Po trzydziestu siedmiu minutach świętowanie dobiegło końca.
— Przesuńcie talerze bardziej w prawo, kto to tak ustawia? — donośny głos Lidii Wasiljewny roznosił się po pustej sali restauracji Prestige.
— Dasza, wreszcie przyszłaś.
— Czemu utknęłaś w drzwiach?
— Przywiozłam tort, Lidio Wasiljewno.
— Zapłaciłam pięć tysięcy czterysta rubli za dostawę w chłodni, — powiedziałam, stawiając ciężkie pudełko na skrajnym stoliku i poprawiając pasek zegarka.
Szkiełko było lekko porysowane pośrodku, dokładnie nad cyfrą dwanaście.
— Oj, nie zaczynaj od razu machać rachunkami, przecież staramy się dla Piotra Michajłowicza, człowiek kończy sześćdziesiąt lat, — teściowa nawet się do mnie nie odwróciła, dalej poprawiając koronkową serwetkę pod kieliszkami.
— Lepiej idź zobacz, jak nakryto stoły.
Podeszłam do głównego stołu w kształcie litery T, przy którym mieli siedzieć najbliżsi krewni.
Biały obrus chrzęścił od krochmalu.
Na środku stały drogie srebrne stojaczki z imionami gości.
Przesunęłam wzrokiem po miejscach.
Piotr Michajłowicz — u szczytu stołu.
Po jego prawej stronie — Lidia Wasiljewna.
Po lewej — mój mąż Siergiej.
A obok Siergieja…
Na grubym kartoniku pięknym kaligraficznym pismem wypisano: „Julia”.
— Lidio Wasiljewno, — wskazałam palcem na kartonik.
— A dlaczego mój kartonik leży przy samym wejściu, na małym okrągłym stoliku obok głośników?
— Tak trzeba, Daszeńko, — teściowa w końcu się odwróciła, a jej twarz promieniała fałszywą serdecznością.
— Przecież jesteś u nas kobietą zabieganą, księgową, przyzwyczajoną do kontrolowania wszystkiego.
— To gorące sprawdzić, to tort wynieść, to kelnera zawołać.
— Wygodniej ci będzie biegać od wejścia.
— Nie będziemy przecież ciągle szarpać Sierioży.
— Czyli obok mojego męża siedzi Julia? — wyjęłam kartonik ze srebrnych uchwytów i odwróciłam go w stronę teściowej.
— Jaka Julia, Lidio Wasiljewno?
— Koleżanka z pracy?
— To nasza ważna gościni, — teściowa wyrwała mi kartonik z rąk i z naciskiem odstawiła go na miejsce, prosto obok sztućców Siergieja.
— Po co ty tak wypytujesz?
— Idź lepiej sprawdzić serwetki na dalszych stołach.
— Zaraz zaczną zjeżdżać się goście, a ty wiecznie masz taką minę, jakby ci trzystu rubli nie dopłacili.
Drzwi sali bankietowej zaskrzypiały.
Wszedł Siergiej.
Miał na sobie nową szarą marynarkę, którą kupiliśmy na Ozonie w poprzedni weekend za osiem tysięcy.
Ale nie przyszedł sam.
Za jego plecami stała młoda kobieta w beżowym kaszmirowym płaszczu.
Cienkie kostki, przedłużone rzęsy, długie jasne włosy.
— Cześć, Dasz, — Siergiej od razu odwrócił wzrok, udając, że bardzo zainteresował go żyrandol.
— Już tu jesteś?
— Pomogłaś mamie?
— Jestem, Sierioża.
— Pomogłam, — podeszłam bliżej, czując, jak w środku zaczyna napinać się niewidzialna struna.
— Powiedz mi, kto przyszedł z tobą na rodzinny jubileusz, gdzie mieli być tylko krewni i bliscy przyjaciele?
— To Julia, — Siergiej chrząknął, poprawiając kołnierzyk.
— Ona… no, ogólnie pracuje ze mną.
— Mama powiedziała, że koniecznie trzeba ją zaprosić.
— Bardzo pomogła mi przy ostatnim raporcie kwartalnym.
— Przy raporcie? — spojrzałam prosto w oczy dziewczyny.
— Pomogła tak bardzo, że Lidia Wasiljewna przepisała moje miejsce przy głównym stole na nią?
— Dasza, nie zaczynaj tym swoim tonem, — teściowa natychmiast wyrosła między nami, zasłaniając Julię swoim masywnym ramieniem.
— Juleczka to córka mojej bardzo dobrej przyjaciółki z Samary.
— W naszym mieście jest zupełnie sama, porządna dziewczyna z porządnej rodziny.
— Po prostu okazaliśmy gościnność.
— Jest tu w pełni legalnie, osobiście ją zaprosiłam.
— Dobry wieczór, — powiedziała cicho i nieco śpiewnie Julia, przyciskając do siebie małą torebkę.
— Sierioża mówił, że jest pani bardzo surowa, Dario.
— Nie chciałam sprawiać kłopotu.
— Jeśli trzeba, mogę wyjść.
— A dokąd ty pójdziesz? — Lidia Wasiljewna rozłożyła ręce.
— Też coś wymyśliła!
— Sierioża, odprowadź Juleczkę do szatni, pomóż jej zdjąć płaszcz.
— A ty, Dasza, przestań psuć ludziom święto już od progu.
— Idź do swojego stolika.
Spojrzałam na swój zegarek z lekko porysowanym szkiełkiem.
Wskazówki pokazywały dokładnie osiemnastą.
Do rozpoczęcia bankietu zostało piętnaście minut.
**Rachunki za cudze uśmiechy**
— Dasza, wejdź do pomieszczenia gospodarczego, trzeba przeliczyć kartony z alkoholem, — zawołała teściowa dziesięć minut później, kiedy w foyer było już słychać głosy pierwszych gości.
— Kelnerzy na pewno wyniosą stamtąd parę butelek, jeśli nie podłączysz swoich księgowych oczu.
Weszłam milcząco do wąskiego pokoju za sceną, gdzie stały kartony z wódką i winem.
Siergiej już tam był, wyciągał butelki i ustawiał je na stole.
— Wiedzieliście, że ona przyjedzie? — zamknęłam za sobą drzwi, odcinając hałas sali.
— Sierioża, pytam cię.
— Ty i twoja matka zaplanowaliście to wcześniej?
— Dasz, jakie to ma znaczenie, czy wiedzieliśmy, czy nie? — Siergiej ze złością zadzwonił butelkami.
— Mama uznała, że trzeba zaprosić człowieka.
— Julia jest teraz w bardzo trudnym okresie, ma problemy z mieszkaniem, odeszła od męża.
— Potrzebuje wsparcia.
— Wsparcia od mojego męża na jubileuszu twojego ojca? — zrobiłam krok do przodu, zmuszając go, żeby się odwrócił.
— Dwa tygodnie temu przysięgałeś mi, że jej SMS-y w twoim telefonie to zwykła korespondencja służbowa.
— Powiedziałeś, że wszystko sobie wymyślam.
— Że jestem wariatką.
— No błąd, no napisaliśmy do siebie parę razy, i co teraz, rozstrzelać mnie? — Lidia Wasiljewna gwałtownie weszła do pomieszczenia i podparła plecami drzwi.
— Sama jesteś winna, Dasza.
— Spójrz na siebie.
— Od trzech lat chodzisz jak robot.
— Praca — dom, dom — praca.
— Kiedy ostatni raz uśmiechnęłaś się do Siergieja?
— Tylko suszysz mu głowę o każdą kopiejkę.
— Zamęczyłaś go tymi swoimi domowymi kontrolami.
— Liczę pieniądze, bo ktoś w tej rodzinie musi je liczyć! — głos mi się załamał, ale zmusiłam się, żeby mówić ciszej.
— Kto zapłacił za dekorację tej sali?
— Kto oddał dekoratorowi czterdzieści pięć tysięcy rubli ze swoich dodatkowych zleceń, żeby Piotrowi Michajłowiczowi nie było wstyd przed kolegami?
— Siergiej zapłacił?
— Oj, zaczęło się! — teściowa skrzywiła się z obrzydzeniem i rozłożyła ręce.
— Wystawiła rachunek!
— Rodzina to nie twoja księgowość, Daszeńko.
— Mężczyzna potrzebuje inspiracji, zrozumienia, łagodności.
— A od ciebie ma tylko chłód i pretensje.
— Sieriożeńka przez twoje zrzędzenie wpadł w depresję, nie chciał chodzić do pracy.
— A Juleczka go z tego wyciągnęła, zwróciła mu skrzydła.
— Skrzydła za czterdzieści pięć tysięcy z późniejszą zapłatą? — odwróciłam się do Siergieja, który zawzięcie skubał palcem etykietę na butelce wina.
— Dlatego wczoraj wypłaciłeś z naszego konta oszczędnościowego w Sberbanku trzydzieści tysięcy rubli?
— Na skrzydła?
— Odkładaliśmy te pieniądze na moje leczenie zębów, Siergiej!
— Miałem prawo wziąć te pieniądze, — burknął mąż cicho, ale z przekąsem.
— To też moje pieniądze.
— Pracuję nie mniej niż ty.
— Mam prawo do osobistych wydatków czy nie?
— Osobistych wydatków na Samarę? — podeszłam do niego prawie na styk.
— Czy na jej wynajęte mieszkanie za rogiem?
— Widzisz, Sierioża, ona znowu o pieniądzach, — westchnęła Lidia Wasiljewna, uchylając drzwi pomieszczenia.
Tam, w korytarzu, stała już Julia, przestępując z nogi na nogę w swoich nowych butach.
— Żadnego zrozumienia wyższych uczuć.
— Sama przyziemność.
— Przepraszam, przeszkodziłam? — Julia zajrzała do pokoju, robiąc przestraszone oczy.
— Sierioż, przyjechał twój wujek Nikołaj Pietrowicz z Tweru.
— Pyta, gdzie jubilat.
— A panią, Lidio Wasiljewno, wołają goście.
— Chodźmy, Juleńko, chodźmy, kochana, — teściowa czule ujęła dziewczynę pod łokieć.
— Sierioża, bierz wino i wychodź.
— A ty, Dasza, posiedź tutaj, uspokój się.
— Broń Boże, wyjdziesz do ludzi z taką miną.
— Zepsujesz całą atmosferę.
Wyszli.
Siergiej nawet się nie obejrzał.
Zostałam sama wśród kartonów z tanią wódką, za którą też płaciłam swoją kartą, bo teściowa ma „małą emeryturę, tylko dwadzieścia dwa tysiące”, a Siergiej „teraz ma trudności w firmie”.
Wiedziałam, że tak będzie.
Od dawna wiedziałam.
Już dwa tygodnie temu, kiedy zobaczyłam w jego telefonie to krótkie: „Dziękuję za wieczór, jesteś moim wybawcą”.
Ale przemilczałam to.
Wybrałam niewidzenie, bo było mi wstyd przed siostrą, przed kolegami, przed samą sobą.
Jak to tak, wszyscy mają idealne rodziny, a ja w wieku czterdziestu dwóch lat zostanę sama z kredytowym samochodem męża na głowie?
I pojechałam wybierać kwiaty na jubileusz teścia.
Sama zapłaciłam dziewięć tysięcy pięćset rubli za florystykę.
Żeby wszystko było pięknie.
Żeby nikt niczego nie pomyślał.
Drzwi znów się uchyliły.
Wszedł Piotr Michajłowicz, jubilat.
Miał na sobie stary, ale wyprasowany garnitur.
Twarz miał zmęczoną, bladą.
W zeszłym roku przeszedł ciężki udar i przez trzy miesiące jeździliśmy po szpitalach.
A dokładniej, jeździłam ja, bo Lidia Wasiljewna wtedy pojechała do sanatorium, ponieważ „nie mogła znieść tego szpitalnego zapachu, od razu dostawała migreny”.
— Daszutka, co ty tu robisz? — staruszek przysiadł na brzegu kartonu.
— Lida tam biega, rozsadza gości.
— A ciebie zobaczyłem na samym końcu stołu przy drzwiach.
— Co to za nowości?
— Tak zarządziła Lidia Wasiljewna, Piotrze Michajłowiczu, — postarałam się, żeby mój głos brzmiał możliwie równo.
— Powiedziała, że tak będzie mi wygodniej pilnować gorących dań.
— Kontrola księgowa i te sprawy.
— Co ona za głupoty wygaduje? — teść zmarszczył brwi, jego warga lekko zadrżała, pozostałość po chorobie.
— Twoje miejsce jest obok Sieriegi.
— W końcu jesteście małżeństwem.
— Dziesięć lat razem.
— Zaraz pójdę i przestawię te kartoniki.
— Nie trzeba, Piotrze Michajłowiczu, — delikatnie dotknęłam jego ramienia.
— Nie róbcie skandalu przy gościach.
— Nie wolno panu się denerwować, ciśnienie znowu podskoczy.
— Proszę iść do sali, wszyscy na pana czekają.
— A ta… blondynka w beżu, to kto w ogóle? — staruszek zmrużył oczy.
— Lida naplotła mi, że to córka jej przyjaciółki.
— A Sieriega skacze wokół niej jak piesek.
— Dasza, co tu się dzieje?
— To Julia, Piotrze Michajłowiczu.
— Koleżanka.
— Chodźmy do sali, bo Lidia Wasiljewna już się złości.
**Zbędne zera w wyciągu**
W sali dudniła muzyka.
Goście, około trzydziestu osób, już zasiedli na miejscach.
Słychać było brzęk widelców, śmiech, głośne okrzyki krewnych.
Siedziałam na samym końcu, przy ogromnej czarnej kolumnie, która nieprzyjemnie wibrowała mi prosto w plecy.
Obok mnie siedział kuzyn trzeciego stopnia Siergieja z żoną, którzy przyjechali z okolicy i byli zajęci wyłącznie pochłanianiem wędlin.
A na drugim końcu sali, przy głównym stole, siedział mój mąż.
Obok niego zasiadała Julia.
Lidia Wasiljewna co chwilę dokładała jej na talerz najlepsze kawałki, głośno się śmiała i głaskała dziewczynę po ręce.
Siergiej uśmiechał się tym właśnie otwartym, głupawym uśmiechem, którego nie kierował do mnie od ostatnich trzech lat.
Wyjęłam telefon.
Ręce mi nie drżały.
W głowie miałam jakąś dziwną, lodowatą jasność.
Weszłam do aplikacji Sberbank Online.
Wczoraj byłam tak zagoniona sprawami, że zobaczyłam powiadomienie o pobraniu trzydziestu tysięcy, ale nie sprawdziłam pełnego wyciągu z naszej wspólnej karty kredytowej, gdzie limit wynosił trzysta tysięcy rubli i od której wciąż płaciliśmy odsetki.
Otworzyłam historię operacji.
Liczby nie zgadzały się z moimi obliczeniami.
Przeliczyłam jeszcze raz.
Wszystko się zgadzało, tylko absolutnie nie na moją korzyść.
Oprócz wczorajszych trzydziestu tysięcy wypłaconych gotówką, widniała tam jeszcze jedna pozycja.
Piątek, czternasta trzydzieści.
Salon jubilerski Ametyst.
Czterdzieści pięć tysięcy rubli.
I jeszcze jedna pozycja, sobota rano — podmiejski hotel Romaszka, apartament dla dwojga, pięćdziesiąt dwa tysiące rubli.
Podniosłam oczy znad ekranu.
Na szyi Julii, tuż nad dekoltem prostego, skromnego sukienki, połyskiwał cienki złoty łańcuszek z małą zawieszką w kształcie kropli.
Zawieszka była nowa, bez zadrapań.
Bardzo pięknie odbijała światło restauracyjnych żyrandoli.
Do mojego stolika podszedł chwiejnie Siergiej.
W rękach trzymał pusty dzbanek po morsie.
— Dasz, czemu tak siedzisz z nosem w telefonie? — zapytał półgłosem, pochylając się nade mną.
— Siedzisz z taką miną, jakbyś była w żałobie.
— Mama jest niezadowolona.
— Podeszła do niej ciocia Luba i pyta, dlaczego Dasza siedzi osobno, czy coś się stało.
— Zachowuj się normalnie, proszę.
— Możesz chociaż dla ojca udawać szczęśliwą?
— Sierioża, — odwróciłam ekran telefonu w jego stronę.
— Spójrz, proszę.
— Co to za wydatki w salonie jubilerskim?
— Czterdzieści pięć tysięcy rubli.
— I apartament w Romaszce za pięćdziesiąt dwa tysiące.
— To też były wydatki na raport kwartalny?
Siergiej szybko zerknął na ekran, a jego twarz natychmiast się zmieniła.
Złodziejskim ruchem obejrzał się na główny stół, gdzie Lidia Wasiljewna akurat wesoło rozmawiała o czymś z Julią.
— Ty znowu mnie śledzisz? — syknął, chwytając mnie za nadgarstek.
— Ile można kontrolować każdy mój krok?
— Tak, kupiłem Julii prezent.
— I tak, pojechaliśmy za miasto.
— Bo przy niej czuję się mężczyzną, a nie oskarżonym na przesłuchaniu!
— Ona mnie szanuje, rozumiesz?
— Ona nie liczy każdej kopiejki, którą wydałem!
— Ona nie liczy kopiejek, Siergiej, bo to MOJE kopiejki, — zdjęłam jego rękę ze swojego nadgarstka i spojrzałam na zegarek.
Osiemnasta trzydzieści.
Minęło dokładnie pół godziny od chwili, gdy weszliśmy do tej sali.
— To pieniądze z mojego konta oszczędnościowego, które wypłaciłeś bez pytania.
— To limit na naszej wspólnej karcie, który będę zamykać ja, bo twoja oficjalna pensja idzie na kredyt za samochód.
— Oj, zaczęło się, — Siergiej złośliwie obrócił dzbanek w rękach.
— Twoje pieniądze, moje pieniądze…
— Jesteśmy małżeństwem, Dasza!
— Zgodnie z prawem cały majątek jest wspólny.
— Mam prawo sprawić kobiecie przyjemność czy nie?
— Od trzech lat zżerasz mi mózg tym swoim budżetem.
— Nie miałem czym oddychać w tym mieszkaniu!
— Mieszkanie, swoją drogą, należy do mojej mamy, — przypomniałam spokojnym głosem.
— Nie jesteś tam nawet zameldowany.
— Twój meldunek jest u Lidii Wasiljewny w chruszczowce.
— No daj spokój, Siergiej, czemu tam utknąłeś? — podpłynęła do nas teściowa, przyciągnięta naszym syczeniem.
Jej oczy błysnęły nieżyczliwie.
— Dasza, znowu urządzasz chłopakowi sceny?
— Prosto na jubileuszu?
— Jaka ty jednak jesteś egoistka.
— Zamiast cieszyć się z rodziny, z ojca.
— Juleczka siedzi tam, święty człowiek, o nikim złego słowa nie powiedziała.
— A od ciebie tylko jad.
— Lidio Wasiljewno, — spojrzałam teściowej prosto w twarz.
— Pani syn wydał prawie sto tysięcy rubli z naszej wspólnej karty na swoją kochankę w ten weekend.
— Wiedziała pani o tym?
— Dasza, przecież sama widzisz, nie można nikogo zmusić do miłości, — teściowa nagle pochyliła się i powiedziała to z zaskakującą łagodnością, prawie ze współczuciem, ale w tym współczuciu było tyle triumfującej wyższości, że aż mną wstrząsnęło.
— Od trzech lat tylko się nawzajem męczycie.
— Jesteście obcymi ludźmi w jednym domu.
— On już cię nie kocha, nie kocha!
— I co teraz, złamać chłopakowi życie przez twoje ambicje?
— Ma trzydzieści osiem lat, chce dzieci, normalnej, żywej rodziny, a nie twojego suchego bilansu.
— Juleczka to jego szczęście.
— I ja jako matka mam obowiązek go wesprzeć.
— Nie mogę patrzeć, jak mój syn więdnie przy tobie.
— Więc pogódź się z tym i nie psuj wieczoru.
— Posiedź cicho, potem spokojnie się rozwiedziecie.
Wyprostowała się, poprawiła fryzurę i głośno zastukała widelcem o kieliszek.
— Uwaga, drodzy goście!
— Chwileczkę uwagi! — jej głos rozniósł się po sali, zagłuszając muzykę.
— Teraz będzie główny toast!
**Trzydzieści siedem minut odliczania**
Muzykę wyłączono.
W sali zawisła ta ciężka, wyczekująca cisza, jaka bywa przed burzą.
Wszyscy goście odwrócili się w stronę głównego stołu.
Siergiej zdążył już wrócić na swoje miejsce i siedział obok Julii, zwycięsko prostując plecy.
Julia skromnie spuściła oczy, lekko dotykając palcami złotej kropli na szyi.
Spojrzałam na zegarek.
Osiemnasta trzydzieści siedem.
Dokładnie trzydzieści siedem minut temu weszłam do tej sali.
Święto, do którego przygotowywałam się przez dwa miesiące, trwało dla mnie dokładnie tyle.
— Moi drodzy, bliscy, kochani! — Lidia Wasiljewna stała z uniesionym kieliszkiem, a jej twarz promieniała pokazową dumą.
— Dziś wielki dzień, sześćdziesięciolecie naszego drogiego Piotra Michajłowicza.
— Przeszliśmy długą drogę.
— Ale życie nie stoi w miejscu.
— I dziś chcę wznieść ten kieliszek nie tylko za zdrowie jubilata, lecz także za nową stronę w życiu naszej rodziny!
Goście zaszeleszczeli, ktoś z aprobatą pokiwał głową.
— Wszyscy znacie naszego Sieriożeńkę, — kontynuowała teściowa, obwodząc salę królewskim spojrzeniem.
— To chłopak delikatny, uczciwy, pracowity.
— I w ostatnich latach było mu bardzo ciężko.
— Rozumiecie, o czym mówię.
— Kiedy w domu nie ma ciepła, kiedy witają cię tylko pretensje i rachunki… mężczyzna gaśnie.
— Ale Bóg jest miłosierny!
— W życiu Siergieja pojawił się prawdziwy anioł stróż.
— Światełko, które zwróciło mu uśmiech i wiarę w siebie.
— Oto ona siedzi obok niego, nasza droga Juleczka!
— Wznieśmy kieliszki za to, aby odtąd w naszej rodzinie panowały tylko miłość, młodość i prawdziwe, szczere szczęście!
— Za nową parę!
— Za Juleczkę i Sieriożę!
W sali wydarzyło się coś, czego teściowa na pewno się nie spodziewała.
Nikt nie podniósł kieliszka.
Krewni zaczęli przestraszeni wymieniać spojrzenia.
Moja ciotka drugiego stopnia Luba powoli odstawiła kieliszek na stół.
Wujek Nikołaj Pietrowicz z Tweru zmarszczył brwi tak mocno, że jego gęste brwi zbiegły się u nasady nosa.
Wszyscy mnie znali.
Wszyscy pamiętali, jak w zeszłym roku swoim samochodem woziłam Piotra Michajłowicza na rehabilitację w każdy weekend, podczas gdy Siergiej „szukał siebie” na rybach.
Powoli wstałam ze swojego miejsca przy samym wejściu.
Moje krzesło cicho zaskrzypiało po linoleum.
— Lidio Wasiljewno, — mój głos zabrzmiał zaskakująco cicho, bez krzyku, ale w zastygłej sali usłyszeli go wszyscy.
— Ma pani rację.
— Nie można nikogo zmusić do miłości.
— Przez trzy lata opowiadała pani wszystkim krewnym, jaką jestem złą żoną, bo wymagam od pani syna, żeby pracował, a nie siedział mi na karku.
— A dziś oficjalnie, przy wszystkich, przepisała pani moje miejsce przy rodzinnym stole na kochankę mojego męża.
— Dasza, przestań z tą farsą! — teściowa natychmiast zrzuciła maskę dobroduszności, a jej twarz pokryła się czerwonymi plamami.
— Zwariowałaś?
— Postanowiłaś urządzić histerię na jubileuszu ojca?
— Dziewczyna posiedziała obok, i co z tego robić dramat?
— Ty wiecznie wszystko wyolbrzymiasz, robisz z igły widły!
— Wracaj na miejsce!
— Nie idę na miejsce, Lidio Wasiljewno.
— Wychodzę, — zrobiłam kilka kroków w stronę głównego stołu.
— Ale najpierw chcę coś powiedzieć.
— Siergiej, połóż klucze do mieszkania mojej mamy na stole natychmiast.
— Już tam nie wrócisz.
— Kredyt za twój samochód, przy którym jestem poręczycielem, jutro przejdzie na etap postępowania sądowego, ponieważ wycofuję zgodę na restrukturyzację.
— Dasz, no co ty, przy ludziach… — Siergiej zerwał się, a jego twarz zrobiła się blada jak restauracyjny talerz.
— Po co to robisz?
— Mogliśmy spokojnie porozmawiać w domu!
— Po co mnie kompromitować przed wujkiem Kolą?
— Kompromitować? — uśmiechnęłam się krzywo, patrząc na jego drżące wargi.
— Pojechałeś do apartamentu za pięćdziesiąt dwa tysiące rubli z mojej karty, Siergiej.
— To nie kompromitacja?
— Juleczko, ładny łańcuszek.
— Ametyst, czterdzieści pięć tysięcy rubli.
— Noś na zdrowie, tylko teraz zapłacicie za niego ty i Lidia Wasiljewna.
— Powodzenia.
— Dasza, zamknij się! — krzyknęła teściowa, tracąc wszelką kontrolę.
— Wynoś się stąd!
— Słyszysz?
— Wynoś się!
— Bez ciebie świetnie sobie poradzimy!
— Juleczka jest z porządnej rodziny, ona Sieriożeńki nie zostawi, a ty będziesz sobie pluła w brodę!
— Pietia, no powiedz jej!
— Czemu milczysz?
— Twoja była żona oszalała!
I wtedy ze swojego miejsca powoli podniósł się Piotr Michajłowicz.
Jubilat.
Sześćdziesiąt lat.
Uderzył ciężką pięścią w stół tak mocno, że kieliszki z szampanem zadźwięczały i posypały się na podłogę.
Czerwone wino z przewróconego kieliszka Siergieja powoli popłynęło po śnieżnobiałym obrusie, zalewając kartonik z imieniem „Julia”.
— Cisza wszyscy, — powiedział starzec głucho, ale strasznie.
Warga mu drżała, ale spojrzenie miał proste i ciężkie.
— Pietia, tobie nie wolno się denerwować… — pisnęła teściowa, cofając się.
— Zamknij usta, Lida, — ryknął teść.
— Zamknij usta i nigdy więcej ich nie otwieraj.
— A ty, Sieriega, siadaj na miejsce, szczeniaku.
Sala dosłownie zamarła.
Było słychać, jak w kuchni restauracji kucharz upuszcza jakieś naczynie.
— Piotrze Michajłowiczu… — zaczęła Julia, przyciskając dłonie do piersi.
— A ty w ogóle milcz, — starzec nawet na nią nie spojrzał.
Odwrócił się do syna.
— Dziesięć lat Daszka męczyła się z tobą, głupku.
— Kiedy leżałem po udarze, gdzie byłeś, synku?
— W Samarze kręciłeś swoje sprawy?
— A Daszka wynosiła mi basen i robiła masaże, żeby ręce mi działały.
— Ona wynajęła tę salę, ona kupiła mi ten garnitur, żebym wyglądał przy ludziach jak człowiek!
— A wy… obie jesteście podłe.
— Lida, kogo ty wciągnęłaś do domu?
— Kogo postanowiłaś posadzić na miejscu matki moich wnuków?
— Pietia, ale my chcieliśmy jak najlepiej… Sieriożeńka cierpiał… — teściowa zaczęła się trząść, a jej pokazowa pewność siebie stopniała w jednej sekundzie.
— Cierpiał? — Piotr Michajłowicz cisnął wykrochmaloną serwetkę prosto w talerz z gorącym daniem.
— Koniec.
— Święto skończone.
— Nikołaj, zabieraj swoich.
— Luba, wychodzimy.
— Tato, co ty robisz?
— To przecież twój jubileusz! — krzyknął Siergiej, próbując złapać ojca za rękaw.
— Nie mam żadnego jubileuszu, — starzec ciężko ruszył wokół stołu, kierując się do mnie.
— I syna też już nie mam.
— Daszutka, chodźmy stąd.
— Niech sami zapłacą za ten bankiet, skoro mają pieniądze na apartamenty.
— Nikołaj, pomóż z pudełkami, tort zabieramy.
Wujek Nikołaj Pietrowicz z Tweru wstał milcząco, odsunął krzesło i podszedł do stołu, zabierając wielkie pudełko z tortem, za który zapłaciłam pięć tysięcy czterysta rubli.
Za nim zaczęli wstawać pozostali krewni.
Milcząc, nie patrząc na Lidię Wasiljewnę i Siergieja, zabierali swoje torby i szli do wyjścia.
Święto skończyło się dokładnie trzydzieści siedem minut po jego rozpoczęciu.
**Pusta droga do domu**
Na zewnątrz był chłodny czerwcowy wieczór.
Po dusznej sali restauracyjnej powietrze wydawało się zdumiewająco czyste.
Piotr Michajłowicz siedział na ławce przy wejściu, ciężko oddychając.
Wujek Kola podał mu butelkę wody mineralnej.
— Daszutka, jak ty się trzymasz? — zapytał cicho teść, podnosząc na mnie oczy.
— Wybacz nam.
— Wybacz, że wyhodowaliśmy ci takiego wyrodka.
— Ja przecież nie wiedziałem… Lida śpiewała mi, że u was wszystko dobrze, tylko ty zatrzymujesz się w pracy.
— Wszystko w porządku, Piotrze Michajłowiczu, — usiadłam obok i po raz ostatni spojrzałam na swój zegarek z lekko porysowanym szkiełkiem.
Osiemnasta czterdzieści siedem.
— To nie pana wina.
— Dziękuję, że stanął pan w mojej obronie.
— Ma pan dokąd jechać?
— Do Kolki do Tweru pojadę jeszcze dziś, — staruszek machnął ręką w stronę starej Łady wujka Koli.
— Do tej chruszczowki Lidy więcej nogi nie postawię.
— Niech tam sobie żyją ze swoją Juleczką i Sieriożeńką za moją emeryturę.
— Kola, odpal tę katarynkę.
Odjechali.
Samochód powoli zniknął za zakrętem, zostawiając po sobie lekki zapach benzyny.
Zostałam sama na przystanku.
Wyjęłam telefon.
Ekran świecił w zmierzchu.
W czacie grupowym „Lebiediewowie. Rodzina” wisiało trzydzieści nieodebranych wiadomości i kilka wściekłych nagrań głosowych od Lidii Wasiljewny.
Nie zaczęłam ich słuchać.
Po prostu nacisnęłam przycisk „Opuść grupę” i zablokowałam trzy numery: teściowej, Siergieja i Julii.
Podjechał podmiejski autobus numer sto cztery.
Prawie pusty, z przygaszonym żółtym światłem w środku.
Wsiadłam, zapłaciłam za przejazd kartą Mir, czterdzieści pięć rubli, i usiadłam przy oknie.
W środku nie było ani złości, ani łez, ani chęci zemsty.
Była tylko ogromna, nieprzywykła cisza i lekka pustka.
Spojrzałam na swoje ręce leżące na kolanach.
Palce nie zaciskały już paska zegarka.
Nie obracałam obrączki na palcu.
Autobus ruszył, płynnie nabierając prędkości na ciemnej szosie.
Nie wiedziałam, co będzie jutro.
Nie wiedziałam, jak będę dzielić samochód, jak wyjaśnię wszystko mamie, za jakie pieniądze pokryję limit na karcie kredytowej.








