy.

W uszach zaszumiało.

Sucha studnia.

Matka powiedziała to zwyczajnie, jak o pogodzie, nawet się nie skrzywiła.

— Ty… ty wiesz, dlaczego nie mogę mieć dzieci? — wyszeptała Swieta.

— Bo Bóg nie daje tym, którzy nie proszą.

— Nie, mamo.

— Bo kiedy byłam na trzecim roku studiów, dzwoniłaś do mnie codziennie i opowiadałaś, jaką jestem beznadziejną córką.

— Jak cię hańbię tym, że wciąż nie jestem mężatką.

— Biegłam na egzamin i płakałam, a potem wpadłam pod samochód, bo nie patrzyłam na drogę.

— Miałam krwotok wewnętrzny, infekcję, powikłania.

— Ty to w ogóle pamiętasz?

Galina Iwanowna pobladła, ale szybko się opanowała.

— Wiecznie szukasz winnych.

— Chciałam dla ciebie dobra, a ty wszystko odwróciłaś.

— Kim jest Anna? — powtórzyła Swieta twardo.

Matka milczała.

Odwróciła się do okna, krzyżując ręce na piersi.

Postawa była zamknięta, obronna.

Swieta nagle zrozumiała: matka coś ukrywa.

Nie tylko historię z lokatorką, ale coś znacznie poważniejszego.

Coś, co sprawiało, że ona, władcza i nigdy się nie usprawiedliwiająca, teraz chowała oczy.

— Mam prawo wiedzieć — powiedziała Swieta cicho.

— Oddałaś klucze obcej kobiecie.

— Wpuściłaś ją do domu, w którym dorastałam.

— Do mojego pokoju.

— Twój pokój jest pusty — powiedziała Galina Iwanowna, nie odwracając się.

— Nie mieszkasz tam od dwudziestu lat.

— Anna nie jest obca.

— Ona… — matka zacięła się.

— Ona ma większe prawo tam mieszkać niż ty.

Swieta wstała.

Powoli podeszła do matki i stanęła tak, żeby widzieć jej twarz.

— Dlaczego?

Galina Iwanowna patrzyła w podłogę.

Zmarszczki przy ustach zarysowały się ostrzej niż wcześniej.

Wargi drgnęły.

Przez sekundę Swiecie wydało się, że matka zaraz się rozpłacze, ale tak się nie stało.

— Wyjdź — powiedziała głucho.

— Jestem zmęczona.

— Nie wyjdę, dopóki nie wyjaśnisz.

— Wyjdź, Swieta.

— Proszę.

Słowo „proszę” Swieta słyszała od matki tak rzadko, że zadziałało mocniej niż krzyk.

Postała jeszcze minutę, a potem odwróciła się i wyszła.

Usiadła w samochodzie i długo siedziała nieruchomo, patrząc na oświetlone okna daczy.

Matka nie wyszła, nie zawołała jej.

Tylko cień miotał się za zasłonami, i w tym miotaniu było coś strasznego.

W domu Dmitrij czekał na nią z kolacją i niepokojem w oczach.

Swieta opowiedziała rozmowę, a pod koniec opowieści mąż wyglądał ponurzej niż burzowa chmura.

— Ona coś ukrywa — powtórzył jej własną myśl.

— I to coś, najwyraźniej, jest bezpośrednio związane z Anną.

— To nie jest zwykła lokatorka.

— Co robimy?

— Szukamy informacji — Dmitrij otworzył laptop.

— Bielikowa Anna Siergiejewna, rocznik tysiąc dziewięćset osiemdziesiąty drugi.

— To wystarczy, żeby sprawdzić bazy.

— Dima, czy to legalne?

— Mam znajomego w biurze paszportowym, który jest mi winien przysługę.

— Nieformalną.

Swieta kiwnęła głową.

Po raz pierwszy tego wieczoru poczuła coś podobnego do oparcia.

Dmitrij zawsze był taki.

Kiedy emocje przekraczały granice, włączał prawnika i rozkładał problem na części.

Kolejne kilka dni zamieniło się w oczekiwanie.

Swieta chodziła do pracy, oprowadzała klientów po mieszkaniach, uśmiechała się do nich, a sama co pięć minut sprawdzała telefon.

Trzeciego dnia Dmitrij wrócił do domu z wydrukami.

— Usiądź — powiedział od progu.

— Jest tu co czytać.

Anna Siergiejewna Bielikowa, urodzona w mieście Kolczugino w obwodzie włodzimierskim.

Wychowanka domu dziecka numer cztery.

Rodzice nieznani.

W rubryce „matka” widniała kreska.

W rubryce „ojciec” widniała kreska.

Data urodzenia: czwarty listopada tysiąc dziewięćset osiemdziesiątego drugiego roku.

Swieta przeczytała datę urodzenia trzy razy.

Potem wzięła telefon i zaczęła przeglądać stare zdjęcia w chmurze.

Znalazła album, który kilka lat wcześniej zdigitalizowała na prośbę matki.

Przewijała długo, aż zatrzymała się na zdjęciu, które kiedyś sfotografowała telefonem.

Młoda Galina Iwanowna stoi na tle sali szpitalnej.

W ramionach trzyma zawiniątko z niemowlęciem.

Na odwrocie widniał napis fioletowym tuszem, pismem matki: „Anieczka, listopad 1983”.

— To niemożliwe — wyszeptała Swieta.

Zaczęła grzebać w rodzinnych archiwach, które były przechowywane w pudełku na pawlaczu.

Znalazła akt małżeństwa rodziców.

Siódmy lutego tysiąc dziewięćset osiemdziesiątego czwartego roku.

Dwa miesiące po urodzeniu Anny.

— Urodziła przed ślubem — Swieta mówiła na głos, ale słowa brzmiały głucho, jak przez watę.

— Urodziła i się zrzekła.

— Zostawiła dziecko w szpitalu położniczym.

— A potem wyszła za ojca, który pewnie nic nie wiedział.

— Albo wiedział, ale milczał.

Dmitrij wziął z jej rąk dokumenty i uważnie je przejrzał.

— Wygląda na to.

— Anna jest twoją siostrą, Swieta.

— Przyrodnią od strony matki.

Świat zachwiał się i wrócił na miejsce, ale już w innej konfiguracji.

Wszystkie dziecięce urazy, wszystkie matczyne wyrzuty, całe to „jesteś niewdzięczną córką” nagle nabrały nowego sensu.

Matka nie tylko wymagała od Swiety idealności.

Próbowała przez nią odkupić grzech.

Ten sam, który popełniła w wieku dziewiętnastu lat, kiedy przestraszyła się hańby i porzuciła pierwsze dziecko.

— Oddała jej mieszkanie — powiedziała cicho Swieta.

— Swojej tajnej córce.

— A mnie wystawiła za drzwi.

Dmitrij usiadł obok i objął ją za ramiona.

— Możemy zaskarżyć czynność.

— Jeśli udowodnimy, że twoja matka działała pod wpływem błędu albo nacisku.

— Jakiego nacisku, Dima?

— Sama ją znalazła.

— Sama ją wpuściła.

— Całe życie chodziła do cerkwi i się modliła, a ja myślałam, że to po prostu kwestia wieku.

— Okazuje się, że odmawiała modlitwy za grzech.

Swieta gwałtownie wstała.

Podeszła do okna, otworzyła skrzydło i wpuściła zimne wiosenne powietrze.

Musiał przewietrzyć głowę, w której biła tylko jedna myśl.

Ma siostrę.

Siostrę, którą widziała raz w życiu i która teraz mieszka w mieszkaniu jej i matki.

— Muszę porozmawiać z Anną — powiedziała.

— Może najpierw z matką?

— Matka będzie kłamać.

— Ona zawsze kłamie, kiedy chodzi o jej przeszłość.

— Nawet nie wiedziałam, że przed ślubem z ojcem wyjechała na rok.

— Mówiła, że opiekowała się chorą babcią.

— Babcia zmarła trzy lata wcześniej, sprawdziłam w dokumentach.

— Całe życie wierzyłam w bajki.

Swieta wciągnęła dżinsy, sweter i chwyciła klucze.

— Jadę do Anny.

— Sama.

— Swieta, pozwól mi jechać z tobą — Dmitrij wstał.

— Nie — odwróciła się.

— Jeśli przyjadę z prawnikiem, ona się zamknie i wezwie policję.

— A ja muszę zrozumieć, co to za człowiek.

— Może ona w ogóle nie wie, czyją naprawdę jest córką.

— Albo doskonale wie — powiedział cicho Dmitrij.

— Bądź ostrożna.

Swieta przyjechała pod dom matki, zaparkowała na podwórzu i długo siedziała w samochodzie, zbierając myśli.

Potem wjechała windą i zadzwoniła do drzwi.

Tym razem nie otworzyła swoim kluczem.

Miała prawo, ale nie chciała.

To było już cudze terytorium.

Anna otworzyła niemal od razu.

Widać było, że czekała.

Za nią na korytarzu ta sama dziewczynka, Sonia, jak się zdawało, bawiła się lalką.

Na widok Swiety dziewczynka się spięła, ale nie uciekła.

— Wejdź — powiedziała Anna.

— Tylko nie jestem sama, Sonia dziś nie poszła do przedszkola.

— Wiem — Swieta weszła do przedpokoju i zdjęła buty.

Spojrzała na wieszak.

Wisiał tam stary płaszcz matki, który Galina Iwanowna nosiła jeszcze w latach dziewięćdziesiątych.

Anna najwyraźniej donaszała jej rzeczy.

Przeszły do kuchni.

Anna nastawiła czajnik i usiadła naprzeciwko.

Sonia bawiła się w pokoju, słychać było, jak rozmawia z lalką.

— Mów — powiedziała Anna.

— Po co przyszłaś?

Swieta zebrała się na odwagę.

Nagle zrobiło jej się strasznie.

To, co zamierzała powiedzieć, mogło zniszczyć życie tej kobiety.

Albo przeciwnie, dać jej odpowiedzi, na które czekała całe życie.

— Jak poznałaś moją matkę? — zapytała Swieta.

Anna wzruszyła ramionami.

— Sama mnie znalazła.

— Jakieś dwa lata temu.

— Przyjechała do domu dziecka, a właściwie do archiwum domu dziecka, bo on już nie działa, ale dokumenty się zachowały.

— Powiedziała, że szuka wychowanków, żeby im pomóc.

— Na początku nie uwierzyłam.

— Komu mogłabym być potrzebna ja, sierota z trzydziestoletnim stażem?

— A ona przyjeżdżała co tydzień.

— Przywoziła jedzenie, potem pomogła z pracą.

— Potem zaproponowała, żebym się tu przeprowadziła.

— Opowiadała coś o sobie?

— Mówiła, że jest samotną kobietą, że córka zajęta karierą, wnuków nie ma, że musi się kimś opiekować — Anna uważnie spojrzała na Swietę.

— Wiem, że jesteś jej córką.

— Opowiadała mi o tobie.

— Co opowiadała?

— Że jesteś odnosząca sukcesy, pracujesz w nieruchomościach, jesteś mężatką.

— Ale że wasze relacje nie są najlepsze.

— Delikatnie mówiąc.

Czajnik się zagotował.

Anna nalała herbaty i podsunęła filiżankę Swiecie.

Jej ręce były spokojne, ruchy płynne.

Żadnej agresji.

Swieta nagle zrozumiała, że prawie nie czuje do tej kobiety niechęci.

Tylko zmęczenie i dziwne, ciągnące uczucie pod żołądkiem.

— Mogę zapytać wprost? — powiedziała Swieta.

— Pytaj.

— Wiesz, kto jest twoją biologiczną matką?

Anna znieruchomiała z łyżeczką cukru w dłoni.

Powoli opuściła ją do cukiernicy i strząsnęła z palców drobinki.

— Powiedziano mi, że rodzice są nieznani.

— Jestem dzieckiem zrzeczonym.

— W tamtych latach takich było dużo.

— A jeśli powiem, że twoi rodzice są znani?

W kuchni zapadła cisza.

Nawet Sonia w pokoju ucichła, jakby wyczuła napięcie.

— Co chcesz przez to powiedzieć? — głos Anny opadł do szeptu.

Swieta wyjęła telefon, znalazła zdjęcie fotografii z napisem i pokazała Annie.

— To moja matka, Galina Iwanowna.

— Znasz jej pismo.

— Tutaj jest napisane „Anieczka, 1983”.

— Urodziłaś się jesienią osiemdziesiątego drugiego.

— Przypadki się nie zdarzają.

Anna długo patrzyła na ekran.

Potem przeniosła wzrok na Swietę, i w tym spojrzeniu nie było zdziwienia.

Był tylko ból.

Stary, głęboki, znany od dzieciństwa ból porzuconego dziecka.

— Wiedziałam — powiedziała ledwie słyszalnie.

— Co?

— Wiedziałam — powtórzyła Anna głośniej.

— Przyznała się pół roku po tym, jak mnie znalazła.

— Powiedziała, że jestem jej córką.

— Że zostawiła mnie w szpitalu położniczym, bo się bała.

— Że żałowała tego przez całe życie.

— A potem… — Anna się zawahała.

— Wzięła ode mnie przysięgę.

— Miałam milczeć i nie szukać spotkania z tobą.

— Dlaczego? — Swieta poczuła, jak zimnieją jej palce.

— Powiedziała, że nie zrozumiesz.

— Że jesteś okrutna i egoistyczna.

— I że jeśli dowiesz się o mnie przed czasem, zrobisz wszystko, żeby nas rozdzielić.

Swieta oparła się o krzesło.

Powietrze w kuchni nagle stało się ciężkie, duszne.

Matka grała nimi obiema.

Znalazła córkę, którą porzuciła, i jednocześnie nastawiała ją przeciwko Swiecie.

Dwóm kobietom połączonym wspólną krwią zakazano się poznać.

Zakazano się spotkać.

Żeby matka mogła pozostać w centrum, jako zbawicielka, męczennica.

— Posłuchaj — Swieta pochyliła się do przodu.

— Nie chcę was rozdzielać.

— Ja w ogóle nie wiedziałam o twoim istnieniu do wczoraj.

— Ale mam prawo wiedzieć, co dzieje się w mojej rodzinie.

— W twojej rodzinie? — Anna uśmiechnęła się, a ten uśmiech nie był zły, lecz gorzki.

— Swieta, ty miałaś rodzinę.

— Matkę, ojca, mieszkanie, wykształcenie.

— Ja nie miałam nic.

— Tylko dom dziecka, potem internat, przypadkowe zarobki.

— Urodziłam Sonię mężczyźnie, który zniknął, gdy tylko dowiedział się o ciąży.

— Gdyby nie Galina, teraz myłabym klatki schodowe i mieszkała w komunałce.

— Galina cię porzuciła — powiedziała cicho Swieta.

— To ona zostawiła cię w szpitalu położniczym zimą, rozumiesz?

— A teraz wróciła jako dobrodziejka, żeby odkupić grzechy.

— Ale nie musisz jej czcić.

— A komu jestem coś winna?

— Tobie?

— Nikomu.

— W ogóle nikomu nic nie jesteś winna.

— Ale ona też nie ma prawa tobą manipulować.

W pokoju zapłakała Sonia.

Anna przeprosiła i wyszła, a Swieta została sama w kuchni.

Rozejrzała się.

Na parapecie stał słoik z suszonymi ziołami, na lodówce wisiał dziecięcy rysunek: domek, słońce, trzy patyczkowe ludziki.

Podpis koślawymi literami brzmiał: „Ja, mama i babcia Gala”.

Swietę ukłuło.

Na rysunku nie było żadnej cioci Swiety.

Ona w tym świecie w ogóle nie istniała.

Anna wróciła, niosąc Sonię na rękach.

Dziewczynka pochlipywała i tarła oczy.

— Czegoś się przestraszyła — wyjaśniła Anna.

— Zaraz przejdzie.

Swieta spojrzała na dziewczynkę, na jej jasne włosy, lekko kręcące się przy skroniach.

Coś w twarzy Soni nieuchwytnie przypominało matkę.

Ten sam krój oczu, ten sam kształt ust.

Ale Swieta już wiedziała, że czasem podobieństwo bywa przypadkowe.

Albo narzucone.

Wtedy jeszcze nie podejrzewała, jak bardzo.

— Mogę zadać ci dziwne pytanie? — Swieta się zawahała.

— Dziś powiedziałaś już tyle dziwnych rzeczy, że jedno pytanie mniej czy więcej…

— Robiłaś test DNA?

— Na pokrewieństwo z Galiną?

— Nie.

— A po co?

— Sama się przyznała.

— Czego jeszcze trzeba?

— Pewności — powiedziała Swieta.

— Chcę mieć pewność.

Anna pokręciła głową, przyciskając do siebie córkę.

— Jesteś dziwna.

— Nie wierzysz matce, nie wierzysz mnie.

— Komu ty w ogóle wierzysz?

— Faktom.

Pożegnały się chłodno.

Swieta wyszła z mieszkania i zeszła na podwórko.

Wieczór był ciepły, ale nią trzęsło.

Wsiadła do samochodu i zadzwoniła do Dmitrija.

— Trzeba zebrać wszystkich w jednym pokoju — powiedziała.

— Matkę, Annę i mnie.

— Czwartej osoby nie trzeba, rozmowa będzie dorosła.

— Swieta, jesteś pewna?

— Matka wykorzystuje nas obie, Dima.

— Annie mówi, że jestem potworem.

— Mnie mówi, że Anna jest nikim.

— A sama siedzi i czeka, aż skoczymy sobie do gardeł.

— Dość.

— Trzeba przeciąć ten węzeł raz na zawsze.

— Kiedy?

— Za dwa dni.

— Anna ma wolne w czwartek.

— Umówię się.

Rozłączyła się i wybrała numer matki.

Ta długo nie odbierała, potem jednak odpowiedziała.

Głos miała słaby, chory.

— Czego chcesz, Swieta?

— W czwartek spotykamy się w mieszkaniu.

— Ty, ja i Anna.

— Po co?

— Żeby powiedzieć sobie prawdę.

— Całą prawdę.

Po drugiej stronie telefonu zawisła pauza.

Tak długa, że Swieta pomyślała, iż połączenie się urwało.

Ale potem matka się odezwała, i jej głos wcale nie był chory.

Był stalowy.

— Dobrze.

— Przyjadę.

— Tylko potem nie narzekaj, że prawda okazała się nie taka, jakiej oczekiwałaś.

Swieta nacisnęła zakończenie połączenia i odchyliła się w fotelu.

Serce waliło jej o żebra.

Co matka miała na myśli?

Jaką jeszcze tajemnicę ukrywała?

Czwartek nadszedł szybko i nieuchronnie, jak wyrok.

Swieta obudziła się z bólem głowy i poczuciem zbliżającego się nieszczęścia.

Dmitrij proponował, że pojedzie z nią, ale odmówiła.

Tę rozmowę miała usłyszeć tylko krew.

Tylko ci, których dotyczyła bezpośrednio.

W mieszkaniu pachniało korwalolem.

Galina Iwanowna przyjechała pierwsza.

Siedziała w fotelu, prosta jak kij, z pobladłą twarzą.

Anna stała przy oknie, z rękami skrzyżowanymi na piersi.

Sonię odesłano do sąsiadki.

Swieta weszła ostatnia, zamknęła drzwi na klucz i po chwili wahania włożyła klucz do kieszeni.

— No, zebrałyśmy się — powiedziała Galina Iwanowna.

— Kto zacznie?

— Ja zacznę — Swieta wyszła na środek pokoju.

Wyjęła z torby teczkę z dokumentami i położyła na stole.

— Tu jest historia rodziny.

— Akt małżeństwa moich rodziców, siódmy lutego osiemdziesiątego czwartego roku.

— Tu jest akt urodzenia Anny Bielikowej, czwarty listopada osiemdziesiątego drugiego roku.

— A to — wyłożyła fotografię — zdjęcie z rodzinnego albumu.

— Napis ręką mamy: „Anieczka, 1983”.

— Mamo, wyjaśnij nam obu, co to znaczy.

Galina Iwanowna patrzyła na fotografię, nie mrugając.

Potem podniosła oczy na Swietę, a w nich stały łzy.

Ale były to łzy złe, nie skruszone.

— Dobrze — powiedziała głucho.

— Chcesz prawdy.

— Słuchaj.

— Urodziłam dziewczynkę w listopadzie osiemdziesiątego drugiego.

— Miałam dziewiętnaście lat, nie byłam zamężna.

— Ojciec dziecka był żonaty, miał troje dzieci i stanowisko partyjne.

— Rodzice powiedzieli: albo zostawiasz to dziecko tutaj i na zawsze zapominasz o hańbie, albo my wyrzekamy się ciebie.

— Bałam się.

— Złamałam się.

— Podpisałam zrzeczenie.

Zapadła cisza.

Anna stała nieruchomo, tylko pobielałe kostki palców zdradzały jej stan.

— Myślałam, że zapomnę — kontynuowała Galina Iwanowna.

— Wyszłam za twojego ojca, Swieta.

— Urodziłam ciebie.

— Myślałam, że odkupię.

— Ale nie odkupiłam.

— Każdej nocy śniło mi się to niemowlę, które zostawiłam.

— Każdej nocy.

— Dwa lata temu zaczęłam szukać.

— Znalazłam Annę.

— Dowiedziałam się, że miała ciężkie życie, że jest sama z córką.

— I postanowiłam, że oddam jej wszystko, co mogę.

— Oddasz wszystko? — spytała Swieta.

— Mieszkanie?

— Pieniądze?

— A co zostanie mnie?

— Ty swoje dostałaś — ucięła matka.

— Wychowałaś się w rodzinie, z ojcem, w dostatku.

— Miałaś wykształcenie, karierę, męża.

— Czego ci brakuje?

— Mamo — głos Swiety zadrżał.

— Pytasz, czego mi brakuje?

— Całe życie mnie niszczyłaś.

— Wymagałaś, żebym była idealna.

— Mówiłaś, że cię hańbię, bo nie wyszłam za mąż w wieku dwudziestu lat.

— Dzwoniłaś do mnie, kiedy się uczyłam, i wrzeszczałaś do słuchawki, że jestem beznadziejną córką.

— W ogóle pamiętasz wypadek?

— Nie waż się! — matka uniosła rękę.

— Nie waż się zwalać na mnie swoich problemów!

— To nie są moje problemy, mamo.

— To skutki twojego wychowania.

— Wpadłam pod samochód, bo biegłam na egzamin i płakałam po kolejnej twojej awanturze.

— Miałam krwotok wewnętrzny, usunięto mi jajowód, a drugi okazał się niedrożny przez zaniedbaną infekcję.

— Jestem bezpłodna.

— Nie dlatego, że Bóg mnie ukarał.

— Tylko dlatego, że ty mnie do tego doprowadziłaś.

Anna westchnęła i przycisnęła dłoń do ust.

Galina Iwanowna zamarła, jakby została uderzona.

Jej twarz pokryła się plamami — czerwonymi, niezdrowymi.

— Kłamiesz — wyszeptała.

— Nie kłamię.

— Po prostu nigdy ci nie powiedziałam, bo zamieniłabyś to w kolejną historię o tym, jaka jestem nieudacznicą.

— Chciałam dla ciebie dobra — matka mówiła powoli, jakby próbowała słów na smak.

— Chciałam, żeby u ciebie wszystko było poprawnie.

— Tradycyjnie.

— Rodzina, dzieci, dom.

— A ty wszystko robiłaś na przekór.

— Nie robiłam na przekór.

— Żyłam swoim życiem.

— A ty żyłaś moim.

W pokoju zrobiło się cicho.

Anna stała przy oknie, a po jej policzkach płynęły łzy — bezgłośne, jasne jak wiosenny deszcz.

Swieta patrzyła na matkę i czekała na cokolwiek.

Skruchę, złość, krzyk.

Ale Galina Iwanowna milczała.

Potem ciężko podniosła się z fotela i podeszła do stołu, na którym leżała stara fotografia.

— Chcesz wiedzieć, dlaczego twarz jest zdarta? — wyszeptała.

— Bo nie mogłam patrzeć na tę twarz.

— Codziennie widzieć rysy dziecka, które zdradziłam.

— Próbowałam ją wymazać, ale wymazywał się tylko papier, a pamięć zostawała.

Anna nagle się odezwała.

Jej głos był cichy, ale stanowczy.

— Dlaczego od razu mi pani nie powiedziała?

— Po co była ta gra?

Galina Iwanowna odwróciła się do niej, a jej twarz wykrzywiła się bólem.

— Bałam się.

— Znienawidziłabyś mnie.

— Chciałam najpierw zrobić dla ciebie coś dobrego.

— Żebyś zrozumiała, że nie jestem potworem.

— Jest pani potworem — powiedziała cicho Anna.

— Złamała pani życie nam obu.

Galina Iwanowna zachwiała się na nogach i chwyciła za brzeg stołu.

Swieta odruchowo drgnęła, żeby jej pomóc, ale się zatrzymała.

Matka sama wybrała tę drogę.

— Mieszkanie — zachrypiała Galina Iwanowna.

— Obiecałam mieszkanie Annie.

— Mieszkanie zgodnie z prawem przypadnie temu, kto będzie wskazany w testamencie — powiedziała Swieta.

— I jeśli myślisz, że można tak po prostu wykreślić jedną córkę dla drugiej, mylisz się.

— Nie dla drugiej — matka spojrzała na nią z rozpaczą.

— Dla siebie.

— Chcę choć przed śmiercią nie czuć się ostatnim ścierwem.

W tym momencie Anna zrobiła krok naprzód.

Zdecydowanie, gwałtownie, tak że Swieta aż się cofnęła.

— Nie potrzebuję pani mieszkania — powiedziała.

— Nie chcę być kartą przetargową w waszych relacjach.

— Porzuciła mnie pani, a teraz próbuje mnie kupić.

— Sonia nie jest narzędziem pani zbawienia.

Z tymi słowami ruszyła do przedpokoju.

Zerwała z wieszaka płaszcz, wsunęła stopy w buty.

Swieta dogoniła ją przy drzwiach.

— Poczekaj, Anna.

— Porozmawiajmy spokojnie.

— Nie musisz odchodzić.

— Nie mogę tu być — Anna mówiła, nie podnosząc oczu.

— Myślałam, że odnalazłam rodzinę, a okazało się, że jestem tylko częścią cudzego scenariusza.

— Potrzebuję czasu, żeby pomyśleć.

— I Sonia też.

— Dokąd pójdziecie?

— Mamy dokąd.

— Nie martw się.

Drzwi zatrzasnęły się.

Swieta została sama w przedpokoju.

Z pokoju dobiegały dźwięki — czy to szlochy, czy charczenie.

Galina Iwanowna siedziała w fotelu, zasłaniając twarz rękami.

Swieta do niej nie podeszła.

Zamiast tego zadzwoniła do Dmitrija i krótko powiedziała:

— Wszystko skończone.

— Anna wyszła.

— Matka jest w histerii.

— Jadę do domu.

Tego samego wieczoru Galinę Iwanownę zabrała karetka.

Przełom nadciśnieniowy, podejrzenie udaru.

Swieta dostała telefon ze szpitala i, z ciężkim sercem, pojechała tam.

Matka leżała pod kroplówką, blada, mała, niepodobna do siebie.

Zobaczywszy córkę, odwróciła się do ściany.

— Nie chciałam — wyszeptała.

— Naprawdę nie chciałam, żeby tak wyszło.

Swieta postała przy łóżku, nie wiedząc, co powiedzieć, a potem wyszła na korytarz.

Wyjęła telefon i zadzwoniła do Anny.

Sygnały trwały długo, prawie pięć minut, aż w końcu rozległ się zmęczony głos.

— Tak.

— Anna, tu Swieta.

— Matka jest w szpitalu.

— Rozumiem, że teraz może ci to być obojętne, ale pomyślałam, że powinnaś wiedzieć.

— Dziękuję, że powiedziałaś — po pauzie.

— Ale nie przyjadę.

— Nie proszę.

— Chodzi o coś innego.

— Znalazłaś, gdzie się zatrzymać?

— Jesteśmy w hostelu.

— Nie w piwnicznym, normalnym, nie martw się.

— Anna, chcę ci pomóc.

— Nie jako siostra, bo nawet nie wiem, czy jesteś mi siostrą.

— Po prostu jako człowiek, który rozumie, że ty w ogóle nie jesteś tu winna.

— Stałaś się pionkiem w grze, którą rozpoczęła nasza matka.

— Przepraszam, Galina Iwanowna.

— Po co chcesz mi pomagać?

— Bo ja też jestem ofiarą — Swieta przycisnęła czoło do zimnej szpitalnej szyby.

— I wiem, jak to jest, kiedy wszystko, w co wierzyłaś, okazuje się kłamstwem.

— Spotkajmy się za parę dni, kiedy emocje opadną.

— Bez matki.

— Po prostu porozmawiajmy.

— Dobrze — powiedziała Anna.

— Przyjedź w środę.

— Około trzeciej.

— Wyślę adres hostelu.

Minęło kilka dni.

Galina Iwanowna pozostawała w szpitalu, lekarze mówili o stabilizacji, ale rokowania dawali ostrożne.

Swieta przyjeżdżała tam codziennie, ale rozmów już nie było.

Matka milczała i córka milczała.

Wszystko, co najważniejsze, powiedziały sobie już w tamtym mieszkaniu.

W środę Swieta przyjechała do hostelu.

Anna spotkała ją w holu.

Wyglądała źle — wychudzona, z ciemnymi kręgami pod oczami, ale trzymała się spokojnie.

Sonia bawiła się w kącie tabletem.

— Chcesz coś zjeść? — zapytała Anna.

— Nie.

— Po prostu porozmawiajmy.

Znalazły kanapę w dalszym końcu holu.

Usiadły obok siebie, ale niezbyt blisko, zachowując dystans.

Dwie kobiety, które życie zderzyło ze sobą wolą trzeciej.

— Dużo myślałam przez te dni — zaczęła Swieta.

— I zrozumiałam, że nie czuję do ciebie nienawiści.

— Żadnej.

— Nie jesteś winna temu, co się stało.

— Ja też nie czuję do ciebie nienawiści — odpowiedziała Anna.

— Ale jest mi trudno.

— Sonia pyta, gdzie jest babcia Gala, dlaczego wyjechałyśmy.

— Nie wiem, co jej mówić.

— Mów prawdę.

— Że dorośli czasem się mylą, a te błędy ranią tych, których kochają.

Anna słabo się uśmiechnęła i sięgnęła do torby.

Wyjęła pogniecioną kopertę, a z niej kartkę papieru.

Podała ją Swiecie.

— Co to jest?

— Pamiętasz, pytałaś o test DNA?

— Zrobiłam go miesiąc temu.

— Potajemnie przed Galiną.

— Postanowiłam sprawdzić, czy Sonia naprawdę jest jej wnuczką.

— Chciałam upewnić się, że wszystko jest prawdziwe.

— I co? — Swieta wzięła kartkę.

Przed oczami popłynęły jej linijki medycznego wyniku, wykresy, procenty.

— Przeczytaj wniosek — powiedziała cicho Anna.

Prawdopodobieństwo pokrewieństwa między Galiną Iwanowną a Sonią Bielikową wynosi 0,01 procenta.

Pokrewieństwo biologiczne wykluczone.

Swieta przeczytała to trzy razy.

Potem podniosła oczy na Annę.

Ta patrzyła na nią spokojnie i z rezygnacją.

— Sonia nie jest jej wnuczką.

— I ja nie jestem jej córką — powiedziała Anna.

— Galina się pomyliła.

— Albo może świadomie sama siebie oszukała.

— Jej prawdziwa córka zmarła w niemowlęctwie, sprawdziłam archiwa.

— Ta Anieczka, którą urodziła w osiemdziesiątym drugim, żyła trzy miesiące i zmarła na zapalenie płuc.

— A ja jestem tylko podobnym dzieckiem, zrzeczoną dziewczynką z tą samą datą urodzenia.

— Takich zbiegów okoliczności w listach domów dziecka jest mnóstwo.

— Galina mnie znalazła, zobaczyła podobieństwo, uczepiła się go i wmówiła sobie, że to przeznaczenie.

— Że ja jestem tą właśnie Anieczką.

Swiecie zrobiło się niedobrze.

Przypomniała sobie twarz matki w szpitalnej sali, jej słowa o odkupieniu, o grzechu, który trzeba wymodlić.

Wszystko to opierało się na pomyłce.

Nawet nie na pomyłce, lecz na iluzji, którą Galina Iwanowna sama dla siebie zbudowała, bo prawda była zbyt straszna.

Jej dziecko umarło.

Nie było żadnej córki, która dorosła i urodziła wnuczkę.

Był duch, którego matka zastąpiła żywym człowiekiem.

— Ona wie? — zapytała Swieta.

— Nie powiedziałam jej.

— Nie mogłam.

— Musisz powiedzieć.

— Nie — Anna pokręciła głową.

— To ją zabije.

— Dosłownie.

— Ma słabe serce, ciśnienie skacze.

— Jeśli dowie się, że przez te dwa lata opiekowała się obcym człowiekiem, że jej prawdziwa córka nie żyje od trzydziestu lat… ona tego nie przeżyje.

Swieta wstała i przeszła się po holu.

Myśli miotały się, zderzały, rozsypywały.

Wszystko runęło.

Tradycje, krew, grzechy — wszystko okazało się domkiem z kart, który rozsypał się od jednego podmuchu.

— Co teraz zrobisz? — zapytała Swieta.

— Wyjadę.

— Mam ciotkę w obwodzie kałuskim, od dawna mnie zapraszała.

— A mieszkanie?

— Mieszkanie jest wasze — Anna spojrzała na nią stanowczo.

— Nie wezmę niczego.

— Nie jestem krewną.

— To byłaby kradzież.

Swieta pomyślała o matce.

O tym, jak siedzi w szpitalnej sali i patrzy w sufit.

O jej scenariuszach, które runęły.

O rodzinnej dumie, zdeptanej przez prosty test pokrewieństwa.

I nagle, ku własnemu zaskoczeniu, nie poczuła satysfakcji, lecz litość.

Gorzką, ostrą jak piołun.

— Wynajmę ci mieszkanie — powiedziała.

— Na pół roku.

— Nie w tej dzielnicy, dalej.

— Żebyś mogła spokojnie znaleźć pracę i nie myśleć o dachu nad głową.

— Swieta…

— To nie jest dobroczynność ani odkupienie.

— Tak będzie mi łatwiej.

— Nie chcę, żebyś ty i Sonia mieszkały w hostelu.

— Jesteś dobrym człowiekiem, Anna.

— Nie zrobiłaś nic złego.

— A to, że matka cię wykorzystała, to jej wina, nie twoja.

Anna milczała, spuściwszy głowę.

Potem spojrzała na córkę i skinęła.

— Dziękuję.

— Oddamy pieniądze, jak tylko będzie się dało.

— Umowa stoi — Swieta wstała.

— A teraz muszę jechać do szpitala.

Przyjechała na oddział wieczorem.

Galina Iwanowna półleżała na poduszkach i patrzyła w telewizor.

Dźwięk był wyłączony, migotał tylko obraz.

Zobaczywszy córkę, wyłączyła ekran.

— Przyszłaś — powiedziała.

— Przyszłam.

Swieta usiadła na brzegu łóżka.

Długo patrzyła na matkę.

Schudła, zmizerniała, ale oczy pozostały żywe i ostre.

Oczy kobiety, która całe życie walczyła — z okolicznościami, z rodziną, z samą sobą.

— Mamo, chcę ci coś powiedzieć.

— Mów.

— Nie wybaczyłam ci.

— I chyba nie wybaczę.

— Zniszczyłaś moje życie swoimi wymaganiami i oczekiwaniami.

— Ale przestałam cię nienawidzić.

— To zabierało zbyt wiele sił, a siły są mi potrzebne na coś innego.

Galina Iwanowna przełykała łzy.

Nie odpowiadała, tylko kiwała głową, jakby zgadzała się z wyrokiem.

— I jeszcze jedno — Swieta zrobiła pauzę.

— Anna z Sonią wyjechały.

— Pomogłam im znaleźć mieszkanie.

— Wyjechały — powtórzyła matka.

— Oczywiście.

Pomilczały.

Za oknem sali gęstniał zmierzch, a w szybie odbijało się światło szpitalnych lamp.

— Chciałaś zachować tradycje — powiedziała cicho Swieta.

— A zniszczyłaś wszystko.

— Własnymi rękami.

— Własnym strachem.

— Ale wiesz, chyba postanowiłam adoptować dziecko.

— Nie dla ciebie.

— Na przekór tobie.

— Bo chcę zostać matką nie z krwi, lecz z wyboru.

— Z miłości.

— Prawdziwą.

Galina Iwanowna zamknęła oczy.

Po pomarszczonym policzku spłynęła łza — powolna, ciężka, jakby zebrała w sobie cały ból ostatnich dziesięcioleci.

Łza wstydu.

A może spóźnionej miłości, która spóźniła się na zawsze.

Swieta wstała, poprawiła matce koc i wyszła z sali.

Na korytarzu było pusto i cicho, tylko gdzieś przy dyżurce pielęgniarka przerzucała papiery.

Swieta szła do windy i myślała o tym, że jutro ma spotkanie z prawnikiem w sprawie adopcji.

I że wieczorem trzeba zadzwonić do Anny, dowiedzieć się, jak się urządziły.

I że po raz pierwszy od wielu lat czuje nie pustkę, lecz dziwne, kruche, ale wyraźne poczucie spokoju.

Winda przyjechała.

Swieta weszła do środka, a drzwi zamknęły się za nią, odcinając przeszłość.

Nacisnęła przycisk parteru i pojechała w dół.