A jej wakacje skończyły się na wycieraczce przed drzwiami.
— Pięćset tysięcy, z mojej karty.
Przelew do „Sochi-Travel”.
Sierioża, właśnie przyszedł mi SMS, co to jest?
Rita nawet nie zdjęła płaszcza.
Stała tak w przedpokoju, ściskając w dłoni telefon.
Na ekranie widniało powiadomienie z bankowości mobilnej.
W mieszkaniu pachniało mentolową maścią na stawy.
Zza drzwi wychylił się Siergiej w domowych dresach z wypchanymi kolanami i z niedojedzoną kanapką w ręku.
Na jego czole połyskiwał pot.
— O, Ritka, przyszłaś?
My tu jemy obiad, — uśmiechnął się nienaturalnie i spróbował pocałować ją w policzek, ale Rita go zatrzymała.
— No daj spokój, czemu od progu mówisz tonem prokuratora?
No przelałem, sprawa rodzinna.
— Rodzinna? — Rita weszła do kuchni i znieruchomiała.
Ludmiła Pietrowna, teściowa, siedziała na ulubionym krześle Rity z aksamitnym obiciem.
Miała na sobie różowy frotowy szlafrok Rity.
Teściowa głośno mieszała herbatę, podgryzając sucharki.
— Ritoczko, po co krzyczysz? — Ludmiła Pietrowna nawet nie odwróciła głowy.
— Sieriożeńka zrobił matce prezent.
Ma prawo wziąć grosik od własnej żony.
Lekarz mi powiedział: „Ludmiło Pietrowno, pani potrzebuje morza”.
Trzeba wygrzać stawy, bo zimą całkiem pani zalegnie.
Całe życie poświęciłam synowi.
Czy na stare lata nie zasłużyłam na trzy tygodnie w Soczi?
— To były pieniądze mojej mamy, — powiedziała Rita.
Głos jej zadrżał, ale się opanowała.
— Na kardiochirurgię, w szpitalu wojewódzkim.
Za dwa tygodnie mają jej wymienić zastawkę, Sierioża.
Bez tych pieniędzy operacji nie będzie.
— No daj spokój, Rita! — Siergiej machnął zirytowany ręką, a okruchy z kanapki posypały się na czystą podłogę.
— Po co robisz panikę?
Twoja matka jest już starsza, ma sześćdziesiąt osiem lat.
Darmowa medycyna też jej pomoże.
Poleży w szpitalu wojewódzkim z przydziału miesiąc czy dwa dłużej, sale są tam teraz normalne, czyste.
Nic jej się nie stanie!
A dla mojej mamy wyrwaliśmy wycieczkę last minute, jutro był ostatni dzień płatności.
Po prostu mieliśmy szczęście!
— Szczęście, — powtórzyła Rita.
Ciocia Nona przed śmiercią zapisała jej swoją starą Ładę.
Rita sprzedała ją i odłożyła pieniądze na operację matki.
W kardiologii wojewódzkiej powiedzieli uczciwie: z przydziału kolejka trwa pół roku, a Tamara Wasiljewna z takim sercem tyle nie wytrzyma.
Potrzebna była importowana zastawka i płatna sala od razu.
Siergiej i teściowa o tym wiedzieli.
Ludmiła Pietrowna podniosła się, ciężko opierając tłuste ręce na stole, i sięgnęła do lustra na ścianie.
Obok, na półeczce, stał drogi francuski krem Rity.
Teściowa bez pytania odkręciła złocistą nakrętkę, wsadziła do środka gruby, nieumyty palec, zostawiając na delikatnej konsystencji szary ślad, i posmarowała się pod oczami.
— I w ogóle, Rita, nie bądź taka egoistyczna, — pouczająco powiedziała teściowa, wycierając ręce… ręcznikiem do twarzy.
— Jesteśmy jedną rodziną.
Trzeba się dzielić.
Twoja matka już swoje przeżyła, a ja jeszcze muszę wychować wnuki.
No i mieszkanie macie przestronne.
Mogłabyś się trochę ścisnąć, dopóki załatwiam dokumenty na wyjazd.
Rita patrzyła na brudny ręcznik i rozgrzebany słoiczek kremu.
To mieszkanie należało wyłącznie do niej.
Siergiej przyszedł tu mieszkać trzy lata temu z jedną walizką i długiem za starego Forda.
Nie był tu nawet zameldowany.
Formalnie mieszkał u matki, w jej kawalerce na obrzeżach miasta.
— Wyjdźcie z kuchni, — powiedziała Rita głośno.
— Co? — Siergiej zmarszczył brwi.
— Rita, oszalałaś czy co?
Robisz awanturę o głupotę.
Mama będzie u nas gościć tydzień, dopóki centrum wizowe… to znaczy, dopóki biuro podróży robi bilety!
— Wyjdźcie oboje, — powtórzyła Rita, czując, jak w piersi zaczyna jej wrzeć.
— Gdzie jest teczka z przedpokoju, Sierioż?
Ta, która leżała na półce pod lustrem.
Rita stała na środku korytarza.
Znała już odpowiedź, ale musiała usłyszeć ją od niego.
Siergiej, najedzony i senny po tłustym rosole matki, leniwie dłubał w zębach wykałaczką, oparty o framugę.
— Jaka teczka?
A, te szpitalne papierki?
Mama tam robiła porządek, ustawiała swoje pudełka po butach, zapytaj ją.
Rita rzuciła się do szafy w przedpokoju.
Na górnej półce, gdzie wcześniej schludnie leżały wypisy medyczne mamy, wyniki koronarografii i świeże badania, teraz pysznił się ogromny słomkowy kapelusz z obwisłym materiałowym pąkiem piwonii na główce.
Obok piętrzyły się plastikowe klapki w trującym zielonym kolorze.
— Ludmiło Pietrowno, — Rita powoli odwróciła się do teściowej.
— Gdzie są dokumenty mojej mamy?
Skierowanie na hospitalizację, płyty z tomografii, opinie lekarskie?
Teściowa skrzywiła się niezadowolona, jakby zmuszono ją do czegoś nieprzyjemnego.
— Oj, dziewczyno, czego tak gdaczesz o jakąś makulaturę?
Wyrzuciłam ją.
Ricie pociemniało w oczach.
Przez półtora miesiąca woziła słabnącą matkę po gabinetach, zdobywała skierowania, stała w kolejkach, żeby zebrać ten pakiet dokumentów.
Bez oryginałów tych badań i skierowania z trójkątną pieczątką matki po prostu nie przyjmą na oddział.
Tam nikt nie będzie słuchał słów: „doniesiemy później”.
— Pani… co zrobiła?
— To, co słyszałaś! — powiedziała Ludmiła Pietrowna, mijając ją w drodze do pokoju.
— Nie ma po co trzymać w domu tego szpitalnego śmiecia!
Od tego jest cmentarna energia.
Ja położyłam w szafie swoje kapelusze, nie mogę ich pognieść, kosztują pieniądze.
A papierki wydrukujesz nowe.
Wielka mi rzecz.
U ciebie w pracy drukarek pełno.
— To były oryginały, — Rita weszła do kuchni, szarpnęła drzwiczki szafki pod zlewem i zajrzała do kosza.
Wśród szarych obierek ziemniaków i mokrych fusów herbaty niebieszczył się naderwany plastikowy brzeg.
Włożyła rękę do śmieci i wyciągnęła teczkę.
Dokumenty w środku były zalane tłustym rosołem, przedarte na pół i pogniecione.
Opinia głównego kardiologa województwa, na którą czekały trzy tygodnie, zmieniła się w brudną papkę.
Niebieska pieczęć rozpłynęła się, zamieniając w brudnofioletową plamę.
— Rita, no przestań robić dramat, — Siergiej podszedł od tyłu i położył jej ciężką rękę na ramieniu.
— Twoja mama powtórzy badania.
Wielkie rzeczy, pobiorą krew z palca.
Przy okazji będą świeższe, o co ci chodzi?
My tu szykujemy się do urlopu, człowiek może ma jedyną szansę pojechać nad morze, a ty chodzisz z kwaśną miną i tylko psujesz święto.
Rita strząsnęła jego rękę ze swojego ramienia.
Spojrzała na swoje palce.
Został na nich tłusty ślad po rosole i szary nalot z kosza na śmieci.
Teraz będą grać według jej zasad.
— Rzeczywiście, — powiedziała cicho Rita, patrząc na zniszczone formularze.
— Co ja robię?
Zrobimy nowe.
— No właśnie! — ucieszyła się Ludmiła Pietrowna.
— Zmądrzała dziewczyna!
Sierioż, nastaw czajnik, kupiłam jeszcze białe pianki, uczcimy zakup biletów!
Rita milcząco wyszła do sypialni, szczelnie zamykając za sobą drzwi.
Wyjęła służbowy laptop.
— Tak, operator 412, proszę zanotować.
Karta została zablokowana przeze mnie osobiście.
Potwierdzam nieautoryzowane obciążenie na kwotę pięciuset tysięcy rubli.
Operacja została przeprowadzona bez mojej zgody.
Zawiadomienie na policję?
Tak, już je składam.
Rozłączyła się.
Na ekranie laptopa świecił panel osobisty.
Karta, którą mąż tak hojnie opłacił soczijską wyprawę swojej mamusi, była teraz zablokowana.
Za drzwiami sypialni rozlegał się wesoły śmiech teściowej.
— Sieriożeńka, koniecznie kup mi krem do opalania, faktor czterdzieści!
Bo spalę się już pierwszego dnia, skórę mam szlachetną, białą! — Ludmiła Pietrowna brzęczała filiżankami, rozstawiając na stole pianki.
Rita narzuciła kurtkę i schowała laptop do torby.
— A ty dokąd? — zdziwił się Siergiej, zderzając się z nią w przedpokoju.
— My tu mieliśmy pić herbatę.
Mama prosiła, żeby pokazać jej, jak otwierać bilety w telefonie.
— Muszę pilnie jechać do pracy. — Rita zapięła buty, nawet nie patrząc na męża.
— A, no dobra.
Tylko się nie zasiedź, — wielkodusznie pozwolił Siergiej.
— Jutro o dwunastej musimy jechać do biura podróży, podpisać umowę i odebrać oryginały dokumentów.
Mama się denerwuje.
„Denerwujcie się bardziej”, pomyślała Rita, zamykając za sobą żelazne drzwi.
Dwadzieścia minut później siedziała już w rejonowym komisariacie policji.
Za biurkiem zawalonym teczkami siedziała jej stara znajoma, Walentina: kapitan sprawiedliwości, z którą Rita często krzyżowała się służbowo, gdy przygotowywała ekspertyzy dotyczące oszustw bankowych.
— Ritka?
Co cię tu sprowadza?
Znowu twoim klientom miliony odpłynęły? — Walentina podniosła zmęczone oczy.
— Nie klientom, Wala, mnie.
Własny mąż ukradł pięćset tysięcy z mojej osobistej karty.
Opłacił wycieczkę swojej mamusi.
Walentina natychmiast spoważniała.
— Twój Siergiej?
Całkiem zgłupiał?
Przecież wie, gdzie pracujesz.
— Myśli, że rodzinne pieniądze są wspólne.
I że dla rodziny nie będę robić skandalu.
Piszemy zawiadomienie, Wala.
Kradzież z rachunku bankowego.
Walentina milcząco wyjęła czysty formularz.
— Rita, rozumiesz, że to ciężki zarzut?
To nie jest zwykła kłótnia.
Tu nie da się po prostu pogodzić.
Nawet jeśli jutro przyjdziesz ze łzami i powiesz, że mu wybaczyłaś, sprawy nie zamkną.
Pójdzie pod sąd, grozi mu realny wyrok albo zawiasy z ogromną plamą na całe życie.
— Pisz, — odpowiedziała Rita lodowatym tonem.
— Ukradł życie mojej mamy.
Ja odbiorę mu jego spokojne życie.
Wszystko uczciwie.
Po czterdziestu minutach Rita wyszła z komisariatu, ściskając w dłoni małą kartkę papieru.
Prosto w samochodzie otworzyła pocztę i napisała wiadomość na oficjalny adres biura podróży „Sochi-Travel”.
„Do kierownika działu sprzedaży.
Niniejszym informuję, że transakcja z dnia 14.10 na kwotę 500 000 rubli z karty 4321 za rezerwację wycieczki na nazwisko Smirnowa L. P. została dokonana przy użyciu skradzionych danych bankowych.
W tej sprawie wszczęto postępowanie karne.
Skan potwierdzenia zgłoszenia załączono.
W celu uniknięcia uznania Państwa organizacji za współuczestnika przestępstwa polegającego na ukrywaniu skradzionych środków żądam niezwłocznego anulowania rezerwacji i zwrotu środków na konto nadawcy”.
Nacisnęła przycisk „Wyślij”.
Wiedziała, jak pracują prawnicy firm komercyjnych.
Nikt nie będzie się wiązał ze sprawą karną i policją z powodu jednej wycieczki.
Prościej zwrócić pieniądze w sekundę.
— Jak to anulowane?!
Sieriożeńka, co ten komputer pisze? — Ludmiła Pietrowna przestraszona dźgała palcem ekran telefonu męża.
— Spokojnie, mamo, to awaria systemu.
Piszą: „Techniczne anulowanie transakcji”.
Zaraz pojadę do ich biura i zrobię im awanturę.
Całkiem się rozzuchwalili, — Siergiej gniewnie sapał, zapinając kurtkę.
W biegu powiedział do Rity siedzącej w kuchni z filiżanką herbaty: — Wychodzimy, wrócimy z biletami.
I zrób prostszą minę na nasz powrót, Rita.
Nie pozwolę ci zepsuć święta.
Rita milcząco upiła łyk i odprowadziła ich wzrokiem.
Gdy tylko na dole trzasnęły drzwi wejściowe do klatki, odstawiła filiżankę i wyjęła telefon.
— Halo, płatny transport chorych?
Tak, Smirnowa Margarita.
Umawialiśmy się na jedenastą.
Samochód jest przy centrum kardiologicznym?
Tak, proszę zabierać Tamarę Wasiljewnę, wypisują ją pod domową obserwację.
Personel medyczny do asysty gotowy?
Czekam na was.
Odłożyła telefon i poszła do przedpokoju.
Ze schowka wyjęła rolkę czarnych worków na śmieci, grubych, sto dwadzieścia litrów, takich, w jakich zwykle wywozi się gruz budowlany.
Oczyszczanie zaczęło się od łazienki.
Rita z odrazą chwyciła dwoma palcami mokre błękitne pantalony teściowej, zerwała je razem z plastikową suszarką i cisnęła na dno worka.
Tam też poleciały słoiczki „Sustamedu”, cudze szczoteczki do zębów, tania szminka i zbezczeszczony słoiczek jej francuskiego kremu.
W sypialni otworzyła szafę.
Rzeczy Siergieja: dżinsy, koszule, eleganckie buty, w których zamierzał paradować po promenadzie w Soczi, leciały do worków zbitymi kłębami.
Po prostu zgarniała wszystko z wieszaków i ubijała kolanem.
Na wierzch poleciał słomkowy kapelusz z piwonią i kwaśnozielone klapki Ludmiły Pietrowny.
Po czterdziestu minutach cztery ciasne czarne kokony stały na klatce schodowej, oparte o ścianę przy zsypie.
O dwunastej zadzwonił dzwonek do drzwi.
Na progu stał ponury chłopak w roboczym kombinezonie z ciężką walizeczką.
— Wymiana zamków?
Zgłoszenie przez stronę? — burknął.
— Tak.
— Rozumiem, zrobimy.
Rita patrzyła, jak fachowiec wybija stary wkład zamka.
Wraz z tym kawałkiem metalu odchodziło jej dawne, cierpliwe życie.
— Gotowe, gospodyni, — chłopak podał jej pęk długich kluczy z nacięciem laserowym.
Rita zapłaciła.
Przed wejściem zatrzymała się karetka.
Dwaj silni sanitariusze ostrożnie wnieśli matkę na noszach.
Tamara Wasiljewna była blada i słaba, ale gdy ułożono ją na czystej pościeli w jasnej, posprzątanej sypialni Rity, uśmiechnęła się słabo.
— Ritoczko… A co z Siergiejem?
Jego mama? — zapytała cicho, rozglądając się.
— Wyjechali, mamo, — Rita poprawiła jej kołdrę i pocałowała ją w chłodne czoło.
— Więcej nas nie będą niepokoić, odpoczywaj.
Ciężkie kroki na schodach usłyszała od razu.
Echo klatki schodowej roznosiło niezadowolone mamrotanie teściowej i wściekłe sapanie Siergieja.
W zamku zazgrzytał klucz.
Raz.
Drugi.
Siergiej naciskał na metal, próbując go przekręcić, ale klucz nie wchodził nawet do końca.
— Ritka! — Siergiej zaczął walić pięścią w żelazne obicie.
— Otwieraj!
Co to za żarty?
Zamek się zaciął!
— Nie zaciął się, Sierioża, — powiedziała spokojnie, podchodząc do drzwi.
— Zamek jest nowy.
Po tamtej stronie zapadła sekundowa cisza.
Potem rozległ się szelest.
Siergiej najwyraźniej się odwrócił i zauważył czarne worki przy zsypie.
— Co to jest?
Rita, całkiem zwariowałaś?
Wystawiłaś moje rzeczy na śmietnik?
— Tam są też rzeczy twojej mamy, Sierioża.
Zabierajcie je i odchodźcie.
— Ty podła żmijo! — pisnęła Ludmiła Pietrowna, kopiąc jeden z worków.
Z worka z szelestem wypadła plastikowa butelka „Sustamedu”.
— Sierioża, wyważ drzwi!
To rabunek!
Wezwiemy policję!
— Wzywajcie, — Rita nawet nie podniosła głosu.
— Przy okazji zapytajcie, jak postępuje sprawa karna z artykułu.
Zawiadomienie złożyłam dwie godziny temu na komisariacie.
Wasza wycieczka do Soczi została anulowana, pieniądze wróciły na moje konto.
Biuro podróży przysłało potwierdzenie.
Za drzwiami rozległ się głuchy stuk.
— Jaka sprawa karna? — wybełkotał Siergiej.
Jego pewność siebie wyparowała, ustępując miejsca strachowi.
— Rita, co ty wyprawiasz?
Przecież my żartowaliśmy.
No wziąłem kartę, jesteśmy mężem i żoną!
Pieniądze są wspólne!
— To mieszkanie jest moje, — wyraźnie, oddzielając słowa, powiedziała Rita.
— Pieniądze są moje.
Ty tutaj jesteś nikim.
Twoje prawa tutaj mieszczą się dokładnie w tych czterech workach.
Odejdź, zanim wezwę patrol prosto tutaj.
— Ritoczko, córeczko! — nagle zawodziła Ludmiła Pietrowna słodkim głosikiem.
— Tamaroczka poleżałaby sobie w szpitalu, nic by się nie stało!
Cofnij zawiadomienie, Sieriożę posadzą!
On ma pracę!
— Moja mama już jest tutaj, w swoim pokoju.
I potrzebuje spokoju, — powiedziała Rita.
— Żegnajcie.
Odeszła od drzwi.
Siergiej jeszcze przez jakieś dziesięć minut pukał, błagał, potem groził sądami i podziałem majątku, ale zza drzwi nikt mu nie odpowiedział.
Sąsiedzi z mieszkania numer trzydzieści sześć zagrozili, że spuszczą psa, jeśli ten cyrk się nie skończy.
Szeleszcząc czarnymi workami, niedoszli kuracjusze z Soczi powlekli się po schodach w dół.
Minął miesiąc.
Rita siedziała w kuchni.
Czajnik zagwizdał.
Na stole stała filiżanka.
Z sypialni mamy dobiegał cichy dźwięk telewizora.
Operacja udała się dwa tygodnie wcześniej.
Importowana zastawka działała jak zegarek, a kardiolog na wczorajszej kontroli tylko z niedowierzaniem kręcił głową: „Tamaro Wasiljewno, z takim motorem to pani jeszcze sto lat pożyje!”.
Siergiej mieszkał u matki.
Mieszkania nie dzielili, bo nie było czego dzielić.
Z banku, w którym pracował, zwolniono go natychmiast, gdy tylko z policji przyszło oficjalne zapytanie w sprawie karnej.
Wczoraj Rita widziała sąsiadkę Ludmiły Pietrowny.
Ta ze śmiechem opowiadała, że teściowa teraz śpi na swojej karcie emerytalnej, chowając ją w poszewce poduszki, bo boi się, że ukochany syneczek, bez pracy i objęty śledztwem, ukradnie jej ostatnie grosze.
Rita uśmiechnęła się, nalewając mamie świeżej lipowej herbaty.
Zło dostało swój rachunek co do grosza, z gwarancją i bez prawa do odwołania.








