— To ty nazywasz jedzeniem? Serio, Wal? — Siergiej z obrzydzeniem podniósł widelcem śliski, szarawy kawałek ciasta, który jeszcze pięć minut temu dumnie nazywał się „Domowe pierogi”, i uniósł go do światła matowej kuchennej lampy.

Z pieroga kapał mętny bulion, zostawiając tłuste ślady na taniej ceracie.

— O mało nie złamałem zęba na jakiejś chrząstce.

To nie mięso, to karton namoczony w misce dla psa.

Walentina stała tyłem do męża przy zlewie, zawzięcie szorując przypalony garnek.

Jej ramiona, okryte spraną domową koszulką, napięły się, ale milczała.

Tylko dźwięk metalowej gąbki stał się

głośniejszy, bardziej agresywny, zagłuszając

monotonne buczenie starej lodówki „Saratow”,

która dawno prosiła się na śmietnik.

— W ogóle z tobą rozmawiam, — głos Siergieja wypełnił się irytacją.

Z hukiem rzucił widelec z powrotem na talerz.

Krople rozprysnęły się na wszystkie strony.

— Wróciłem ze zmiany.

Jestem zmęczony jak pies.

Cały dzień marzyłem o normalnej kolacji.

O kawałku mięsa.

A ty mi podajesz ten substytut?

My co, jesteśmy bezdomni?

Czy wojna się zaczęła i żyjemy na racje?Oparł się o oparcie krzesła, krzyżując ręce na piersi.

Jego twarz, zaczerwieniona po garażu, wyrażała mieszankę urazy i pańskiego oburzenia.

U jego nóg, na wytartym linoleum, stało ogromne, błyszczące pudełko z logo znanej marki car audio.

Chronił je, odsuwając nogą dalej od stołu, żeby, broń Boże, nic na nie nie kapnęło.

To pudełko lśniło w tej nędznej kuchni jak obcy artefakt.

Walentina powoli zakręciła wodę.

Wytarła ręce o waflowy ręcznik — dokładnie, palec po palcu, jak chirurg po ciężkiej operacji.

Potem się odwróciła.

Jej twarz była przerażająco spokojna, bez śladu zwykłego zmęczenia.

To była twarz człowieka, w którym przepalił się ostatni bezpiecznik.

— Normalne pierogi, — powiedziała cicho, patrząc mężowi prosto w nasadę nosa.

— Kupiłam na promocji.

„Czerwona cena”.

Jedz i nie pyskuj.

Innego nie ma.

— Na promocji? — Siergiej prychnął, ale jego oczy pozostały złe.

— Wal, ja jestem facetem.

Potrzebuję białka.

Potrzebuję energii.

Lubię wołowinę, stek, albo chociaż normalny gulasz z sosem.

A ty oszczędzasz na moim zdrowiu?

Postanowiłaś mnie nagrodzić zapaleniem żołądka?

Oczywiście, po co karmić męża, i tak sobie poradzi.

Najważniejsze — zaoszczędzić sto rubli, tak?Walentina podeszła do stołu.

Poruszała się płynnie, jak kot przed skokiem.

Wzięła talerz męża, pełen ostygłych, posklejanych pierogów, i powoli, patrząc mu w oczy, odwróciła go.

Tłusta masa z mlaskającym dźwiękiem spadła prosto na stół, rozlewając się kałużą po ceracie, zbliżając się do krawędzi, gdzie stały łokcie Siergieja.

— Co ty robisz, wariatko?! — Siergiej zerwał się, przewracając krzesło.

Odsunął się, ratując swoje sportowe spodnie.

— Zupełnie ci odbiło?

I wtedy ją przerwało.

To nie był krzyk, to był wybuch tamy, która przez lata powstrzymywała tony brudnej wody.

— Wyrzucasz mi, że kupiłam tanie pierogi, a nie steki?

A za jakie pieniądze mam ci kupować przysmaki, jeśli ty cały swój zarobek wydajesz na tuning swojego starego złomu, a żyjesz na mój koszt?

Chodzę w jednych butach trzy lata!

Nie będę już utrzymywać pasożyta!

Masz tu paczkę makaronu na miesiąc i radź sobie jak chcesz!Walentina szarpnęła drzwi lodówki.

Chwytała produkty z półek i rzucała je na stół, nie patrząc, gdzie spadają.

Kiełbasa półwędzona, którą oszczędzała na śniadania, przeleciała przez powietrze i z głuchym uderzeniem trafiła w ścianę, zostawiając tłusty ślad na tapecie.

Plastikowy pojemnik z resztkami wczorajszej zupy otworzył się w locie, rozpryskując zawartość na podłogę i nogi Siergieja.

— Jesteś chora! — wrzeszczał, próbując uchylić się przed lecącym kartonem mleka.

— Przestań tę histerię!

— Histerię? — Walentina chwyciła dziesiątkę jaj w kartonowym opakowaniu i z całej siły rzuciła je w stronę męża.

Opakowanie się otworzyło i jajka posypały się jak grad.

Jedno z nich z impetem rozbiło się prosto na błyszczącym pudełku z głośnikami, a żółtko zaczęło powoli spływać po pięknym obrazie subwoofera.

Siergiej zawył, jakby to jego zraniono.

Rzucił się do pudełka, zasłaniając je ciałem i wycierając rękawem drogocenny karton.— Zalałaś mi głośniki! — jego głos drżał ze wściekłości.

Wiesz, ile one kosztują?

To „Pioneer”, oryginał!

Szukałem ich dwa miesiące!

— Wiem! — ryknęła Walentina, wyciągając z zamrażarki zamrożonego kurczaka — jedyny zapas mięsa na tydzień.

One kosztują jak pół roku normalnego jedzenia!

Ty dziś przyniosłeś te kolumny za piętnaście tysięcy, a wczoraj powiedziałeś mi, że nie masz dwóch tysięcy na opłatę za remont klasy dla syna?

Jeździsz złomem, który pali benzynę jak czołg, a ja tłoczę się w autobusie!

Z całej siły rzuciła kurczaka na podłogę.

Tusza uderzyła o płytki głuchym, kościstym dźwiękiem, jak kamień.

— To moje pieniądze! — twarz Siergieja pokryła się purpurą.

Ja je zarobiłem!

Mam prawo wydawać je na swoje hobby!

Samochód to twarz mężczyzny!

A jedzenie i dom to twoja kobieca powinność!

Masz umieć sobie radzić!

Nie oddaję ci pensji, bo jesteś rozrzutna!

— Rozrzutna? — Walentina chwyciła miękką paczkę majonezu ze stołu.

Nakładka była odkręcona.

Ścisnęła ją z siłą, celując w jego pierś.

Biała struga uderzyła w jego ulubioną koszulkę, rozlewając tłustą plamę po logo.

— Jedz swój majonez!

To twój jedyny wkład w jedzenie w tym miesiącu!

Smacznego!Siergiej patrzył oszołomiony na plamę.

Jego ręce zaczęły drżeć.

Zrobił krok w jej stronę, zaciskając pięści.

W jego oczach pojawiło się pragnienie, żeby ją uderzyć, zmusić do milczenia.

Ale Walentina nie cofnęła się ani o milimetr.

Chwyciła z blatu kuchenny nóż.

Nie zamachując się, tylko ścisnęła rękojeść tak mocno, że pobielały jej knykcie.

— Spróbuj tylko, — syknęła, i w jej głosie było tyle zimna, że Siergiej zamarł.

Ja teraz nie żartuję, Sierioża.

Nie straszę cię.

Po prostu mam dość bycia darmową służącą i sponsorem twoich zabawek.

Chcesz steków?

Idź i zarób na steki.

Chcesz, żebym gotowała?

Przynieś produkty.

A dopóki przynosisz tylko żelastwo i zapach benzyny, będziesz jadł to, co znajdziesz pod nogami.

Kopnęła leżącego na podłodze zamrożonego kurczaka w jego stronę.

— Oto twój obiad.

Gryź.

Surowy.

Jak prawdziwy samiec.

A ja umywam ręce.

Walentina z hukiem rzuciła nóż do metalowego zlewu.

Odwróciła się i wyszła z kuchni, nawet nie patrząc na chaos, który stworzyła.

Siergiej został stać pośrodku zniszczenia.

Na stole, w kałuży ostygłego bulionu, pływały rozgotowane pierogi.

Na podłodze, pomieszane ze skorupkami, leżała kiełbasa.

Na jego piersi rozlewała się tłusta plama taniego majonezu.

Spojrzał na swoje pudełko — żółtko zaczęło już zasychać na kartonie.

— Psychopatka, — mruknął, ostrożnie podnosząc pudełko i dmuchając na nie.

Nic.

Wyładujesz się i uspokoisz.

Gdzie ty pójdziesz z tej łodzi podwodnej.

Jutro jak milutka usmażysz kotlety, jeszcze będziesz przepraszać.

Był absolutnie pewien, że to tylko kolejny „kobiecy kaprys”.

Nie rozumiał, że punkt bez powrotu został przekroczony dokładnie w chwili, gdy majonez dotknął jego koszulki.