Przypadkowo wróciła do domu i niemal straciła przytomność od tego, co zobaczyła

Olga nie mogła znaleźć sobie miejsca. Chciała sprawiedliwości.

Przypadkowo odkrywając tajemnicę swoich sąsiadów, kobieta straciła spokój.

Akurat musiała znaleźć się w odpowiednim miejscu i o odpowiednim czasie, by stać się świadkiem nader pikantnej sceny.

Tego dnia Olga wróciła z działki, choć wcale tego nie planowała. Wypadły jej pilne sprawy.

Ale nie o to chodzi… Chodzi o to, że nawyk zauważania wszystkiego wokół tym razem spłatał Oldze figla.

Podchodząc do swojej klatki, z jakiegoś powodu podniosła głowę i obejrzała wszystkie balkony od strony wejścia.

Początkowo nie zauważyła nic podejrzanego i wyciągnęła już rękę, by wpisać kod do domofonu.

I wtedy na balkonie Popowów, z którymi od dawna przyjaźniła się po sąsiedzku, zobaczyła coś, co odebrało jej mowę.

— Matko Boska! Święci pańscy! — wykrzyknęła i rozejrzała się w poszukiwaniu rozmówcy, ale nikogo nie widząc, kontynuowała emocjonalnie.

— Co to się wyrabia w biały dzień? No spójrzcie tylko, wstydu nie ma ani sumienia!

— Wenus z Milo, pożal się Boże, się znalazła! — oburzyła się Olga, wspominając słynną piękność znaną ze swej nagości.

Szybko odsunęła się od drzwi klatki, by lepiej widzieć wszystko, co dzieje się na sąsiednim balkonie.

I postarała się stanąć tak, by samej nie być widoczną.

I właśnie stąd zdumionej kobiecie ukazał się pełen obraz moralnego upadku sąsiada w przepaść zdrady.

Na balkonie siedziała obca dziewczyna bez najmniejszego śladu ubrania.

Przy tym ani trochę nie wstydziła się swojego niemoralnego wyglądu.

Przyjrzawszy się, Olga doszła do wniosku, że wyszła na balkon zapalić po wesoło spędzonym czasie.

— Panie miłosierny! — westchnęła cicho Olga, zakrywając usta ręką.

— Przecież ona przyszła do Witka. Świetłany nie ma w domu, więc on urządził sobie…

— Zaraz do niej zadzwonię. I dowiem się, kto to u niej na balkonie w takim stanie zabawia ludzi.

Olga schowała się za krzakami i wyjęła z torebki komórkę.

— Swieta, gdzie jesteś? — zapytała sąsiadka bez żadnego przywitania. — A? Co? Nie Swieta? A kto?

Olga ze zdziwieniem spojrzała na ekran telefonu.

— Tfu, nie tu się dodzwoniłam. Przepraszam, Taniu, nie do ciebie dzwonię. Tak się denerwuję, że wszystko pomyliłam.

— Co mówisz? Do kogo dzwonię? Nie do tego teraz głowa! Potem wszystko opowiem. Pa! Nie mam czasu! — wypaliła z irytacją Olga.

Za drugim razem dodzwoniła się już do Świetłany.

— Swieta, ty? Dzięki Bogu! Jesteś w domu? Nie ma cię! Tak czułam! — Olga aż przestała oddychać z emocji.

— Śpiesz się do domu! Tu się takie rzeczy dzieją! A ja popilnuję pod klatką.

— Tak, postoję tu, żeby nikt się nie wymknął.

Olga nigdy nie wtrącała się w rodzinne sprawy obcych ludzi, ale w tej konkretnej sytuacji nie mogła milczeć.

Z faktami małżeńskiej niewierności trzeba walczyć bezlitośnie.

Tępić je, żeby innym chłopom w ich wieżowcu odechciało się tak zachowywać.

Kobieta usiadła na ławce przy klatce w oczekiwaniu na Świetłanę, która obiecała natychmiast przyjechać.

Bardzo chciała się dowiedzieć, jak zakończy się ten rodzinny dramat.

Kiedy Olga zadzwoniła, Swieta była bardzo zajęta i aż zaklęła pod nosem — jak to wszystko nie w porę.

— Swieta, jesteś teraz w domu? — zapytała sąsiadka przymilnym i cichym głosem.

— Nie, u matki. Od rana wyjechałam. Trzeba umyć mieszkanie po remoncie.

— Pracy dużo, więc zostaję tu na noc. A czego chciałaś?

— Czyli nie ma cię w mieszkaniu? — zapytała znów głupio sąsiadka.

— Mówię przecież — jestem u matki! Co się stało, Ola? Mów szybciej, nie mam czasu — odpowiedziała Świetłana z szmatą w ręku.

Naprawdę pojechała rano do matki, biorąc wcześniej wolne w pracy.

Mamy jutro sobotę i kobieta miała nadzieję doprowadzić mieszkanie matki do porządku w dwa dni.

— A twój Wiktor gdzie teraz jest? — znów zdziwiła sąsiadka, co ostatecznie wyprowadziło Świetłanę z równowagi.

— Ola, przestań owijać w bawełnę. Mów, co się stało. Nie mam czasu na plotki.

— Wiktor w pracy, córka u teściowej na wsi, są przecież wakacje. W domu nikogo nie ma.

— Ależ nie, Swieta! Mylisz się. Przed chwilą widziałam na waszym balkonie jakąś dziewczynę.

— Ładna taka, bezczelna. I naga! Paliła, nawiasem mówiąc.

— Żartujesz sobie? Albo piłaś od rana? — nie uwierzyła jej Świetłana. — A może pomyliłaś balkony?

— Nie piję! Tym bardziej od rana. Mówię, na twoim balkonie dziesięć minut temu siedziała obca baba.

— Dosłownie w stroju Ewy. I nikogo się nie wstydziła! Ludzie stracili wszelki wstyd. Po prostu zgroza!

— Jaka kobieta? — Swieta wypuściła szmatę z rąk.

— Nie wiem jaka. Szłam ze sklepu, spojrzałam — a ona na waszym balkonie.

— A Witka? Męża widziałaś? — niemal krzyknęła do słuchawki.

— Twojego Wiktora nie widziałam, nie będę kłamać. Pewnie mu wstyd wyjść, sąsiedzi obok wszystko widzą.

— W końcu biały dzień. Ale rywalkę widziałam dokładnie — kontynuowała Olga pewnym głosem.

— Zrozumiałam, jadę! — krzyknęła Swieta i rozłączyła się.

Nigdy Świetłana nie pomyślałaby o swoim mężu niczego podobnego. Zawsze mu ufała.

Wiktor też nie dawał powodów do zazdrości. Ale widać nie wszystko było tak dobrze, skoro zdecydował się na coś takiego.

— Mamo, wracam do domu! — rzuciła córka, szybko się przebierając.

— Co się stało? Możesz mi wyjaśnić? Pędzisz jak na pożar! — zapytała z niepokojem matka.

— Muszę coś wyjaśnić. Nie martw się. Zaraz wrócę, wtedy wszystko dokończymy.

Wypadłszy pędem z mieszkania matki, pobiegła na parking do swojego samochodu.

Jazda zajmie około godziny — jakże długo! W drodze Swieta wybierała numer męża, który powinien być w pracy.

Telefon Wiktora długo nie odpowiadał, co wywołało w duszy biednej kobiety burzę emocji — od żalu po chęć zamordowania go.

W końcu mąż odebrał.

— I po co tak dzwonisz? Jeśli nie odbieram, znaczy, że nie mogę — odparł niezadowolony Wiktor.

— Gdzie jesteś? — zapytała żona.

— Jak to gdzie? W pracy!

— Jesteś tego pewien?

— Pewien. A ty się tam dobrze czujesz? Nie masz co robić u matki, że zadajesz mi dziwne pytania? — zareagował mąż.

„Jest opryskliwy. Znaczy, że się denerwuje” — uznała Świetłana.

— Chcesz coś jeszcze? Muszę pracować, szef szaleje — dodał Wiktor.

— Wiesz przecież, że nie lubię, gdy dzwonisz do mnie do pracy z byle głupotą!

Mąż rozłączył się, nie czekając na odpowiedź. Ale Świetłana zdążyła usłyszeć jakieś zamieszanie i obcy głos. Kobiecy głos!

— Wszystko jasne — nie chce rozmawiać, jest chamski. Nie ma czasu, widzicie go! Widać śpieszy mu się do kontynuowania — powiedziała z goryczą Świetłana.

„Co za wstyd! Do czegośmy doszli — mąż sprowadza dziewczyny do domu.

— Pal licho, gdyby zabawiał się gdzieś na boku, żeby nikt nie wiedział. Ale tak!

— To co wychodzi? Wiktor nie wstydzi się nawet sąsiadów?” — kobieta nakręcała się coraz bardziej, podjeżdżając pod dom.

Zaparkowała i pobiegła do klatki. Po drodze spotkała Olgę siedzącą na ławce.

Sąsiadka na jej widok zdecydowanie ruszyła naprzeciw.

— Są tam, są. Jeszcze nie wychodzili. Siedzę tutaj, nigdzie nie odchodziłam — ogłosiła Świetłanie.

— Tak, dzięki! — nie zatrzymując się, przemknęła obok rozczochrana Świetłana.

— Idę z tobą — dreptała z tyłu Olga. — Może moja pomoc się przyda.

— Jaka pomoc! Daj spokój! Sama sobie poradzę — Świetłana bardzo chciała spławić sąsiadkę.

Nie chciała też, by ktokolwiek był świadkiem jej awantury z mężem.

Ale od natrętnej Olgi nie było tak łatwo się uwolnić. Aktywna sąsiadka podążała krok w krok aż do samego mieszkania.

Gdy Świetłana otworzyła drzwi swoim kluczem, od tego, co zobaczyła, odebrało jej mowę.

I niemal osunęła się na podłogę bez przytomności.

Kiedy weszły z Olgą do przedpokoju, z kuchni w stronę sypialni przeszła nieznajoma bez żadnego ubrania na zgrabnym, młodym ciele.

W rękach dziewczyna trzymała dwa kieliszki napełnione po brzegi szampanem.

— Dzień dobry! — powiedziała nieznajoma, ani trochę nie zdziwiona ich widokiem.

— Przepraszam za ten wygląd, zaraz na pewno coś na siebie narzucę. Nie sądziłam, że ktoś tu przyjdzie.

— No spójrzcie tylko! Co za bezczelność, ona jeszcze mówi dzień dobry!

— Zamiast się wstydzić czy prosić żonę o wybaczenie, do nóg upaść, ona się uśmiecha! Co za ludzie! — głośno oburzyła się Olga zza pleców gospodyni.

— Żonę? Jaką żonę? — szczerze zdziwiła się śliczna nieznajoma.

— Aha, tak to wygląda? Szampana pijecie? Mojego! Tego, co kupiłam na urodziny — wykrztusiła Swieta, choć chciała zrobić coś innego.

— Ojej! Proszę mi wybaczyć. Nie wiedziałam, że to pani szampan.

— Myślałam, że to „hipopotamek” kupił specjalnie na nasze spotkanie — mówiła ślicznotka, uśmiechając się uroczo.

— Hipopotamek? — westchnęła Świetłana, zmieniając się na twarzy.

Wewnątrz niej rosło tylko jedno pragnienie — wczepić się w długie włosy tej piękności paradowującej po jej mieszkaniu tak, jak ją matka natura stworzyła.

— A gdzie jest sam „hipopotamek”? — krzyknęła Świetłana i czując przypływ sił, ruszyła do sypialni.

Gwałtownym ruchem odepchnęła stojącą na drodze chudą dziewczynę z kieliszkami w rękach.

Nieznajoma odleciała w kąt, szampan się rozlał. Olga z satysfakcją odnotowała, że sprawiedliwość zaczyna triumfować.

Ciekawość kazała jej ruszyć za gospodynią do sypialni.

Ku ogromnemu rozczarowaniu Olgi było tam podejrzanie cicho. Żadnej bójki, krzyków, poszarpanej pościeli!

Świetłana stała osłupiała na środku pokoju i milcząc patrzyła na mężczyznę na jej łóżku.

Ten wystraszony przykrywał się kołdrą, bo spodziewał się koleżanki z szampanem, a nie gospodyni i wścibskiej sąsiadki.

— Innocenty? A co ty tu robisz? — zapytała dziwnym głosem Świetłana. — I gdzie jest Wiktor?

— Nie wiem… W pracy chyba — Innocenty też wyglądał na zagubionego.

— A ty skąd tu się wziąłeś? I kto to z tobą? — zapytała Swieta, wskazując na dziewczynę podnoszącą się z kałuży szampana.

— Co państwo sobie pozwalają? To bezczelność mnie popychać! Potłukłam się, będę miała siniaki — mówiła obrażona dziewczyna. — Kesza, powiedz im!

— Co? Zaraz ja wam powiem! Popamiętacie mnie! Coś ty tutaj urządził w naszym mieszkaniu, gówniarzu?

Świetłana chwyciła pierwszą rzecz pod ręką — ekspander męża — i zaczęła nim okładać „hipopotamka” Innocentego i dziewczynę.

— Aaa! Co ty robisz! Przestań, wariatko! — piszczała koleżanka. — Zrobię obdukcję! Odpowiesz przed prawem!

— Macie, macie! Dostaniecie! Oduczę was szwendania się po cudzych łóżkach! — nie ustawała Świetłana.

— A kto to jest? Swieta, powiedz mi, kto to? Pomóc ci? Dołóż jej mocniej! — kręciła się obok sąsiadka.

— Idź do domu, Olga, na litość Boską, nie do ciebie teraz głowa! — krzyknęła z serca Świetłana.

— Nie, a kto to? Powiedz, ciekawa jestem! — nie ustępowała Olga. — A Wiktor gdzie?

— Idź, idź do domu! Nie twój interes! — Świetłana wystawiła Olgę i zatrzasnęła za nią drzwi.

Wróciła do sypialni.

— No, a teraz z wami, cwani kochankowie! — powiedziała surowo Swieta, rzucając ekspander w kąt. — Jak na to wpadłeś?

— No co… młodość ma swoje prawa — uśmiechnął się siostrzeniec męża, masując obolałe miejsca.

Innocenty zdążył już wstać i ubrać się, gdy gospodyni nie było w pokoju.

— Skąd masz klucze? Mów natychmiast! Ukradłeś?

— Coś ty! Wiktor prosił mnie, żeby zerknąć na komputer Oleśki. Powiedział, że trzeba naprawić.

— Prosił już dawno, a dziś miałem czas. Zadzwoniłem do wujka, powiedziałem, że mogę wpaść i zobaczyć sprzęt. Twój mąż dał mi klucze.

— A ta po co tu jest? — zapytała Świetłana, wskazując na koleżankę Keszy.

— No cóż… wziąłem ją ze sobą, żeby nie było nudno. Skoro była okazja, to skorzystaliśmy… Nie gniewaj się, Swieta, co?

— Natychmiast wszystko sprzątajcie i won! Żeby was tu więcej nie widziała. A z mężem porozmawiam później.

Doczekawszy, aż nieproszeni goście opuszczą mieszkanie, kobieta zadzwoniła do męża. Odebrał szybko.

— Już wszystko wiem, Keszka mi opowiedział. Przepraszam. Nie wiedziałem, że on taki głupi. Niby dorosły, a rozumu brak.

— Przepraszam? I to wszystko? Jesteś zupełnie bez mózgu? Jak mogłeś na to pozwolić?

— Teraz wszyscy sąsiedzi będą myśleć, że sprowadzasz baby do domu, gdy mnie nie ma! — mówiła już bez złości.

— Na przyszłość będę mądrzejszy. Uroczyście obiecuję — nikomu więcej kluczy nie dawać. I sąsiadów nie denerwować.

— No właśnie! Zanim coś zrobisz, nie zaszkodziłoby włączyć myślenia.

— O mało nie oszalałam, zanim zobaczyłam, kto się u nas rozgościł. Jeszcze bym kogoś zatłukła i poszła siedzieć za nic. Po co mi to?

„Jak dobrze, że wszystko tak się skończyło” — pomyśleli jednocześnie małżonkowie po rozmowie.

A wścibska sąsiadka tak i nie dowiedziała się, kto był w mieszkaniu Popowów.

I weź tu pomagaj ludziom — żadnej wdzięczności w zamian.