Teściowa zmieniła zamki w moim studiu i wprowadziła tam swoją córkę.

Dwie godziny później przyjechał mój najemca.

Teściowa zobaczyła go

— i nogi się pod nią ugięły.

— Aniu, tylko nie waż się robić awantury, ja z
Maksymem już wszystko ustaliliśmy,

— głos teściowej w słuchawce brzmiał niezwykle

energicznie, wręcz triumfująco.

— Swietce jest teraz ciężko, ten kolejny

adorator ją zostawił, nie ma za co opłacić mieszkania.

Więc przeniosłam ją do twojego studia.

Fachowiec już otworzył drzwi i zamontował nowy zamek.

Nie od razu dotarł do mnie sens jej słów.

Jakie studio?

To na obrzeżach, które kupiłam jeszcze przed

ślubem, inwestując wszystkie swoje oszczędności i skromne spadki po babci?

— Tamaro Wasiljewno, czy pani jest przy zdrowych zmysłach?

— starałam się mówić cicho, żeby koledzy z biura się nie odwracali.

— Tam przecież ktoś mieszka.

Lokal jest wynajmowany na podstawie oficjalnej umowy.

— Oj, daj spokój!

— machnęła ręką teściowa, jakbyśmy rozmawiały o starej bluzce.

— Jaki tam ktoś?

Tydzień obserwowałam, światło wieczorami się nie pali, nikt nie wychodzi.

Metry stoją puste, a rodzona szwagierka tuła się po cudzych kątach.

Powiesz swojemu najemcy, że okoliczności się zmieniły.

Swieta z kotkami się urządza.

To wszystko, Aniu, nie bądź chciwa, skoro syn

jest żonaty, to wszystko w rodzinie jest wspólne!

W słuchawce rozległy się krótkie sygnały.

Patrzyłam na ściemniały ekran telefonu i

czułam, jak do gardła podchodzi dusząca fala ciężkiej złości.

Moja jedyna odskocznia.

Moje przyszłe wsparcie emerytalne, dla którego

przez lata odmawiałam sobie wakacji nad morzem.

A moim lokatorem był Wiktor Stiepanowicz

— podpułkownik policji w stanie spoczynku, człowiek żelaznej dyscypliny.

Właśnie wyjechał na dziesięć dni do sanatorium

resortowego, żeby podleczyć plecy.

Natychmiast wybrałam numer męża.

Maksym odebrał niechętnie, jego głos był winny, ale głucho uparty.

— Aniu, no co takiego?

Mama ma rację, jesteśmy rodziną.

Swieta chwilowo pomieszka, znajdzie pracę.

Po co nam obcy facet na naszych metrach, kiedy siostrze jest źle?

— Maksym, nieruchomość została kupiona przed ślubem.

Jest moja.

I są tam cudze rzeczy, kaucja!

Weszliście do чужego mieszkania!

— Jakie tam rzeczy, kilka koszul w szafie, — mruknął mąż.

— Mama spakowała je do torby i wystawiła na balkon.

Nie rób z igły widły.

Wieczorem w domu pogadamy, jestem zmęczony.

Nie zamierzałam rozmawiać wieczorem.

Poprosiłam szefa o zwolnienie, powołując się na pękniętą rurę, i wyszłam na ulicę.

Wiosenne powietrze trochę ostudziło rozpaloną twarz.

Nie chciałam urządzać bazarowych awantur i własnoręcznie wynosić rzeczy szwagierki na klatkę

— w takich kłótniach Tamara Wasiljewna ma nade mną ogromną przewagę.

Zawsze ma w zanadrzu skaczące ciśnienie i żelazny status matki mojego męża.

Wyjęłam telefon i znalazłam нужny numer.

Wiktor Stiepanowicz powinien jeszcze odpoczywać przez tydzień, ale spróbować było warto.

— Słucham, Anno Nikołajewno,

— odezwał się równy, głęboki baryton.

— Wiktorze Stiepanowiczu, dzień dobry.

Mamy tu sytuację nadzwyczajną, — wzięłam głęboki oddech.

— Moi krewni, wykorzystując pańską nieobecność,
wezwali ślusarza, założyli inny zamek i wprowadzili tam dziewczynę z trzema kotami.

Pańskie rzeczy spakowali w torby i wystawili na balkon.W słuchawce zapadła długa, ciężka cisza.

— Mój kurs leczenia został przerwany, wezwano mnie do jednostki w pilnej sprawie,

— głos podpułkownika stał się lodowaty.

— Właśnie wjeżdżam do miasta.

Będę na miejscu za dwie godziny.

Proszę nic nie предпринимать, Anno Nikołajewno.

Sam wszystko rozwiążę, proszę tylko przyjechać z dokumentami potwierdzającymi własność.

Przyjechałam pod swój dom wcześniej.

Usiadłam na ławce przy sąsiedniej klatce, naciągnęłam kaptur kurtki i zaczęłam czekać.

Wkrótce na podwórko z gracją wjechał samochód teściowej.

Tamara Wasiljewna wyskoczyła z miejsca kierowcy z ogromnymi torbami ze sklepu spożywczego

— najwyraźniej przywiozła Swietce zapasy na nowe mieszkanie.

Jej twarz promieniała świadomością własnej przebiegłości i domowego majestatu.

Dokładnie o umówionej porze przy krawężniku zaparkował znajomy ciemnoszary samochód Wiktora Stiepanowicza.

Wysiadł z niego: wysoki, siwy, z prostymi plecami, w solidnej skórzanej kurtce.

A za nim z podjeżdżającego radiowozu wysiadł dzielnicowy

— młody, krzepki kapitan.

Krótko się przywitaliśmy.

Podpułkownik skinął mi głową, wskazując
wzrokiem metalowe drzwi wejściowe, i zdecydowanym krokiem ruszyliśmy do środka.

Weszliśmy na czwarte piętro.

Wiktor Stiepanowicz nacisnął przycisk dzwonka i nie puszczał go przez kilka sekund.

W jedynym pokoju studia rozległo się miauczenie
kotów, w korytarzu słychać było pospieszne, szurające kroki, kliknął mechanizm i drzwi się otworzyły.

Na progu stała Tamara Wasiljewna w kolorowym domowym szlafroku, z drewnianej łopatki w jej ręce kapał olej.

Uśmiech natychmiast zniknął z jej twarzy, gdy

zobaczyła mnie w towarzystwie surowego mężczyzny i policjanta w mundurze.

— Aniu?

Co to za cyrk urządziłaś?

— oburzyła się teściowa, instynktownie próbując

zamknąć drzwi, ale Wiktor Stiepanowicz bezwzględnie postawił nogę w ciężkim bucie na progu.

— Obywatelko,

— powiedział tak, że aż przeszły mnie ciarki.

— Jestem prawnym najemcą tego lokalu.

Umowa jest oficjalnie zarejestrowana.

Nielegalnie wtargnęła pani do mieszkania i naruszyła cudze mienie.

Za pleców matki nieśmiało wyjrzała rozczochrana Swieta, przyciskając do piersi puszystego rudego kota.

Powietrze zdążyło już przesiąknąć ostrym zapachem kuwety.

— Mamo, kto przyszedł?

— Kapitan Sokołow,

— zrobił krok do przodu dzielnicowy, przykładając rękę do czapki.

— Wpłynęło zgłoszenie o nielegalnym wtargnięciu i samowoli.

Dokumenty własności są u właścicielki, tożsamość najemcy potwierdzona.

Proszę natychmiast opuścić lokal.

W przeciwnym razie sporządzimy protokół z
artykułu trzysta trzydziestego kodeksu karnego — samowola, a także włamanie i kradzież, jeśli choć jedna rzecz Wiktora Stiepanowicza zniknęła lub została uszkodzona.

Z twarzy teściowej natychmiast zniknęły wszystkie kolory, zrobiła się popielatoszara.

Ręka z łopatką bezwładnie opadła.

— Jaka kradzież?!

— krzyknęła piskliwym głosem, kurczowo chwytając się framugi.

— To mieszkanie mojego syna!

Jesteśmy rodziną!

Ania, natychmiast każ im wyjść!

— Lokal jest mój, Tamaro Wasiljewno,

— spokojnie spojrzałam jej w uciekające oczy.

— I nie zapraszałam pani tutaj.

Daję pani dokładnie piętnaście minut na spakowanie się.

Potem Wiktor Stiepanowicz sprawdzi stan swoich rzeczy.

Jeśli na jego laptopie pojawi się choć jedna rysa

— obie pojedziecie na komisariat składać zeznania.Trzeba było zobaczyć, jak w panice rzuciła się po studiu Swieta.

Koty wlatywały do plastikowych transporterów z kosmiczną prędkością, rozpaczliwie miaucząc.

W pośpiechu szwagierka rozsypała suchą karmę po linoleum, zaczęła nerwowo ją zbierać drżącymi rękami, rozmazując tusz po pulchnych policzkach.

Tamara Wasiljewna próbowała do kogoś dzwonić, ale jej palce trzęsły się tak bardzo, że upuszczała telefon na podłogę.

— Czas leci, obywatelki, — wyraźnie cedził każde słowo podpułkownik, zerkając na zegarek na ręku.

— Torby z moimi rzeczami wnieść z balkonu i starannie odłożyć na miejsce.

I bez gwałtownych ruchów.

Po dwudziestu minutach klatka schodowa była zawalona tobołami, torbami w kratę i domkami dla kotów.

Swieta, głośno pociągając nosem, taszczyła po schodach ogromną, ciężką walizkę.

Tamara Wasiljewna wyszła ostatnia, ciężko oddychając.

Gdy znalazła się na zewnątrz, teściowa nagle się zatrzymała.

Próbowała coś gniewnie wykrzyczeć, ale z gardła wydobył się tylko zduszony, chrapliwy dźwięk.

Jej oczy zaczęły biegać, spróbowała zrobić krok w moją stronę, ale kolana nagle zdradziecko się podgięły.

To nie była jej zwykła gra na pokaz — ze strachu przed dzielnicowym i nieuniknionym wstydem przed całym podwórkiem jej ciało po prostu odmówiło posłuszeństwa.

Ciężko opadła na drewnianą ławkę, masując zdrętwiałe uda i łapiąc powietrze ustami.

Prawdziwy atak paniki.

Swieta rzuciła się przeszukiwać torby z produktami, które matka niedawno przywiozła ze sklepu, wyjęła butelkę wody mineralnej i zaczęła poić Tamarę Wasiljewnę, zawodząc na całą ulicę o bezdusznej synowej.

Dzielnicowy tylko pokręcił głową i poszedł do radiowozu.

Wiktor Stiepanowicz od razu zadzwonił do znajomego fachowca, żeby ten pilnie przyjechał i zamontował nową, solidną wkładkę zamka, do której klucze będą tylko u niego i u mnie.

Teściowa z córką siedziały przy wejściu, dopóki nie przyjechał po nie wezwany przez kogoś znajomego bus.

Wieczorem mąż wpadł do domu z całkowicie okrągłymi oczami.

Od progu zaczął krzyczeć, machając rękami.

— Ania, ty już całkiem zwariowałaś?!

To tylko beton!

Przez swoje metry jesteś gotowa doprowadzić matkę do grobu i zniszczyć rodzinę?!

Odebrało jej nogi na tle nerwowym!

Normalne żony tak nie postępują!

Wysłuchałam tej przejmującej mowy, patrząc na jego zaczerwienioną twarz.

W tym momencie stało się krystalicznie jasne, że z tym człowiekiem nic się nie da zbudować.

On szczerze uważał mnie za winną ich przestępstwa.

W milczeniu wyjęłam z pawlacza dużą torbę podróżną i otworzyłam szafę.

— Twoja mama bardzo lubi rozwiązywać cudze problemy mieszkaniowe? — zapytałam, metodycznie wrzucając jego koszule i spodnie do torby.

— To niech teraz rozwiąże twój własny.

Masz dokładnie godzinę, żeby spakować resztę rzeczy i opuścić moje terytorium, zanim wezwę patrol.

Doświadczenie w szybkim eksmitowaniu mam już dzisiaj.

Mąż zamarł.

Wyraźnie nie spodziewał się takiego obrotu spraw, próbował się wycofać, zaczął mamrotać, że poniosły go emocje, ale decyzja była już ostateczna.

Nie zamierzałam żyć ze zdrajcą.

Maksym, głośno trzaskając drzwiami, pojechał do matki.

Na tym historia mogła się zakończyć zwykłym rozwodem, ale los postanowił inaczej.

Dwa miesiące później spotkaliśmy się z Maksymem przed budynkiem sądu, gdzie formalizowaliśmy rozwód.

Były mąż wyglądał na zmiętego, wychudzonego i patrzył na mnie z jawną tęsknotą.

— Aniu, może spróbujemy wszystko naprawić? — zapytał cicho, nerwowo bawiąc się paskiem torby.

— Ja już tak nie mogę.

To jest po prostu piekło.

Okazało się, że po mojej zdecydowanej reakcji Tamara Wasiljewna naprawdę się przestraszyła.

Obawiając się, że mogę pozwać ją za zniszczenie rzeczy Wiktora Stiepanowicza albo w inny sposób się odegrać, postanowiła się zabezpieczyć.

A przy okazji ulitowała się nad biedną Swietą, która nie miała gdzie mieszkać.

Teściowa wzięła i przepisała swoje dwupokojowe mieszkanie na córkę.

Swieta szybko zrozumiała, że stała się pełnoprawną właścicielką.

Wkrótce wrócił do niej ten sam adorator, przez którego wcześniej straciła wynajmowane mieszkanie.

Teraz Tamara Wasiljewna gnieździ się w małym przechodnim pokoiku razem z dorosłym synem, słuchając nocami kłótni córki z jej partnerem i sprzątając kuwety po trzech kotach.

Nowy zięć już otwarcie sugeruje Maksymowi, że czas poszukać osobnego mieszkania, bo to mieszkanie należy teraz do Swiety.

— Nawet spać muszę na rozkładanym łóżku w kuchni, kiedy się kłócą, — poskarżył się Maksym, patrząc mi w oczy.

— Wpuść mnie z powrotem, Aniu.

Ja wszystko zrozumiałem.

Mama też codziennie płacze, mówi, jaki błąd popełniła.

Uśmiechnęłam się uprzejmie, poprawiłam kołnierz płaszcza i spojrzałam na byłego męża.

— Wiesz, Maksym, mówią, że w rodzinie wszystko powinno być wspólne.

— Teraz macie ze Swietą i mamą naprawdę wspólne życie.

Cieszcie się.

Odwróciłam się i poszłam w stronę metra.

Moje studio nadal wynajmuje Wiktor Stiepanowicz, który punktualnie przelewa pieniądze co do dnia.

A ja za zgromadzone środki planuję latem pojechać do dobrego sanatorium.

Sama, w pełnym spokoju i harmonii ze sobą.