— Synku, ja i Wala wszystko policzyłyśmy: niech twoja żona przelewa nam co miesiąc po 30 tysięcy — powiedziała teściowa przy kolacji.

Katia postawiła garnek z barszczem na kuchence i zmniejszyła ogień.

Za oknem robiło się ciemno: wpół do ósmej, Dima przyjedzie za pół godziny, trzeba zdążyć nakryć do stołu, nakarmić Miszkę i sprawdzić mu matematykę.

W głowie krążyła jej lista: jutro zebranie rodziców, trzeba odebrać kurtkę z pralni chemicznej i jeszcze ten raport, którego dziś nie dokończyła w pracy, bo Andriej Pietrowicz zawołał ją o trzeciej i przez pół godziny tłumaczył, jak poprawnie formatować tabele.

Nie myślała o niczym złym, kiedy wpół do ósmej trzasnęły drzwi.

Dima nie wszedł sam.

Za nim szła Nina Gieorgijewna w swoim beżowym płaszczu, a za nią jego siostra, Walentyna.

Wala trzymała tort w przezroczystym pudełku i uśmiechała się tym uśmiechem, który Katia znała już od sześciu lat: z góry przygotowanym, zbyt szerokim, trochę winnym.

— O, barszcz! — powiedział Dima i pocałował Katię w policzek.

— Mamo, mówiłem przecież, że ona gotuje świetny barszcz.

Nina Gieorgijewna zdjęła płaszcz, rozejrzała się, jakby sprawdzała, czy dobrze posprzątano, i przeszła do kuchni.

— Katiusza, postaw dodatkowe krzesło, my tylko na chwilę, po prostu zjemy kolację.

Katia postawiła krzesło.

Pokroiła chleb.

Zawołała Miszkę.

Rozłożyła talerze.

Wszystko to robiła w milczeniu, bo nauczyła się: kiedy Nina Gieorgijewna przychodziła tak, bez telefonu, lepiej było milczeć i robić swoje.

Rozmowy będą później.

Usiedli.

Nalali barszczu.

Wala opowiadała o swojej pracy: pracowała w jakimś biurze zajmującym się dokumentami i zawsze mówiła o tym z taką powagą, jakby kierowała bankiem.

Miszka zjadł i uciekł do siebie.

Dima jadł i kiwał głową.

Nina Gieorgijewna jadła powoli, po gospodarsku, i od czasu do czasu spoglądała na Katię.

Katia czuła to spojrzenie.

Było takie samo jak sześć lat temu, kiedy ona i Dima dopiero się pobrali, a Nina Gieorgijewna przyszła do nich pierwszy raz i powiedziała: „No, pokaż gospodarstwo”.

Katia nie rozumiała wtedy jeszcze, że to gospodarstwo było jej życiem i że będzie regularnie kontrolowane.

— Smaczne — powiedziała w końcu Nina Gieorgijewna.

— Śmietana swoja?

— Ze sklepu — powiedziała Katia.

— Ze sklepu — powtórzyła Nina Gieorgijewna takim tonem, jakby to wyjaśniało coś ważnego.

Potem była herbata.

Potem Wala pokroiła tort.

Potem Nina Gieorgijewna odstawiła filiżankę i powiedziała spokojnie, mimochodem, jakby mówiła o pogodzie:

— Synku, ja i Wala wszystko policzyłyśmy: niech twoja żona przelewa nam co miesiąc trzydzieści tysięcy.

Katia nie od razu zrozumiała.

W tej chwili sprzątała talerz i tak została stać z talerzem w rękach.

— W jakim sensie? — powiedział Dima.

On też nie zrozumiał.

Albo udawał.

— W dosłownym. — Nina Gieorgijewna wzięła jeszcze kawałek tortu.

— Usiadłyśmy z Walą i policzyłyśmy.

Ona ma dobrą pensję, sam mówiłeś.

Nam z Walą jest trudno.

Wala jest sama, ja jestem sama, emerytura mała.

Trzydzieści tysięcy to dla niej nie są pieniądze.

A dla nas to pomoc.

— Poczekajcie — powiedziała Katia.

Jej głos wyszedł równy.

Była z niego dumna: sześć lat treningu.

— Poczekajcie.

Mówicie poważnie?

— Absolutnie — powiedziała Nina Gieorgijewna.

— Rodzina powinna pomagać rodzinie.

Wy macie, my nie mamy.

Wszystko uczciwie.

Wala w tej chwili patrzyła w swoją filiżankę.

Katia to zauważyła.

Wala zawsze patrzyła w filiżankę, kiedy mama mówiła coś, za co jej samej było niezręcznie, ale czemu nie potrafiła się sprzeciwić.

— Dima — powiedziała Katia.

Dima podniósł wzrok.

W jego oczach było to, co widziała już wiele razy: zrozumienie, współczucie i jeszcze coś, jakaś zmęczona bezradność, z której nie potrafił się wydostać.

Kochał matkę.

Kochał Katię.

I za każdym razem, gdy te dwie znajdowały się w jednym pokoju, on stawał się mniejszy.

— Mamo — powiedział — to trochę niespodziewane.

— Co w tym niespodziewanego?

Myślę o tym od dawna.

I Wala też myśli.

Po prostu teraz usiadłyśmy i to ułożyłyśmy.

Trzydzieści tysięcy to nie trzydzieści tysięcy, to symbol.

Że jesteś częścią rodziny — zwróciła się do Katii.

— Że nie zostawiasz swoich.

— Spłacam kredyt hipoteczny — powiedziała Katia.

— Razem spłacamy kredyt.

— Kredyt hipoteczny jest wasz.

Dla was.

A to jest dla nas.

Różnica jest jasna?

Katia położyła talerz na stole.

Powoli.

Ostrożnie.

Bardzo chciała położyć go inaczej.

— Nino Gieorgijewno — powiedziała — chcę zrozumieć.

Proponujecie, żebym płaciła pani i Wali po prostu… dlatego że potrzebujecie pieniędzy?

— Dlatego że jesteś żoną mojego syna.

To obowiązek.

— Czyj obowiązek?

— Twój.

Cisza.

Wala oglądała wzór na obrusie.

Dima patrzył gdzieś pomiędzy matką a Katią.

Katia poczuła, jak coś się w niej przesuwa: nie złość, nie.

Złość jest gorąca.

To było coś innego.

Coś zimnego i bardzo spokojnego, jakby nagle zobaczyła coś, co było tu zawsze, tylko wcześniej stało w cieniu.

— Dima zarabia więcej ode mnie — powiedziała równo.

— Mniej więcej o dwadzieścia procent.

Dlaczego przyszłyście z tym do mnie?

Nina Gieorgijewna lekko drgnęła.

Odrobinę.

— On jest synem.

To co innego.

— Rozumiem — powiedziała Katia.

Wstała.

Zebrała talerze.

Zaniosła je do zlewu.

Nabrała wody.

Za jej plecami panowała cisza, potem cichy głos Niny Gieorgijewny: „No proszę, obraziła się”, i słowa Wali: „Mamo, przecież sama…” które natychmiast się urwały.

Katia zmywała naczynia.

Woda była gorąca, prawie parzyła.

Słyszała, jak w kuchni zaszurało: wstawali, zbierali się.

Słyszała Dimę: „Mamo, dobrze, porozmawiamy”, i Ninę Gieorgijewnę: „Ja nic takiego, ja tylko powiedziałam”.

Wyszli po dziesięciu minutach.

Dima wrócił do kuchni.

Stanął obok.

Pomilczał.

— Katia…

— Wszystko w porządku.

— Ona nie chciała źle.

Ona po prostu…

— Wiem — powiedziała Katia.

— Ona nie chciała źle.

Wytarła ręce ręcznikiem.

Odwróciła się do niego.

Patrzył na nią: winny, zmęczony, z tą miłością, którą znała dobrze i która teraz nie grzała jej tak, jak powinna.

— Dima, nie będę przelewać trzydziestu tysięcy.

— Tak, rozumiem, oczywiście…

— Nie, poczekaj.

Nie „oczywiście”.

Chcę, żebyś ty jej to powiedział.

Nie ja.

Ty.

Zamilkł.

— Powiem.

— Już mówiłeś.

Trzy lata temu, kiedy powiedziała, że źle karmię Miszkę.

I kiedy przyszła bez zapowiedzi na twoje urodziny i powiedziała, że mój tort jest niedopieczony.

Za każdym razem mówisz: „Powiem”.

— Katia, ona jest moją mamą.

— Wiem, że jest twoją mamą. — Katia wzięła filiżankę i dolała sobie herbaty, która już wystygła.

— I rozumiem to.

Od sześciu lat to rozumiem.

Ale mam dość rozumienia tego w pojedynkę.

Dima usiadł na taborecie.

Przetarł twarz dłonią.

— Co chcesz, żebym zrobił?

— Nic szczególnego.

Po prostu zadzwoń do niej jutro i powiedz, że tego nie będzie.

Bez „pomyślimy” i „Katia się zdenerwowała”.

Po prostu: tego nie będzie.

— Dobrze.

— Dima.

— Co?

— Nie proszę cię, żebyś wybierał.

Proszę cię, żebyś był przy mnie, kiedy trzeba.

Patrzył na nią długo.

Potem wstał, podszedł i objął ją od tyłu — ciężko, niezgrabnie, tak jak obejmuje się wtedy, gdy nie wie się, co powiedzieć, ale chce się jakoś naprawić sytuację.

— Zadzwonię — powiedział w jej włosy.

Katia trzymała filiżankę z wystygłą herbatą.

Za ścianą u Miszki grała jakaś muzyka.

Na kuchence stał pusty garnek po barszczu.

Nie wiedziała, czy on zadzwoni.

Może zadzwoni i powie łagodnie, a Nina Gieorgijewna się obrazi, potem będzie tydzień napięcia, a później wszystko znów stanie się jakby dobre, aż do następnego razu.

Może wcale nie zadzwoni, a temat jakoś sam ucichnie.

A może — i to Katia pomyślała po raz pierwszy tak wyraźnie — kiedyś powie naprawdę.

Nie dlatego, że ona poprosiła.

Tylko dlatego, że sam zrozumie.

Postawiła filiżankę.

Poszła sprawdzić matematykę Miszki.