Kira zdmuchnęła szary pył z warsztatu.
W powietrzu pracowni, przesiąkniętym zapachem kleju i kamiennego pyłu,
tańczyły drobne cząstki.

Uwielbiała ten moment.
Chwilę, kiedy chaos z pokruszonego marmuru i szkła zaczynał układać się
w jeden wzór.
Jej zawód
— artystka mozaikowa
— wymagał nie tylko wyczucia estetyki.
Potrzebne były też żelazne palce.
Cierpliwość.
I umiejętność zobaczenia całości w tysiącach odłamków.
W rogu pokoju stały worki z potłuczoną smaltą.
Na stole leżały ciężkie szczypce.
Przypominały szczypce stalowego kraba.
Drzwi mieszkania trzasnęły tak głośno, że wazon na półce prawie spadł.
Kira nawet nie drgnęła.
Przyzwyczaiła się do hałasu, z jakim Jegor wracał do domu.
Jej mąż uważał się za wielkiego specjalistę od antycznych mebli.
W rzeczywistości tylko odsprzedawał rzeczy znalezione na pchlich targach.
Z potrójną marżą.
Wszedł do pokoju, nawet nie zdejmując butów.
— Znowu siedzisz w brudzie? — skrzywił się, patrząc na jej fartuch.
— To nie brud, tylko pył marmurowy — odpowiedziała spokojnie Kira.
Podniosła kawałek niebieskiego szkła.
— Wcześnie wróciłeś.
— Transakcja się nie udała?
Jegor wszedł na środek pokoju.
Kopnął pudełko z narzędziami.
Rozłożył teatralnie ręce.
Miał na sobie ten sam aksamitny garnitur.
Kupili go za pieniądze z honorarium Kiry.
Za projekt dekoracji stacji metra.
Głęboki kolor wiśni.
Na jego nadgarstku błyszczał zegarek.
Kupiony na kredyt.
Kredyt wciąż nie był spłacony.
— Transakcja jest tylko odłożona — syknął.
— Ale przyszedłem porozmawiać o czymś innym.
— Dziadek dzwonił.
— Ma pomysł.
— Rewelacyjny.
— Prawdziwa bomba.
Kira napięła się.
Dziadek Jegora, Matwiej Iljicz, był człowiekiem trudnym.
Chciwym do absurdalnego stopnia.
Sprytnym jak stary lis.
Cała ich rodzina przypominała jej watahę szakali.
Zawsze szukali, gdzie można coś wyrwać.
— Jaki znowu pomysł? — zapytała, nie przerywając pracy.
— Dom.
— Wiejska rezydencja.
Oczy Jegora zapłonęły nienaturalnym blaskiem.
— Stas znalazł działkę.
— Dziadek załatwi wszystko kontaktami.
— My musimy tylko dołożyć pieniędzy.
— Niewiele.
— Nie mamy pieniędzy — odpowiedziała Kira.
— Twoje „inwestycje” w ten twój „perspektywiczny vintage” zjadły wszystkie oszczędności.
Jegor podszedł bliżej.
Nachylił się nad nią.
Pachniał perfumami.
Zmieszanymi z zapachem starego tytoniu.
— Pieniądze są.
— Mamy aktywo.
Machnął ręką wokół małego, przytulnego mieszkania.
Studio z wysokim sufitem.
Mieszkanie odziedziczone po ojcu Kiry.
— Sprzedamy tę klitkę.
— Zainwestujemy w budowę.
— Za rok będziemy żyć jak królowie.
— Dziadek powiedział, że wszystko zapiszemy na rodzinny fundusz.
Kira odłożyła szczypce.
Metal ciężko uderzył o stół.
Powoli wstała.
Była niższa od męża.
Ale lata pracy z kamieniem wzmocniły jej ramiona.
A spojrzenie stało się twarde.
— Sprzedać moje mieszkanie?
— Żeby zainwestować w powietrze sprzedawane przez twojego brata?
— A gdzie będziemy mieszkać?
— U twojej mamy?
— Czy w szałasie?
— Zawsze wszystko komplikujesz! — wybuchnął Jegor.
— To tylko tymczasowe.
— Potem trzy piętra.
— Basen.
— Myślisz, że w tej klitce można wychować rodzinę?
Kira spojrzała mu w oczy.
— Tak.
— Moje mieszkanie jest małe.
— Ale jest moje.
— A co masz ty?
Skrzyżowała ręce na piersi.
— Samochód?
— To w nim mieszkaj.
Twarz Jegora pokryła się czerwonymi plamami.
— Wypominasz mi to?
— Ja się staram dla nas!
— A ty…
— Ty jesteś szczurem, Kira.
— Szarą myszą.
— Która boi się wyjść z nory.
Odwrócił się.
Wybiegł z pokoju.
Trzask drzwi wstrząsnął mieszkaniem.
Kira została sama.
Spojrzała na swoje ręce.
Pokryte kamiennym pyłem.
Te ręce mogły rozłupywać granit.
Czy naprawdę nie poradzą sobie z jednym pasożytem?
Trudno było nazwać to rezydencją.
Raczej pomnikiem chciwości.
Stary dom Matwieja Iljicza był oblepiony dziwnymi dobudówkami.
Wieżyczki.
Werandy.
Całość przypominała brodawkę na ciele malowniczej wioski.
W środku pachniało starym papierem.
Lekarstwami.
I lakierem do drewna.
Rodzinna narada była w komplecie.
Przy długim stole siedział sam Matwiej Iljicz.
Gruby starzec z małymi, ruchliwymi oczkami.
Obok rozsiadł się Stas.
Młodszy brat Jegora.
Dłubał wykałaczką w zębach.
Stas nigdzie nie pracował.
Nazywał siebie „wolnym agentem nieruchomości”.
Galina Pietrowna, matka Jegora, krzątała się z talerzami.
Starała się nie podnosić wzroku.
Była jedyną osobą w tej rodzinie, do której Kira czuła sympatię.
Cicha kobieta.
Przytłoczona przez dominującego teścia i bezczelnych synów.
Zawsze podsuwała Kirze najlepszy kawałek ciasta.
— No więc, synowa — zachrypiał dziadek.
— Jegor mówi, że się sprzeciwiasz.
— To niedobrze.
— Rodzina to jeden organizm.
— Gdzie głowa się obróci, tam idą nogi.
— Czyli ja jestem nogami? — uśmiechnęła się Kira.
Nie dotknęła jedzenia.
— Ty jesteś zasobem — powiedział bezczelnie Stas.
Wypluł kawałek mięsa na talerz.
— Twoje mieszkanie jest teraz na szczycie ceny.
— Znaleźliśmy frajera, który zapłaci więcej niż rynek.
— Sprzedajemy je.
— Pieniądze do wspólnej puli.
— Zaczynamy budowę stulecia.
— Mój projekt już zatwierdzony.
— Jaki projekt, Stas? — zapytała spokojnie Kira.
— Ten sam, przy którym dwa lata temu obiecałeś osiedle domków?
— A potem przegrałeś pieniądze inwestorów w zakładach?
W pokoju zapadła cisza.
Stas poczerwieniał.
Jego szyja napuchła.
— Uważaj na słowa — warknął.
— To były chwilowe trudności.
— Teraz wszystko będzie idealnie.
— Kira, dziecko — zaczął słodko Matwiej Iljicz.
— Ty nie rozumiesz biznesu.
— Ryzyko to szlachetna sprawa.
— Twoje mieszkanie to martwy ciężar.
— My proponujemy przyszłość.
— Przepisz mieszkanie na mnie.
— Dla bezpieczeństwa transakcji.
Galina Pietrowna nagle upuściła widelec.
Dźwięk metalu zabrzmiał jak grzmot.
— Matwiej Iljicz, może nie trzeba — powiedziała cicho.
— To jedyne mieszkanie Kiry.
— Zamknij się! — ryknął starzec.
Uderzył pięścią w stół.
— Twoja sprawa to kuchnia.
— Nie wtrącaj się, gdy mężczyźni prowadzą interesy.
Jegor siedział obok i milczał.
Nalewał sobie koniak.
Unikał spojrzenia żony.
Jego milczenie mówiło więcej niż słowa.
Już ją zdradził.
Sprzedawał ją w tej chwili.
Za marzenie o bogactwie.
Za aprobatę dziadka i brata.
Kira poczuła w środku ogień.
Gniew stawał się ciężki i realny.
Widziała ich na wylot.
Nie zamierzali nic budować.
Chcieli tylko pieniędzy.
A ją wyrzucić jak zużytą serwetkę.
— Nie podpiszę żadnych dokumentów — powiedziała stanowczo.
— I nie sprzedam mieszkania.
— Jeszcze zobaczymy — uśmiechnął się Stas.
— Życie jest różne.
— Dziś jesteś właścicielką.
— A jutro wszystko może się zdarzyć.
To była jawna groźba.
Kira wstała.
— Dziękuję za kolację, Galino Pietrowno.
— Było bardzo smaczne.
Wyszła.
Czuła na plecach nienawistne spojrzenia.
***
Ogromne mozaikowe panel zajmowało całą ścianę hangaru.
Kira pracowała metodycznie.
Układała zielone kawałki smalty.
Tworzyła liść paproci.
Drzwi skrzypnęły.
Weszła Marina.
Jej przyjaciółka z dzieciństwa.
Restauratorka witraży.
— Przyniosłam kawę — powiedziała.
— Wyglądasz jak ktoś, kto chce kogoś zabić.
— To przez Jegora?
— Chcą odebrać mieszkanie — odpowiedziała Kira.
— Grożą mi.
— Mówiłam, że to ślimak — westchnęła Marina.
— Rozwód i po sprawie.
— Rozwód to długo — powiedziała Kira.
— Oni potrzebują pieniędzy teraz.
W tej chwili drzwi otworzyły się ponownie.
Wszedł Jegor.
Za nim Stas.
Z szyderczym uśmiechem.
— O, koleżanka — splunął Stas.
— Wynoś się stąd.
— Mamy rodzinne sprawy.
Marina skrzyżowała ręce.
— To moje miejsce.
— A wy czego tu szukacie?







