— Ręce precz od moich pieniędzy!To nie jest pani portfel, żeby pani nim rozporządzała! — ucięła synowa, gdy teściowa zaczęła udzielać rad.

Zupa na kuchence gotowała się zbyt intensywnie, więc Jana zmniejszyła ogień, choć doskonale rozumiała, że wcale nie chodzi o zupę.

Chodziło o to, że za pół godziny przyjedzie Irina Walerjewna, a to oznaczało, że zupa będzie za mało słona, mięso zbyt mocno wysmażone, a stół nakryty nie tak, jak nakrywa się go „w porządnych domach”.

Jana wytarła ręce w ręcznik i spojrzała przez okno.

Siódme piętro, podwórko, nagie topole i listopadowa mżawka.

Gdzieś na dole sąsiad próbował uruchomić samochód, ale silnik nie chciał zaskoczyć, kaszlał i gasł.

— Nikita, na którą twoja mama obiecała przyjść? — zawołała Jana do pokoju.

— Na siódmą — odpowiedział Nikita, nie odrywając wzroku od telefonu.

— Tylko… nie nakręcaj się od razu, dobrze?

Ona przychodzi z dobrymi intencjami.

Z dobrymi intencjami.

Jana uśmiechnęła się pod nosem.

W ich domu te słowa oznaczały coś zupełnie szczególnego.

Jana i Nikita mieszkali razem od trzech lat.

Wynajmowali mieszkanie na obrzeżach miasta, niedrogie, ale daleko od wszystkiego, a dojazd autobusem do pracy Jany zajmował czterdzieści minut.

Jana pracowała jako menedżerka do spraw zakupów w firmie handlowej i zarabiała całkiem dobrze, około dziesięciu tysięcy rubli więcej od męża, który pracował w jakimś dziale pomocy technicznej i ciągle zamierzał zmienić pracę „na normalną”, ale jakoś nigdy do tego nie dochodziło.

Pieniądze w rodzinie były wspólne, czyli w większości należały do Jany.

Tak się po prostu ułożyło i Jana długo nie zastanawiała się, czy to sprawiedliwe.

Irina Walerjewna natomiast się nad tym zastanawiała.

I dzieliła się swoimi przemyśleniami podczas każdej wizyty.

Teściowa przyjechała punktualnie o siódmej, z tortem w pudełku i z takim wyrazem twarzy, z jakim inspektor przychodzi na kontrolę.

Rozebrała się w przedpokoju, powiesiła płaszcz i rozejrzała się po korytarzu, sprawdzając, czy na listwach przypodłogowych nie ma kurzu.

— Witaj, Janeczko — powiedziała, nadstawiając policzek.

— Czym nas dzisiaj nakarmisz?

— Rosołem z kurczaka i kotletami.

— Kotlety znowu kupne?

— Sama mieliłam mięso.

— Aha.

Irina Walerjewna przeszła do kuchni, zajrzała do garnka i powąchała.

— Za dużo cebuli dodajesz.

Nikitę potem boli od niej brzuch, nie wiesz o tym?

Trzy lata jesteś mężatką, a wciąż nie poznałaś własnego męża.

Nikita milczał w pokoju.

Jana ścisnęła drewnianą łopatkę trochę mocniej, niż było to konieczne.

— Poznałam go, Irino Walerjewno.

Je cebulę i nic mu nie jest.

— Przy tobie po prostu się nie skarży.

Mnie się skarży.

Usiedli do kolacji.

Irina Walerjewna jadła i komentowała wszystko: zupa była mdła, chleb wyschnięty, a herbata zbyt mocna.

Przy okazji wypytywała, ile Jana wydała na nowe kozaki, ponieważ zauważyła pudełko w korytarzu, i co to za fanaberia kupować buty za takie pieniądze, skoro na bazarze dokładnie takie same kosztują o połowę mniej.

— To naturalna skóra — powiedziała Jana.

— A komu potrzebna ta twoja skóra?

Będziesz w niej chodzić po kałużach?

Jeśli nie macie co robić z pieniędzmi, lepiej byście je odkładali.

Ciągle marzycie o własnym mieszkaniu, a sami wydajecie wszystko na kozaki.

Jana spojrzała na męża.

Nikita z uwagą wyławiał z zupy cebulę, tę samą, od której rzekomo bolał go brzuch, i nie wtrącał się do rozmowy.

Jak zawsze.

Jak przez całe trzy lata.

Wieczorem, kiedy teściowa odjechała, a Jana zmywała naczynia, w końcu nie wytrzymała.

— Nikita, słyszałeś, jak ona się do mnie odzywała?

O tych kozakach, o tej głupiej cebuli.

Dlaczego zawsze milczysz?

Nikita podszedł, objął ją od tyłu i pocałował w policzek.

— Wiesz przecież, jaka jest moja mama.

Ona nie robi tego ze złośliwości.

Martwi się o nas.

O mnie.

Wytrzymaj trochę, co ci szkodzi?

Jedno słowo prowadzi do drugiego i zaczyna się awantura, a po co nam to?

Obejdźmy się bez tego.

— Nie chcę tego znosić.

Chcę, żebyś choć raz powiedział jej, że mamy własną rodzinę.

— Powiem, powiem.

Później.

Nie teraz.

Jana słyszała to „później” tak często, że już dawno straciło ono jakiekolwiek znaczenie.

Gdzieś w głębi duszy wciąż trzymała się nadziei, że Nikita dorośnie, że pewnego dnia stanie między nią a swoją matką i powie, że wystarczy.

Każda wizyta teściowej podmywała tę nadzieję niczym woda kamień.

Ale Jana trwała.

W końcu byli rodziną.

Trzy lata.

Co miała zrobić z całym tym wspólnym życiem?

Pieniądze były ulubionym tematem Iriny Walerjewny.

Teściowa szczerze uważała, że pensja Jany jest częścią wspólnej rodzinnej kasy, do której ona, jako starsza, ma pełne prawo zaglądać.

Przy każdej okazji wypytywała, ile Jana odłożyła, radziła, na czym można zaoszczędzić, i krytykowała ją za „zbędne” wydatki, takie jak wyjście do kawiarni z przyjaciółkami, nowe etui na telefon czy karnet na basen.

W jej obrazie świata wszystko to było rozpieszczaniem się, na które porządna żona nie powinna wydawać pieniędzy, kiedy rodzina nie ma własnego kąta.

A potem wydarzyło się coś, co wszystko wywróciło do góry nogami.

Zmarła daleka ciotka Jany, Tamara Stiepanowna, samotna i bezdzietna kobieta, która przez całe życie pracowała na północy i, jak się okazało, zgromadziła pokaźną sumę.

Jana była jej jedyną bliską krewną, odwiedzała ją i przez ostatnie lata pomagała jej w zakupie leków.

Zgodnie z testamentem odziedziczyła nieco ponad dwa miliony rubli.

Kiedy Jana dowiedziała się o spadku, przez kilka nocy nie mogła spać, i to nawet nie z żalu, lecz dlatego, że w jej głowie krążyła jedna myśl: oto szansa.

Ta długo wyczekiwana pierwsza wpłata.

Własne mieszkanie.

Koniec z wynajmowanymi kątami, koniec czterdziestominutowych dojazdów autobusem i koniec życia, do którego ktoś może wejść z tortem i sprawdzić listwy przypodłogowe.

— Nikita — powiedziała któregoś wieczoru, wyłączając telewizor, żeby jej słuchał.

— Wszystko przemyślałam.

Te pieniądze po cioci.

Chcę przeznaczyć je na wkład własny do mieszkania.

Własnego.

Naszego.

Rozumiesz?

Dość już tułania się po wynajmowanych lokalach.

Nikita początkowo przytakiwał.

Pomysł wyraźnie mu się podobał, bo komu nie spodobałaby się perspektywa wyprowadzki z obrzeży miasta?

— Brzmi dobrze — przeciągnął.

— To duża suma.

Słuchaj, może skonsultujemy się z mamą?

Ona zna się na takich sprawach, w końcu swoje już przeżyła.

Podpowie nam, jak najlepiej postąpić.

I właśnie wtedy Jana po raz pierwszy poczuła, jak coś w niej zamiera z chłodu.

Nie tyle przez same słowa, ile przez łatwość, z jaką jej mąż był gotów zanieść jej spadek na rodzinne obrady do Iriny Walerjewny.

— A nad czym tu się zastanawiać? — zapytała ostrożnie.

— Pieniądze są moje i plan jest mój.

Mieszkania potrzebujemy oboje.

— W zasadzie tak.

Ale mama się obrazi, jeśli dowie się, że rozwiązujemy takie sprawy za jej plecami.

Porozmawiajmy o tym przy sobotniej kolacji, rodzinnie.

Co ci jest?

Jana się zgodziła.

Jak później zrozumiała, niepotrzebnie.

Wtedy jednak wciąż myślała, że może wszystko jakoś się ułoży.

Może tylko sama się nakręcała.

Nie ułożyło się.

Sobotnia kolacja zaczęła się jak zwykle, od kontroli sałatki i uwagi, że obrus należałoby wyprasować.

Jana spodziewała się rozmowy o kozakach, cebuli albo czymkolwiek innym ze zwyczajowego repertuaru.

Jednak Irina Walerjewna, ledwie doczekawszy się herbaty, sama przeszła do rzeczy.

— No, opowiadajcie — powiedziała teściowa, opierając łokcie na stole.

— Nikituszka wspomniał, że spadły wam z nieba pieniądze.

Spadek, prawda?

Ile tego jest?

Jana rzuciła mężowi ostre spojrzenie.

Nikita wpatrywał się w filiżankę.

A więc już wszystko jej zameldował.

Pewnie co do kopiejki.

— Nieco ponad dwa miliony — odpowiedziała spokojnie Jana.

— Ojej, ile! — Irina Walerjewna klasnęła w dłonie.

— Kto by pomyślał.

Takich pieniędzy nie można wydawać byle jak.

Mówię wam to jako matka.

Trzeba je rozsądnie rozdzielić, żeby przyniosły pożytek, a nie poszły na marne.

— Właśnie zamierzam przeznaczyć je na coś pożytecznego.

Na wkład własny do mieszkania.

— Poczekaj z tym swoim wkładem.

Teściowa machnęła ręką, jakby odganiała muchę.

— Pozwól mi powiedzieć.

Przemyślałam to.

Spójrz.

I zaczęła zaginać palce.

— Domek letniskowy.

Potrzebuję domku letniskowego i to już od dawna.

Ile lat pomagałam wam obojgu?

Sama wychowywałam Nikitę, bez ojca.

Czy na stare lata nie zasłużyłam choćby na mały ogródek?

Zasłużyłam.

To po pierwsze.

Dalej.

Nikita potrzebuje samochodu.

Młody mężczyzna bez auta nigdzie się nie ruszy.

Musi dojeżdżać do pracy, a poza tym liczy się status.

Mężczyzna powinien mieć samochód.

To po drugie.

A to, co zostanie, wpłacimy do banku na procent.

Niech leży i rośnie.

To jest gospodarność, a nie wpłacanie wkładu w jakąś hipotekę, przez którą bank będzie cię trzymał za gardło przez dwadzieścia lat.

Jana słuchała i nie wierzyła własnym uszom.

Siedziała we własnej kuchni, podczas gdy kobieta, która w gruncie rzeczy była dla niej obca, w jej obecności rozdzielała jej pieniądze.

Pieniądze po cioci, ciężko zapracowane, ostatnie wspomnienie po Tamarze Stiepanownie.

I w żadnym punkcie tego planu nie było miejsca dla Jany.

Domek letniskowy miał przypaść teściowej.

Samochód mężowi.

Reszta miała trafić do banku.

A ona?

— Irino Walerjewno — powiedziała powoli Jana.

— A gdzie w tym wszystkim jestem ja?

— Jak to gdzie? — teściowa była szczerze zdziwiona.

— Przecież jesteś częścią rodziny.

Wszystko jest wspólne.

Tobie też będzie lepiej.

Będzie domek, do którego będziecie jeździć latem, mąż będzie miał samochód, a w banku będzie poduszka finansowa.

Nie myśl tylko o sobie, Janeczko.

To nieładnie.

Jana odwróciła się do Nikity.

Ostatni test.

Ostatnia szansa.

— Nikita.

Dlaczego milczysz?

To przecież moje pieniądze.

Pieniądze po cioci.

Powiedz chociaż jedno słowo.

Nikita poruszył się niespokojnie na krześle.

Odstawił filiżankę.

— W zasadzie mama mówi rozsądnie — wymamrotał.

— Trzeba rozdzielić pieniądze z głową.

Domek letniskowy to przecież dobra rzecz.

A samochodu naprawdę potrzebuję.

Sama wiesz, ile czasu spędzam w autobusach…

I to wszystko.

Właśnie w tym momencie wszystko ułożyło się Janie w głowie, ostatecznie i nieodwracalnie, z kliknięciem podobnym do zamykającego się zamka.

Trzy lata nadziei, że jej mąż pewnego dnia dorośnie, rozpadły się w jednej sekundzie.

Nie dorośnie.

Nie stanie obok niej.

Już dawno dokonał wyboru, jeszcze przed tą kolacją.

Jana po prostu nie chciała tego widzieć.

— Czyli potrzebujesz samochodu — powtórzyła cicho Jana.

— A mnie, jak widać, nie należy się nic.

— Dlaczego nic? — Nikita rozłożył ręce.

— Przecież wszystko jest wspólne.

Tymczasem Irina Walerjewna zdążyła się już całkowicie rozkręcić.

Wyjęła z torebki długopis i kartkę, po czym zaczęła głośno obliczać.

— Tak, na domek wystarczy osiemset tysięcy.

Upatrzyłam jeden w Malinowce.

Właściciele zgodzą się zejść z ceny.

Na samochód około siedmiuset tysięcy.

Oczywiście nie będzie nowy, ale porządny.

Resztę wpłacimy do banku.

Mogę ci nawet polecić bank.

Znam tam jedną dziewczynę, która załatwi dobre oprocentowanie.

Możemy pojechać już jutro.

Po co zwlekać?

Mówiła o tych pieniądzach tak, jakby już leżały w jej torebce.

Jakby zostało tylko podzielić je na kupki.

I wtedy wszystko, co gromadziło się w Janie przez trzy lata, wszystkie uwagi o cebuli, kozakach i mocnej herbacie, wszystkie te „wytrzymaj” i „ona nie chce źle”, podniosło się naraz i przelało przez krawędź.

— Ręce precz od moich pieniędzy!

To nie jest pani portfel, żeby pani nim rozporządzała! — ucięła Jana.

Długopis w palcach teściowej znieruchomiał nad kartką.

W kuchni zapadła cisza.

Tylko czajnik na kuchence cienko zagwizdał i ucichł.

Irina Walerjewna powoli opuściła długopis.

Jej twarz pokryła się czerwonymi plamami.

— Co?

Co ty właśnie powiedziałaś?

— Doskonale pani słyszała.

Jana wstała od stołu i oparła dłonie o blat.

— To są moje pieniądze.

Pieniądze po cioci.

Nie nasze, nie rodzinne i nie wspólne.

Moje.

Nie dałam pani prawa rozdzielać ich pomiędzy domki letniskowe i samochody.

Nie będzie żadnego domku w Malinowce.

Nie będzie żadnego samochodu.

Wpłacę wkład własny do mieszkania i koniec.

— Jak ty się do mnie odzywasz! — Teściowa również wstała, a krzesło zaskrzypiało o podłogę.

— Mogłabym być twoją matką!

Skąpiradło!

Tylko dostałaś pieniądze i od razu wszystko dla siebie!

A kto pomyśli o rodzinie?

O moim synu?

— O pani synu? — Jana roześmiała się krótko i gorzko.

— Niech pani syn sam zarobi sobie na samochód.

Jest dorosłym mężczyzną.

Czy ja mam obowiązek go utrzymywać, kupować mu buty i ubrania, a jeszcze do tego fundować mu samochód z pieniędzy po cioci?

— Dobra żona nie myśli tylko o sobie! — wypaliła Irina Walerjewna.

— A ty jesteś egoistką!

Twoja Tamara przewróciłaby się w grobie, gdyby zobaczyła, jak traktujesz rodzinę!

— Proszę nie ważyć się mówić o mojej cioci.

Jana powiedziała to takim tonem, że teściowa na moment zamilkła.

Ale tylko na moment.

— Nikita! — Irina Walerjewna odwróciła się do syna.

— Słyszysz, jak twoja żona się do mnie odzywa?

Będziesz milczał?

Nikita wstał.

Przez ułamek sekundy, jeden głupi ułamek sekundy, Jana nawet poczuła nadzieję.

A może.

Może właśnie teraz.

— Jana, naprawdę przesadzasz — powiedział mąż, nie patrząc jej w oczy.

— Mama ma rację.

Jesteś żoną.

Powinnaś myśleć o rodzinie, a nie tylko o sobie.

To także nasze pieniądze, bo dostałaś je w trakcie małżeństwa.

I oto było sedno.

Nie krzyk teściowej, nie plamy na jej twarzy ani nie domek w Malinowce zabolały Janę najbardziej.

Najmocniej uderzyły ją spokojne słowa męża.

„Powinnaś myśleć o rodzinie”.

„Nasze pieniądze”.

Nie tylko jej nie obronił.

Stanął po tamtej stronie.

Otwarcie, przy matce, niczego już nie ukrywając.

Jana długo na niego patrzyła.

Potem spojrzała na teściową.

Następnie omiotła wzrokiem wynajmowaną kuchnię, cudzą kuchenkę, cudze zasłony i cudzy stół, przy którym przez trzy lata jadła kolacje, słuchając czyichś pouczeń.

— Wiecie co — powiedziała niemal spokojnie.

— Dziękuję.

Naprawdę.

Właśnie oboje bardzo mi pomogliście.

Wreszcie wszystko zrozumiałam.

— Co zrozumiałaś? — burknął Nikita.

— Że jestem tutaj sama.

Zawsze byłam sama.

Tylko myślałam, że jest nas dwoje.

Wyszła z kuchni.

Wyjęła z szafy torbę podróżną, tę samą, z którą jeździła w delegacje.

Zaczęła pakować rzeczy.

Nikita stał w drzwiach pokoju i przestępował z nogi na nogę.

— Co ty robisz?

Jana.

No co ty właściwie robisz?

Dokąd pójdziesz o tej porze?

Przez te pieniądze?

Daj spokój.

Nie potrzebujemy tego domku.

Powiem mamie…

— Nie chodzi o domek, Nikita.

— A o co?

Jana zapięła zamek torby.

Wyprostowała się.

— O to, że dopiero teraz, kiedy odchodzę, jesteś gotów zrezygnować z domku.

Pięć minut temu potrzebowałeś również samochodu i uważałeś, że twoja matka ma rację.

Zawsze odwracasz się w stronę tego, kto krzyczy głośniej.

Dzisiaj głośniej krzyczała ona.

Jutro będę to ja i wtedy odwrócisz się do mnie.

Pojutrze znowu ona.

Nie mogę już tak żyć.

Mam dość obracania się razem z tobą.

Irina Walerjewna wyjrzała z kuchni.

— I bardzo dobrze, niech idzie! — rzuciła.

— Szerokiej drogi!

Bez niej będziemy żyć spokojniej!

Nikita syknął na matkę, ale zrobił to bez przekonania.

Jana zarzuciła torbę na ramię.

W przedpokoju, wkładając te same kozaki z naturalnej skóry, nagle poczuła nie złość ani żal, lecz dziwne, niemal zapomniane uczucie lekkości.

Jakby zrzuciła z ramion plecak, który nosiła tak długo, że przestała zauważać jego ciężar.

Pierwszą noc Jana spędziła w niedrogim hotelu w pobliżu dworca.

Leżała na twardym łóżku, patrzyła na poplamiony sufit i po raz pierwszy od dawna nie zastanawiała się, z czego teściowa jest niezadowolona i jak uniknąć kolejnego konfliktu.

Po prostu leżała.

W ciszy.

Rano wypiła kawę z automatu w holu.

Nie była smaczna, ale była jej kawą i nikt nie powiedział, że jest za mocna.

Trzy dni później wynajęła kawalerkę, małą, ale tymczasowo własną.

Tydzień później złożyła pozew o rozwód.

Nikita oczywiście się pojawił.

Dzwonił, pisał, a raz nawet czekał na nią przed pracą, z kwiatami, pognieciony i ze skruszonym spojrzeniem.

— Jana, może jednak wrócisz?

Wszystko zrozumiałem.

Porozmawiałem z mamą.

Naprawdę poważnie z nią rozmawiałem.

Więcej nie będzie się wtrącać.

Zapomnij o tej awanturze.

To są twoje pieniądze.

Rób z nimi, co chcesz.

Zacznijmy od nowa.

Jana wzięła kwiaty, ponieważ niezręcznie było odmawiać na środku ulicy.

Potem powiedziała cicho:

— Za późno, Nikita.

Nie odeszłam z powodu pieniędzy.

Pieniądze były tylko pretekstem.

Otworzyliście mi oczy, więc dziękuję.

Odeszłam, bo przez trzy lata czekałam, aż staniesz przy mnie.

A ty przez cały ten czas byłeś wszędzie, tylko nie przy mnie.

— Zmienię się!

— Być może.

Ale już nie dla mnie.

Rozwód przebiegł zwyczajnie, bez dramatów.

Nie było czego dzielić, ponieważ para nie dorobiła się wspólnego majątku, a spadek zgodnie z prawem pozostał osobistymi pieniędzmi Jany, do których Nikita nie miał żadnych praw.

Pieniądze otrzymane w darowiźnie lub w spadku nie podlegają podziałowi.

Jana na wszelki wypadek potwierdziła to u prawnika, chociaż i tak była tego niemal pewna.

Nikita najwyraźniej nawet nie próbował poważnie ubiegać się o te pieniądze.

Być może jednak ruszyło go sumienie albo po prostu zrozumiał, że nie ma to sensu.

Irina Walerjewna do samego końca była przekonana, że synowa zniszczyła rodzinę z chciwości.

Tak też opowiadała wszystkim znajomym.

Twierdziła, że dziewczynie spadła z nieba wielka fortuna, więc stała się zarozumiała i porzuciła dobrego chłopaka.

O cebuli, kozakach i domku w Malinowce oczywiście w tych opowieściach nie było ani słowa.

Tego lata Jana wzięła kredyt hipoteczny.

Wpłaciła wkład własny, przeznaczając na niego dwa miliony rubli odziedziczone po cioci, co do ostatniej kopiejki na cel, który od początku sobie wyznaczyła.

Mieszkanie było niewielkie, dwupokojowe, w nowym budynku, ale miało ogromne okna i balkon wychodzący na wschód.

O poranku słońce zalewało kuchnię aż po samą podłogę.

W dniu, w którym odebrała klucze, Jana przyjechała sama do pustego mieszkania.

Usiadła bezpośrednio na podłodze pośrodku pokoju, w którym wciąż pachniało świeżą farbą i nie było ani jednego mebla.

Za oknem szumiało miasto.

Na parapecie postawiła małą doniczkę z fiołkiem, jedyną rzecz, którą przywiozła pierwszego dnia.

Wyjęła telefon, żeby do kogoś zadzwonić, i przyłapała się na tym, że z przyzwyczajenia prawie wybrała stary numer, chcąc powiedzieć komuś, że wreszcie się udało.

Uśmiechnęła się pod nosem.

Zamknęła listę kontaktów.

Właściwie nie miała do kogo zadzwonić, ale po raz pierwszy nie wydało jej się to samotnością.

Raczej ciszą.

Taką ciszą, w której wreszcie można usłyszeć samą siebie.

Jana omiotła wzrokiem nagie ściany i wyobraziła sobie, gdzie stanie sofa, gdzie regał na książki i gdzie powiesi obraz, który od dawna jej się podobał, ale którego nigdy nie kupiła, bo nie miała go gdzie zawiesić.

Teraz będzie miała gdzie.

Teraz to ona była panią własnego życia.