— Powiedziałeś im, że mam mnóstwo pieniędzy na kontach!
— Odkładałam na mieszkanie dla naszego dziecka, a nie na pokrywanie wybryków twojej rodzinki!
— Idź sprzedaj swoją nerkę, ale moich pieniędzy nie ruszaj!
— szlochała żona, zamykając się w łazience.
Kliknięcie zamka zabrzmiało w wąskim korytarzu jak strzał pistoletu startowego, odmierzając początek zupełnie innego życia.
Oleg został stać przed białymi drzwiami, oklejonymi tanią folią imitującą drewno, i skrzywił się z odrazą.
Nie było mu żal żony.
Był poirytowany.
Irytowało go to, że kobieca histeria znowu staje na drodze rozwiązywania prawdziwych męskich spraw.
Poprawił kołnierzyk rozciągniętej domowej koszulki, jakby go dusiła, i powiedział głośno, żeby jego głos przebił się przez szum wody:
— Żanna, przestań z tym cyrkiem.
— Zachowujesz się jak przekupka z bazaru, której ukradziono pomidora.
— Chodzi o wolność człowieka.
— O przyszłość Witalika.
— Tam, na trasie, stoją poważni ludzie, właściciel Lexusa nie będzie czekał, aż wypłaczesz wszystkie łzy świata.
— Mamy godzinę, żeby załatwić sprawę po cichu.
zza drzwi nie dobiegł żaden dźwięk odpowiedzi, tylko szum wody stał się głośniejszy.
Żanna nie krzyczała, nie ciskała butelkami szamponu o kafelki, jak robiła to w pierwszych latach małżeństwa.
Milczała.
I ta cisza drażniła Olega znacznie bardziej niż wrzaski.
Spodziewał się dalszej części przedstawienia, możliwości przekrzyczenia jej, zduszenia autorytetem, ale zamiast tego natrafił na głuchą ścianę.
Po minucie woda ucichła, zamek sucho kliknął i drzwi się otworzyły.
Na progu nie stała zapłakana ofiara, którą przywykł widzieć podczas domowych kłótni.
Żanna była przerażająco spokojna.
Umyła twarz lodowatą wodą, zmywając smugi tuszu, i teraz jej twarz, blada i czysta, zdawała się wykuta z marmuru.
Zaczerwienione oczy patrzyły na męża z zimną, oceniającą nienawiścią — tak patrzy się na karalucha pełznącego po stole, zastanawiając się, czym najlepiej go trzepnąć: kapciem czy gazetą.
Minęła go i poszła do kuchni, zahaczając go ramieniem tak mocno, że Oleg się zachwiał.
— Poważni ludzie?
— powtórzyła, wyjmując z lodówki butelkę wody mineralnej.
Jej głos był suchy, kruchy jak stary papier, ale pobrzmiewała w nim stal.
— A twój siostrzeniec, rozumiem, jest niepoważny?
— Wziąć cudzy samochód bez pytania, będąc pozbawionym prawa jazdy, i wjechać w tylny zderzak na światłach — to zachowanie dorosłego faceta?
Oleg poszedł za nią, czując ostrą potrzebę odzyskania kontroli nad sytuacją.
Usiadł przy kuchennym stole, szeroko rozstawiając nogi i zajmując niemal całą przestrzeń maleńkiej sześciometrowej kuchni — nawyk, który zawsze doprowadzał Żannę do szału, ale teraz robił to celowo, znacząc terytorium.
— On ma dwadzieścia lat, Żanna.
— Chłopak się potknął.
— Komu się nie zdarza?
— Oleg rozłożył ręce, udając powszechne zrozumienie i mądrość patriarchy.
— Walera dzwonił, jest w kompletnym rozbiciu.
— Właściciel rozbitego auta wystawił rachunek — półtora miliona.
— Naprawa, utrata wartości handlowej, szkody moralne.
— Jeśli do wieczora nie pokażemy pieniędzy, Witalika wrzucą na licznik.
— Chcesz, żeby gdzieś w bramie połamali chłopaka?
— Chcę, — Żanna upiła łyk, nie odrywając wzroku od nasady nosa męża, — żeby każdy odpowiadał za swoje czyny własnym portfelem.
— Walera ma działkę w spółdzielni ogrodowej.
— Walera ma murowany garaż, którym tak się szczyci.
— Niech sprzedaje.
— Dlaczego ty, Oleg, uznałeś, że moje oszczędności to fundusz ubezpieczeniowy dla twoich durnych krewnych?
— Dlaczego mam płacić za to, że twój brat wychował idiotę?
Oleg skrzywił się jak od bólu zęba.
Fizycznie nie znosił, kiedy zaczynała dzielić pieniądze na „twoje” i „moje”.
W jego obrazie świata rodzina była jednym organizmem, w którym zasoby rozdzielał ten, kto nosił spodnie, niezależnie od tego, kto te zasoby przynosił w dziobie.
— Bo sprzedaż działki zajmie miesiąc, a może dwa, — uciął, tracąc cierpliwość i zaczynając kipieć.
— A gotówka jest potrzebna dzisiaj.
— Teraz.
— Dałem słowo bratu.
— Powiedziałem: „Walera, oddychaj, rozwiążemy to”.
— Rozumiesz, co znaczy słowo faceta w naszym kręgu?
— Nie mogę teraz zadzwonić i powiedzieć: „Wybacz, bracie, moja baba zacisnęła kasę, niech cisną twojego syna”.
— Nie będę wyglądał jak szmata przez twoją chciwość.
Żanna postawiła butelkę na stole z głuchym, ciężkim stukiem.
Plastik żałośnie chrupnął pod jej palcami.
— Ty dałeś słowo, ty płać.
— Masz przecież kartę kredytową?
— Weź szybką pożyczkę.
— Zastaw swój samochód.
— Ach tak, twój samochód jest zapisany na mamę, żeby nie płacić mandatów.
— Mój samochód jest wart trzysta tysięcy w najlepszy dzień targowy!
— ryknął Oleg, zrywając się z krzesła.
Krzesło z piskiem przejechało po linoleum.
— A karta kredytowa jest pusta, spłacałem ją w zeszłym miesiącu!
— Doskonale znasz sytuację.
— Mam tymczasowe trudności ze zleceniami, sezonowy zastój.
— A u ciebie na lokacie leżą trzy miliony.
— Po prostu leżą i się kurzą!
— Cyferki w aplikacji!
— Weźmiemy połowę, oddamy ludziom, zamkniemy sprawę, a Walera potem zwróci.
— W ratach.
— Napisze pokwitowanie, jeśli potrzebujesz papierka.
— Walera zwróci?
— Żanna krzywo się uśmiechnęła, a ten uśmiech sprawił, że jej twarz przypominała maskę złego klauna.
— Walera, który rok temu pożyczył ode mnie pięć tysięcy na twoje urodziny i do dziś „zapomina” oddać?
— Oleg, jesteś idiotą czy udajesz?
— To są pieniądze na hipotekę.
— Na trzypokojowe mieszkanie.
— Żyjemy w tej dusznej klitce, oddychamy sobie w kark, pracuję po dwanaście godzin bez urlopu, żebyśmy mogli urodzić dziecko i nie spać z nim w jednym pokoju.
— A ty chcesz spuścić połowę mieszkania na to, żeby Witalik uniknął lania?
Oleg podszedł do niej bardzo blisko.
Był od niej wyższy o głowę, większy, masywniejszy, i zwykle jego zawisająca nad nią fizyczna obecność tłumiła Żannę, zmuszała ją do cofnięcia się.
Ale dziś ani drgnęła.
Stała ze skrzyżowanymi na piersi rękami i patrzyła mu prosto w oczy.
— Nie waż się nazywać pomocy rodzinie „spuszczaniem pieniędzy”, — wysyczał jej w twarz, pryskając śliną.
W nos uderzył ją zapach tytoniu i wczorajszego piwa.
— Mieszkanie nigdzie nie ucieknie.
— Kupimy za rok, za dwa.
— Rynek stoi.
— A krew rodziny jest święta.
— Jeśli teraz się odwrócimy, staniemy się wyrzutkami.
— Nie pozwolę ci mnie hańbić przed rodziną.
— Jesteśmy klanem, Żanna.
— A ty zachowujesz się jak obca.
— Hańbić cię?
— Żanna roześmiała się krótko i złośliwie, jakby zakaszlała.
— Sam się hańbisz, Oleg.
— Obiecujesz cudze pieniądze, nawet nie pytając właścicielki.
— Robisz z siebie patriarchę i wybawcę, nie mając za duszą ani grosza.
— Jesteś królem bez królestwa, Oleg.
W tej chwili na stole Olega, pośród okruchów i brudnych filiżanek, gwałtownie zawibrował telefon.
Na ekranie pojawiło się zdjęcie łysiejącego mężczyzny z czerwoną, opuchniętą twarzą — Walery.
Oleg chwycił słuchawkę, natychmiast zmieniając wyraz twarzy z agresywnego na uniżenie rzeczowy, gospodarski.
— Tak, Waler!
— Tak, bracie.
— Oczywiście.
— My tu… omawiamy techniczne kwestie przelewu.
— Limity, sam rozumiesz.
— Tak, Żanna jest poinformowana, właśnie liczy, jak najlepiej wypłacić, żeby nie oddawać bankowi prowizji.
— Co?
Oleg rzucił szybkie, przestraszone spojrzenie na żonę, jakby bał się, że wyrwie mu telefon.
— Nie, po co przez telefon?
— Przyjeżdżajcie, oczywiście.
— Takie sprawy trzeba załatwiać patrząc sobie w oczy.
— Tak, wszystko omówimy na miejscu.
— Czekamy.
Rozłączył się i spojrzał na Żannę.
W jego oczach widać było panikę, gęsto zmieszaną z wyzwaniem i strachem przed zdemaskowaniem.
— Jadą.
— Walera i Witalik.
— Będą za dwadzieścia minut.
— Już byli w pobliżu.
Żanna milczała.
Patrzyła na męża tak, jakby widziała go pierwszy raz od siedmiu lat małżeństwa.
Jakby właśnie odpadła z niego łuska „kochającego męża”, odsłaniając śliską, chciwą istotę.
Wewnątrz niej coś się przesunęło, ciężkie i nieodwracalne, jak płyta tektoniczna przed trzęsieniem ziemi.
— Doskonale, — powiedziała cicho, a od tego tonu po plecach Olega przebiegł chłód.
— Niech przyjadą.
— Dawno nie siedzieliśmy… po rodzinnemu.
— Żanna, — ton Olega stał się groźnie miękki, przymilny.
Spróbował wziąć ją za rękę, ale ona odsunęła dłoń jak od rozgrzanego żelazka.
— Nie waż się urządzać scen przy nich.
— Walera jest zdenerwowany, ma ciśnienie.
— Po prostu wejdziesz do aplikacji, zrobisz przelew przy nas, uściśniemy sobie dłonie, wypijemy za pomyślny finał i tyle.
— Powiedziałem im, że się zgodziłaś.
— Nie rób ze mnie gaduły, słyszysz?
— Nie waż się mnie upokarzać.
— Ty już jesteś gadułą, Oleg, — odpowiedziała, odwracając się do niego plecami i kierując ku szafce z naczyniami.
— I zaraz wszyscy się o tym przekonają.
— Ty nie rozumiesz!
— znowu ją chwycił, tym razem za łokieć, brutalnie obracając ku sobie.
Palce boleśnie wbiły się w miękką skórę przedramienia, zostawiając czerwone ślady.
— To nie jest prośba.
— To kwestia honoru rodziny!
— Jeśli teraz zaczniesz stawiać warunki, nie wybaczę ci tego.
— Chcesz wojny?
— Dostaniesz ją.
— Ale pieniądze oddamy, nawet jeśli będę musiał siłą zmusić cię do odblokowania telefonu.
Żanna spojrzała na jego rękę zaciskającą się na jej łokciu, a potem powoli podniosła wzrok na jego wykrzywioną twarz.
W jej oczach nie było już ani kropli ciepła.
— Zabierz ręce, — powiedziała równo, a w jej głosie zabrzmiały metaliczne nuty.
— I wyciągnij odświętny serwis.
— Twojej rodzinie przyda się coś do wypicia.
— Tobie zresztą też.
Dzwonek do drzwi przeciął gęstą, naelektryzowaną ciszę mieszkania, sprawiając, że Oleg drgnął.
Rzucił żonie szybkie, ostrzegawcze spojrzenie, poprawił koszulkę, jakby była smokingiem, i szerokim krokiem ruszył do przedpokoju.
Żanna została przy kuchennym oknie, ze skrzyżowanymi rękami na piersi.
Słyszała, jak zaskrzypiał zamek, jak do mieszkania wdarły się obce, głośne głosy, natychmiast wypełniając sobą całą przestrzeń ich małego lokum.
— Oleżka!
— Bracie!
— zagrzmiał bas Walery.
— No ty to jesteś, wybawco!
— Myślałem, że osiwieję, zanim dojedziemy.
— Te korki, cholera…
— Witalka siedzi cały zielony.
Żanna powoli się odwróciła.
W drzwiach kuchni pojawił się Walera — ciężki, spocony, w rozpiętej skórzanej kurtce, spod której wystawał brzuch opięty syntetycznym swetrem.
Pachniało od niego tanimi papierosami, nieświeżym potem i samochodowym odświeżaczem „choinką”.
Za nim, szurając adidasami, wtoczył się Witalik.
Dwudziestoletni obibok z modną fryzurą i pustym, rybim spojrzeniem.
Na jego twarzy nie było widać żadnej skruchy — tylko nudę i lekką irytację, że oderwano go od ważnych spraw.
W rękach obracał najnowszy model iPhone’a, kredyt za który, jak wiedziała Żanna, nadal spłacała babcia z emerytury.
— Witam gospodynię!
— Walera zwalił się na krzesło, które żałośnie zaskrzypiało pod jego ciężarem.
— Żanna, wybacz, że tak wpadamy jak grom z jasnego nieba.
— Ale sprawa, sama rozumiesz, nie cierpi zwłoki.
— Siła wyższa, że tak powiem.
Nawet nie próbował udawać winnego.
Zachowywał się tak, jakby przyszedł odebrać dług, a nie prosić o pomoc.
Witalik bez słowa usiadł w kącie i od razu wbił wzrok w telefon, jakby to, co się działo, w ogóle go nie dotyczyło.
— Witaj, Walera, — chłodno skinęła Żanna, nie ruszając się z miejsca.
— Witalik, a ty nie chcesz się przywitać?
— Czy przygryzłeś sobie język podczas wypadku?
Chłopak leniwie podniósł oczy, skrzywił się, burknął coś niewyraźnego w rodzaju „dzień dobry” i znów zanurzył się w ekranie.
— Daj spokój chłopakowi, Żanna!
— machnął ręką Walera, wycierając łysinę chusteczką.
— Ma stres.
— Szok!
— Wyobraź sobie: lecisz, bach — poduszki w twarz, dym, para…
— Cudem przeżył!
— Można powiedzieć, że dziś świętujemy drugie urodziny.
— Świętujemy?
— powtórzyła, unosząc brew.
W tej chwili do kuchni wszedł Oleg.
Niósł w rękach pękatą butelkę koniaku Hennessy i trzy kieliszki.
Żanna rozpoznała butelkę — kupiła ją pół roku temu w duty free, żeby podarować naczelnemu lekarzowi kliniki, w której planowała prowadzić ciążę.
Drogi, kolekcjonerski alkohol.
Oleg o tym wiedział.
Ale teraz z miną pana domu postawił butelkę na stole, jakby była jego osobistym nabytkiem dla drogich gości.
— Stres trzeba zdjąć, — autorytatywnie oznajmił Oleg, odkręcając korek.
— Faceci muszą odetchnąć.
— Żanna, pokrój cytrynkę i kiełbaskę.
— Dawaj, dawaj, nie stój jak słup.
Mrugnął do brata, starając się wyglądać na pana sytuacji, ale jego ręce ledwie zauważalnie drżały, kiedy nalewał bursztynowy płyn.
Żanna w milczeniu wyjęła deskę i nóż.
Kroiła cytrynę z taką furią, że sok pryskał we wszystkie strony, ale jej twarz pozostawała nieprzenikniona.
Obserwowała.
Obserwowała, jak jej mąż próbuje kupić szacunek starszego brata jej kosztem.
— No, — Walera podniósł kieliszek, nawet się nie stukając, i wlał zawartość do gardła.
Chrząknął, powąchał rękaw.
— Dobrze poszło.
— Miękki.
— Ty, Oleg, zawsze umiałeś żyć pięknie.
— Szanuję.
— Nie to co ja, robol…
— Daj spokój, — Oleg rozpłynął się w uśmiechu, wyraźnie pochlebiony grubiańskim komplementem.
— Jesteśmy rodziną.
— Kto, jeśli nie my?
— Pieniądze to rzecz nabyta, papier.
— Najważniejsze to swoich nie porzucać.
— Złote słowa!
— Walera sięgnął widelcem do talerza z wędliną, który Żanna rzuciła na stół.
— A ten typ z Lexusa…
— Wyobraź sobie, Żanna, stanął jak wryty na migającym żółtym!
— Kto tak jeździ?
— Witalik po prostu nie spodziewał się takiej podstawki.
— Normalny kierowca by przejechał, a ten zahamował.
— Więc jeszcze kwestia, kto jest winny.
— Jeśli oceniać po ludzku.
— Po ludzku, — powoli powiedziała Żanna, opierając biodra o blat, — Witalik nie miał prawa siadać za kierownicą.
— Nie ma prawa jazdy.
— I nie ma samochodu.
— Czyj samochód rozbił, Walera?
Walera przestał żuć i zmarszczył brwi.
— No, jednego kumpla…
— Dał mu się przejechać do kiosku.
— Krótko mówiąc, tam też trzeba sprawę załatwić, ale to potem, z wypłaty…
— Teraz najważniejsze to rozwiązać sprawę z Lexusem.
— Tam jest poważny facet, zaczął kozaczyć.
— Powiedział, że jeśli do szóstej wieczorem pieniędzy nie będzie na karcie, złoży zawiadomienie i jeszcze swoich chłopaków podłączy.
— A Witalik nie może mieć zawiasów, nie wezmą go do wojska z wyrokiem…
— to znaczy, tfu, nie dostanie normalnej pracy.
— Półtora miliona, — przypomniała Żanna.
— Tak, półtorej bańki, — lekko zgodził się Walera, nalewając sobie drugą.
— Oleg powiedział, że macie.
— Powiedział, że odkładacie na chatę, ale chata to ściany, poczeka.
— A wolność jest święta.
— Ty, Żanna, mądra baba jesteś, powinnaś rozumieć.
— Oczywiście wszystko oddamy.
— Jak tylko, to od razu.
— Myślę, żeby garaż wynająć…
Witalik w kącie parsknął śmiechem, patrząc w ekran.
Najwyraźniej zobaczył śmieszny filmik.
Ten dźwięk stał się dla Żanny ostatnią kroplą.
Spojrzała na męża.
Oleg siedział rozwalony, z miną zbawcy ojczyzny, ale starannie odwracał wzrok.
Rozkoszował się chwilą: był bohaterem, rozwiązywał problemy, brat patrzył na niego z szacunkiem.
A to, że za ten bankiet zapłaci żona, było dla niego drobnym, technicznym szczegółem.
— Oleg, — zawołała cicho.
— Powiedziałeś Walerze, na czyje nazwisko jest otwarte konto?
Oleg zesztywniał.
Uśmiech zsunął się z jego twarzy, zastąpiony wyrazem osaczonego zwierzęcia.
— Żanna, jaka to różnica?
— przecedził przez zęby.
— Mamy wspólny budżet.
— Jesteśmy rodziną.
— Nie zaczynaj.
— Walera, pij, nie słuchaj.
— Baby wiecznie lubią komplikować.
— Nie, czemuż to, — Walera wytarł usta wierzchem dłoni i utkwił w Żannie małe, podpuchnięte oczka.
— Niech powie.
— Co, Żanka, żałujesz rodzinie?
— Nie jesteśmy przecież obcymi ludźmi.
— Witalik to, między innymi, twój chrześniak.
— W dzieciństwie nosiłaś mu czekoladki, a teraz, kiedy chłopak naprawdę potrzebuje pomocy, dajesz w tył?
— Nie daję w tył, Walera, — Żanna podeszła blisko do stołu i spojrzała na szwagra z góry.
— Daję wam rozkład sytuacji.
— Oleg was okłamał.
— On nie ma pieniędzy.
— W ogóle.
— Ani kopiejki.
W kuchni zapadła cisza, przerywana tylko mlaskaniem Witalika, który znalazł na stole cukierka.
Walera zamarł z kieliszkiem przy ustach.
Oleg pobladł.
— Jak to okłamał?
— głos Walery stał się ciężki, groźny.
— Oleg, co ty mi wciskałeś przez telefon?
— Powiedziałeś: „Bracie, kasa na beczce, przyjeżdżaj, przelejemy”.
— One są!
— krzyknął Oleg, zrywając się i przewracając pusty kieliszek.
— Są na koncie!
— Żanna, przerwij ten spektakl!
— Po prostu otwórz aplikację i zrób przelew!
— Walera, wszystko w porządku, ona chyba ma PMS.
— Siadaj, — ryknęła Żanna tak, że Oleg z zaskoczenia naprawdę klapnął z powrotem na krzesło.
— A teraz słuchajcie, „klanie”.
— Teraz będziemy liczyć.
— Ale nie moje pieniądze.
— Wasze długi.
Walera powoli, jak stary zardzewiały mechanizm, odwrócił głowę ku bratu.
W jego podpuchniętych oczkach, które jeszcze sekundę temu świeciły oczekiwaniem łatwego zysku, teraz falowało tępe niezrozumienie, szybko ustępujące furii.
Ciężko zasapał, a ten dźwięk w ciszy kuchni wydał się ogłuszający.
— Jak to „nie ma pieniędzy”?
— wychrypiał, uderzając mięsistą dłonią w stół tak mocno, że butelka drogiego koniaku podskoczyła.
— Oleg, ty mnie robisz w konia?
— Przejechaliśmy przez całe miasto, traciliśmy czas, ludziom daliśmy nadzieję.
— Powiedziałeś: „Sprawa zamknięta”.
Oleg wcisnął się w oparcie krzesła.
Jego twarz pokryła się czerwonymi plamami, pot wystąpił na czoło grubymi kroplami.
Rzucił żonie spojrzenie pełne zwierzęcego strachu i nienawiści.
— Walera, bracie, poczekaj…
— Żanna po prostu podbija stawkę, — zabąkał, próbując się uśmiechnąć, ale wargi mu drżały.
— Baby mają swoje fanaberie.
— Pieniądze są, są na koncie, tylko ona chce, żebyśmy ją…
— no, trochę poupraszali.
— Żeby poczuła się ważna, rozumiesz?
— Ja nie chcę, żeby mnie upraszano, — przerwała mu Żanna.
Jej głos brzmiał przerażająco równo, jak dźwięk skalpela przecinającego ciało.
— Chcę, żebyście wy, „wybawcy klanu”, spojrzeli prawdzie w oczy.
Wyjęła telefon, odblokowała ekran i rzuciła go na środek stołu, prosto pod nos Walery.
— Patrz, Walera.
— Czytaj.
— To nie jest aplikacja bankowa z milionami.
— To wiadomości od windykatorów.
Walera, marszcząc brwi, zerknął na ekran.
— „Oleg Pietrowicz, pański dług wobec MFO «SzybkiePieniądze» wynosi czterdzieści dwa tysiące rubli… Termin płatności minął…”
— przeczytał na głos sylabami, a jego twarz zaczęła się wydłużać.
— „…Pańska sprawa zostaje przekazana do działu windykacji…”
— Co to za cholerstwo, Oleg?
— To nie wszystko, — bezlitośnie ciągnęła Żanna, krzyżując ręce na piersi.
— Przewiń dalej.
— Są tam jeszcze trzy takie same.
— Mikropożyczki, karta kredytowa na minusie, dług za media, który spłaciłam w zeszłym miesiącu.
— Twój brat, Walera, nie jest odnoszącym sukcesy biznesmenem.
— Jest bankrutem.
— Od pół roku żyje na mój koszt.
— Je na mój koszt, ubiera się w markowe ciuchy na mój koszt i nawet ten koniak, który teraz pijesz, został kupiony za moją premię.
Oleg zerwał się, przewracając krzesło.
— Zamknij się!
— wrzasnął, pryskając śliną.
— Hańbisz mnie!
— Robisz to specjalnie!
— Przy obcych ludziach pierzesz brudy, suko!
— Kręcę się, szukam opcji, to przejściowe trudności!
— Przejściowe trudności długości całego życia?
— Żanna nawet nie mrugnęła.
— Chciałeś wyglądać jak bohater przed bratem?
— Jak wybawca?
— A tak naprawdę chciałeś tylko wleźć do mojej skarbonki, bo w swojej masz tylko dziurę po obwarzanku.
— Obiecałeś półtora miliona, których nie masz, licząc, że ja, głupia, stopnieję od twojej wielkości i po cichu wszystko opłacę.
Witalik, który cały ten czas siedział w telefonie, nagle podniósł głowę.
Na jego twarzy po raz pierwszy pojawił się świadomy wyraz — wyraz bezczelnego szczura zagonionego w kąt.
— Słuchaj, ciotka Żanna, — przeciągnął, żując gumę.
— Daj spokój z tym gadaniem.
— Co za różnica, kto płaci?
— Jesteście mężem i żoną, jedno ciało.
— Macie wspólną kasę.
— Wujek Oleg powiedział, że ogarnie.
— Jeśli teraz zaciśniesz, naprawdę zaczną mnie cisnąć.
— Co, szkoda ci półtorej bańki dla swojego człowieka?
— Ty jeździsz autem, siedzisz w biurze, a ja mam problem.
— Nie po ludzku to.
Żanna powoli przeniosła wzrok na siostrzeńca.
W środku wszystko w niej kipiało, ale z zewnątrz pozostawała lodową bryłą.
— Nie po ludzku?
— zapytała cicho.
— A po ludzku jest brać cudzy samochód bez pytania?
— Po ludzku jest pić i siadać za kierownicą?
— Ty, Witalik, nie jesteś małym chłopcem.
— Masz dwadzieścia lat.
— Masz iPhone’a najnowszego modelu na kredyt, buty za trzydzieści tysięcy, a w głowie trociny.
— Nie przepracowałeś ani jednego dnia.
— Pasożytujesz na ojcu, na babci, a teraz postanowiłeś przejechać się także na mnie?
— Zamknij pysk, kiedy mówisz o moim synu!
— ryknął Walera, purpurowiejąc.
Podniósł się, zawisając nad stołem, próbując przygnieść ją masą.
— Kim ty w ogóle jesteś, żeby nas uczyć życia?
— My jesteśmy rasa!
— A ty jesteś przybłędą!
— Oleg wyciągnął cię z błota, wprowadził do mieszkania, dał nazwisko!
— A teraz liczysz grosze?
— Gdyby nie Oleg…
— Gdyby nie Oleg, — Żanna zrobiła krok naprzód, nie cofając się przed jego agresją, — już mieszkałabym we własnym mieszkaniu, a nie w tej norze, słuchając waszych pijackich bredni.
— I przy okazji, Walera, skoro już o pieniądzach.
— Kiedy oddasz swój dług?
— Pięć tysięcy.
— Drobiazg, ale niesmak pozostaje.
— Czy u waszej „rasy” przyjęte jest kantować ludzi na pieniądze?
Walera zakrztusił się powietrzem.
Najwyraźniej nie spodziewał się, że ta „cicha mysz” przejdzie do ataku.
— Udław się tymi swoimi groszami!
— ryknął, chwytając się za serce.
— Oleg, słyszysz, jak ona rozmawia z twoim starszym bratem?
— Jesteś facetem czy szmatą do podłogi?
— Uspokój swoją babę!
— Ona nas wszystkich teraz podstawi!
— Czas leci, licznik tyka!
Oleg stał pośrodku kuchni, żałosny, zagubiony, zmiażdżony prawdą.
Przenosił wzrok z rozwścieczonego brata na zimną jak stal żonę.
Musiał wybrać.
Właśnie teraz.
Albo przyznać, że jest nikim, i stanąć po stronie zdrowego rozsądku, albo dalej grać rolę „bossa” do końca, nawet jeśli miało go to kosztować wszystko.
I wybrał.
— Żanna, — powiedział obcym, zdławionym głosem, w którym dźwięczały histeryczne nuty.
— Natychmiast przelej pieniądze.
— Rozkazuję ci.
— Słyszysz?
— Jestem mężem, głową rodziny.
— Jeśli teraz tego nie zrobisz…
— Jeśli nie pomożesz Witalikowi…
— Nie jesteś już moją żoną.
— Zniszczę cię.
— Odbiorę ci wszystko w sądzie.
Ruszył ku niej, zaciskając pięści.
W jego oczach nie było miłości, nie było nawet litości — tylko strach przed utratą twarzy wobec „stada” i pragnienie zranienia tej, która ośmieliła się zerwać z niego maskę.
— Nie rozumiesz, z kim się związałaś, — wysyczał.
— Otwórz aplikację.
— Już.
Żanna spojrzała na jego pięści, potem na uśmiechającego się drwiąco Witalika, na czerwonego z napięcia Walerę.
W tej chwili ostatnia nitka łącząca ją z tą rodziną, z tym małżeństwem, z tymi ludźmi, napięła się do granic i pękła z ogłuszającym brzękiem.
— Dobrze, — powiedziała niespodziewanie spokojnie.
— Chcecie pieniędzy?
— Dostaniecie je.
— A właściwie dostaniecie to, na co zasłużyliście.
Wzięła telefon ze stołu.
Walera rozciągnął usta w zadowolonym uśmiechu, Oleg odetchnął z ulgą, prostując ramiona — znów wygrał, znów był panem sytuacji.
— Widzisz, Waler, — powiedział Oleg z dumą.
— Z kobietami trzeba po prostu ostrzej.
— Ona wszystko rozumie.
— Tylko pokazuje charakter.
Żanna nacisnęła kilka przycisków na ekranie, ale nie otworzyła aplikacji bankowej.
Weszła w ustawienia.
— Naprawdę myślicie, że oddam swoje oszczędności, swoje zdrowie, swoją przyszłość watasze szakali?
— zapytała, podnosząc oczy.
— Debet z kredytem się nie zgadza, chłopcy.
— Pełny default.
— Transakcja wykonana pomyślnie.
— Okres lokaty — trzy lata bez prawa wcześniejszej wypłaty.
— Odsetki są kapitalizowane.
— Gratuluję wam, chłopcy, bank właśnie wzbogacił się o trzy miliony, a wy zostaliście z tym, z czym przyszliście — z pustymi kieszeniami i butą.
Żanna odwróciła ekran telefonu ku oniemiałym mężczyznom.
Zielony haczyk na wyświetlaczu świecił jak wyrok.
W kuchni słychać było, jak ciężko, ze świstem, oddycha Walera i jak buczy stara lodówka, jakby odliczając ostatnie sekundy ich zwyczajnego światka.
Walera mrugnął raz, drugi, próbując pojąć to, co zobaczył.
Sens słów docierał do niego opornie, jak przez warstwę waty.
Ale kiedy dotarł, jego twarz napełniła się złą, buraczaną czerwienią.
Powoli przeniósł wzrok na brata.
W tym spojrzeniu nie było już ani rodzinnego ciepła, ani pobłażliwości — tylko czysta, nieskażona wściekłość drapieżnika, któremu wyrwano z paszczy kawał mięsa.
— Ty…
— Coś ty zrobiła, suko?
— wyszeptał Oleg, blednąc aż do sinizny.
Ręce trzęsły mu się tak mocno, że schował je do kieszeni dresów.
— Zablokowałaś pieniądze?
— Rozumiesz, że właśnie podpisałaś na mnie wyrok?
— Walera…
— Walera teraz…
— Walera teraz zrozumie, że jego brat to pusty gaduła, — twardo przerwała Żanna, wkładając telefon do tylnej kieszeni dżinsów.
Czuła, jak wewnątrz niej rozluźnia się napięta sprężyna strachu, ustępując miejsca zimnemu, złemu podnieceniu.
— Oleg, spektakl skończony.
— Nie będzie antraktu.
— Chciałeś być głową klanu?
— To nią bądź.
— Rozwiązuj problemy.
— Ale nie moim kosztem.
— Nie wynajęłam się do sponsorowania twojej infantylności i głupoty twojego siostrzeńca.
Walera z hukiem odsunął krzesło, podnosząc się na całą swoją niedźwiedzią wysokość.
Nawet nie spojrzał na Żannę.
Krok zrobił do Olega, chwycił go za pierś koszulki i szarpnięciem przyciągnął do siebie.
Materiał zatrzeszczał.
— Ty gnido, — zachrypiał Walera bratu prosto w twarz, pryskając śliną.
— Ty mnie wystawiłeś?
— Podstawiłeś mnie przed ludźmi?
— Przejechałem pół miasta, obiecałem chłopakom, że sprawa zamknięta!
— A ty przyprowadziłeś mnie do tej…
— do tej wściekłej baby, żebym patrzył, jak kładzie kasę na lokacie?!
— Walera, bracie, puść!
— zapiszczał Oleg, próbując oderwać od siebie pudowe pięści krewnego.
— Nie wiedziałem!
— Ona jest szalona!
— Wszystko rozwiążę, znajdę, daj mi czas!
— Wezmę mikropożyczkę, sprzedam nerkę!
— Komu potrzebna twoja przepita nerka?
— ryknął Walera i z całej siły odepchnął brata.
Oleg poleciał plecami na kuchenne szafki, boleśnie uderzył lędźwiami o blat i osunął się na podłogę, łapiąc powietrze ustami.
Witalik, który do tej chwili obserwował scenę z tępowatym uśmieszkiem, nagle przestał żuć.
Wreszcie dotarło do niego, że „darmówki” nie będzie, a perspektywa spotkania z właścicielem Lexusa staje się przerażająco realna.
— Tato, to co robić?
— zajęczał, wstając od stołu.
— Tato, tam naprawdę ludzie czekają.
— Jeśli przyjedziemy z pustymi rękami, oni mnie docisną.
— Wujek Oleg przecież obiecał!
— Twój wujek Oleg to lipa!
— uciął Walera, nie patrząc na syna.
Odwrócił się ku Żannie.
Jego oczy zwęziły się, zamieniając w dwie złośliwe szparki.
— A ty…
— Taka mądra jesteś?
— Uznałaś, że możesz nas tak mordą o stół?
— Myślisz, że ci to ujdzie na sucho?
— My cię…
— Co wy mi?
— Żanna zrobiła krok ku niemu.
Była od niego dwa razy mniejsza, ale w tej chwili było w niej tyle lodowatej furii, że Walera mimowolnie się cofnął.
— Uderzysz?
— Dawaj.
— Tylko pamiętaj, że kamera w przedpokoju nagrywa dźwięk i obraz do chmury.
— Jeden cios i usiądziesz wcześniej niż twój nieudany synek.
— Wynocha z mojego domu.
— Obaj.
— I zabierzcie ze sobą ten śmieć, — kiwnęła głową na Olega, który wciąż siedział na podłodze, obejmując głowę rękami.
— Śmieć?
— Oleg podniósł głowę.
Jego twarz wykrzywiła nienawiść.
— Ja jestem dla ciebie śmieciem?
— Jestem twoim mężem!
— Stworzyłem cię z niczego!
— Beze mnie zgnijesz w tym mieszkaniu z kotami!
— Wolę zgnić z kotami, niż karmić pasożytów, — wycedziła.
— Nie jesteś już moim mężem, Oleg.
— Jesteś pozycją wydatków, którą właśnie zoptymalizowałam.
— Masz dziesięć minut, żeby spakować swoje graty.
— Jeśli nie zdążysz, polecą z balkonu.
— Razem z twoim drogocennym bratem.
Oleg patrzył na nią, a w jego oczach walił się świat.
Waliła się iluzja jego znaczenia, jego władzy, jego męskiego autorytetu.
Zrozumiał, że ona nie żartuje.
Że naprawdę przeniosła pieniądze i że niczego nie da się cofnąć.
A najstraszniejsze było to, że został sam na sam z rozwścieczonym bratem i długami.
— Pożałujesz, — wysyczał, podnosząc się z podłogi.
Nogi mu drżały.
— Przypełzniesz do mnie, kiedy zrozumiesz, że baba sama nie przeżyje.
— Ale ja cię nie przyjmę.
— Słyszysz?
— Nie wpuszczę cię za próg!
— Pakuj rzeczy, — obojętnie rzuciła Żanna i odwróciła się do okna.
— Czas start.
Walera splunął na czystą podłogę, prosto na kafelki.
Gęsta, lepka plwocina rozpłynęła się u stóp Żanny.
— Chodź, Witalka, — burknął, chwytając syna za kark.
— Tu nie ma czego szukać.
— Tu żyją same szczury.
— A z tobą, braciszku, zaraz porozmawiamy na ulicy.
— Bardzo poważnie porozmawiamy.
— O długach, o honorze i o tym, jak teraz będziesz odpracowywał półtora miliona.
Wyszli na korytarz, dudniąc butami.
Żanna słyszała, jak zakładają obuwie, przeklinając i przepychając się.
Oleg miotał się po mieszkaniu, chwytając jakieś rzeczy i wciskając je do sportowej torby — laptop, ładowarki, kilka koszulek.
Nawet nie próbował dyskutować z bratem, chciał tylko uciec, zniknąć, rozpłynąć się.
Po pięciu minutach drzwi wejściowe zatrzasnęły się z hukiem.
Żanna została sama.
W mieszkaniu pachniało przetrawionym alkoholem, tanimi męskimi perfumami i zwierzęcym strachem, który zostawili po sobie trzej mężczyźni.
Na stole stała napoczęta butelka drogiego koniaku i leżała pokrojona kiełbasa, która zaczynała obsychać.
Żanna podeszła do stołu, wzięła butelkę za szyjkę i powoli wylała resztki bursztynowego płynu do zlewu.
Alkohol bulgotał, spływając do kanalizacji, tam samo, dokąd właśnie odpłynęło jej małżeństwo.
Nie płakała.
Nie było łez.
Była tylko dźwięcząca pustka i dziwne, prawie zapomniane uczucie lekkości.
Wzięła szmatkę i wytarła plwocinę Walery z podłogi.
Potem podeszła do drzwi i przekręciła dolny zamek, potem górny, i założyła łańcuch.
Teraz to była jej twierdza.
Jej pieniądze były bezpieczne.
Jej przyszłość była bezpieczna.
A za drzwiami, na klatce schodowej, słychać było głuche uderzenia i czyjś stłumiony krzyk, ale Żanna nawet nie podeszła do wizjera.
To już nie były jej problemy.
To były porachunki obcych ludzi.








