— Twój syn odszedł do młodszej?

To biegnijcie do niej po pieniądze! — przerwała w pół słowa wizytę byłej teściowej Nadia.

Wieczór zapowiadał się spokojnie.

Za oknem mżył drobny październikowy deszcz, bębniąc o blaszany parapet.

W mieszkaniu pachniało pieczonym kurczakiem i świeżym chlebem.

Nadia siedziała przy stole obok siedmioletniej córki i sprawdzała jej zadanie domowe z matematyki.

Alisa starannie pisała cyfry w zeszycie, czasem zabawnie marszcząc czoło, zupełnie jak ojciec.

Nadia złapała się na tej myśli i natychmiast ją od siebie odsunęła.

Nie chciała wspominać.

Dzwonek do drzwi zabrzmiał ostro i natarczywie.

Nie raz, lecz długim, uporczywym sygnałem, od którego Nadi z jakiegoś powodu od razu ścisnęło się pod żołądkiem.

Spojrzała przez wizjer i zamarła.

Na progu stała Antonina Pietrowna.

Jej była teściowa.

W rękach kobieta trzymała dużą lakierowaną torbę i parasol, którego nie raczyła zamknąć nawet na klatce schodowej, zostawiając na betonowej podłodze mokre smugi.

Nadia zawahała się przez sekundę, po czym jednak otworzyła.

Po prostu z ciekawości.

Jaki czort przyniósł tę damę do jej domu pół roku po rozwodzie?

Antonina Pietrowna wpłynęła do przedpokoju, jakby była u siebie.

Pachniała drogimi perfumami z gorzkawą nutą i wilgocią.

Szybko omiotła wzrokiem korytarz, zatrzymała spojrzenie na dziecięcych bucikach i, zacisnąwszy usta, powiedziała:

— No witaj, Nadieżdo.

Pewnie się nie spodziewałaś.

— Nie spodziewałam się, — sucho odpowiedziała Nadia, nie ruszając się z miejsca.

— Coś się stało?

Antonina Pietrowna ciężko westchnęła, jakby zamierzała przekazać tragiczną wiadomość, i weszła do salonu bez zaproszenia.

Postawiła torbę na podłodze i usiadła na kanapie, poprawiając spódnicę.

Alisa podniosła głowę znad zeszytu i ze zdziwieniem spojrzała na babcię.

Przez pół roku tamta nie zadzwoniła ani razu.

— Alisa, słoneczko, idź do swojego pokoju, — poprosiła Nadia, starając się mówić spokojnie.

— Musimy z babcią porozmawiać.

Dziewczynka posłusznie zebrała zeszyty i wyszła, szczelnie zamykając za sobą drzwi.

Antonina Pietrowna odprowadziła ją wzrokiem i, nie tracąc czasu na długie wstępy, wyłożyła na stół plik jakichś papierów.

— Przyszłam do ciebie w sprawie, Nadiusza, — zaczęła prawie czule.

— Wybacz, że bez telefonu.

Sytuacja jest taka, że już nie ma siły tego znosić.

Nadia milczała, czekając na ciąg dalszy.

— Nasz Wadik znalazł się w trudnej sytuacji.

Brakuje mu pieniędzy.

Krystyna, sama wiesz, młoda dziewczyna, ma swoje wymagania.

To jej podaj jedno, to drugie.

Wynajmują dobre mieszkanie.

Do tego Wadim ma kredyt, jeszcze z waszych czasów.

Za samochód trzeba płacić.

Krótko mówiąc, w tym miesiącu nie będzie mógł przelać alimentów.

Wejdź w jego położenie.

Nadia zamrugała.

Powoli zapytała ponownie:

— Co?

Antonina Pietrowna przewróciła oczami, jakby rozmawiała z nierozumnym dzieckiem.

— No co ty od razu: „co”?

Przecież nie jesteś głucha.

Mówię, że w tym miesiącu alimentów nie będzie.

Wadik ma trudny okres.

Krystynie trzeba kupić futro.

Zima już blisko.

A poza tym mój chłopiec żyje z młodą żoną, buduje nową rodzinę.

Im teraz bardziej potrzeba.

A ty jesteś dorosłą, samodzielną kobietą.

Zarabiasz.

Jakoś przeżyjesz jeden miesiąc bez jego jałmużny.

W Nadi wszystko się urwało, a zaraz potem zawrzało gorącą falą.

Patrzyła na tę starszą kobietę z nienaganną fryzurą i złotymi kolczykami i nie mogła uwierzyć własnym uszom.

Wadim odszedł do kochanki.

Zostawił ją z dzieckiem.

Od pół roku sama ciągnęła córkę, pracę i dom.

A teraz jego matka, która ani razu nie pomogła jej ani kopiejką, ani dobrym słowem, przychodzi i prosi, by zrezygnowała z alimentów ze względu na futro dla nowej żony?

— Antonino Pietrowno, czy pani siebie słyszy? — Głos Nadi zabrzmiał głucho, ale dźwięczał już w nim metal.

— Pani syn odszedł do młodszej?

To do niej proszę biec po pieniądze.

Do mnie nie trzeba.

Teściowa poczerwieniała.

Zwyczajowa maska życzliwości spadła z niej natychmiast.

Pochyliła się do przodu i niemal wypluła:

— Jak ty sobie pozwalasz?

Przyszłam do niej, nawiasem mówiąc, jak do własnej.

Myślałam, że zrozumie, że współczuje.

A ty!

Zawsze byłaś bez serca, Nadieżdo.

Wadik słusznie od ciebie odszedł.

Z tobą przecież nie da się rozmawiać.

Żmija!

— Powiedziała pani wszystko? — Nadia skinęła w stronę drzwi.

— W takim razie proszę wyjść.

I zabrać swoje papiery.

Antonina Pietrowna zerwała się z kanapy, chwyciła torbę i z hukiem wypadła na korytarz.

Przy drzwiach odwróciła się i rzuciła:

— Pożałujesz!

Myślisz, że nie wiem, jak znaleźć na ciebie sposób?

Jeszcze u mnie popłaczesz, dziewczynko!

Trzask drzwi zabrzmiał jak wystrzał.

Nadia oparła się o ścianę i zamknęła oczy.

Serce waliło jej gdzieś w gardle.

Z pokoju cicho wyszła Alisa.

O nic nie zapytała.

Po prostu objęła mamę w pasie i przytuliła policzek.

Nadia pogłaskała ją po głowie i wyszeptała:

— Nie bój się, zajączku.

Poradzimy sobie.

W nocy Nadia długo nie mogła zasnąć.

Leżała w ciemności i wspominała.

Siedem lat życia rodzinnego, które Antonina Pietrowna metodycznie i konsekwentnie zamieniła w koszmar.

Pierwsze lata były jeszcze jako tako znośne.

Teściowa często pojawiała się w ich domu, ale przynajmniej uprzedzała o wizycie.

Potem zaczęły się telefony do Wadima z żądaniem rozliczania się z zakupów.

Antonina Pietrowna żądała zdjęć paragonów.

Musiał wiedzieć, na co Nadia wydaje pieniądze jej syna.

— Ona cię oskubuje, — syczała teściowa do słuchawki, a Wadim posłusznie kiwał głową, zapominając, że Nadia pracowała na równi z nim i dokładała do domowego budżetu nie mniej.

Kiedy urodziła się Alisa, zrobiło się tylko gorzej.

Antonina Pietrowna skrytykowała wszystko: sposób karmienia, pieluchy, kolor wózka, imię dziecka.

Żądała, żeby dziewczynkę nazwano Antoniną.

Wtedy Nadia po raz pierwszy pokazała charakter i uparła się na śmierć.

Imię wybrali razem z Wadimem.

Wtedy on jeszcze potrafił podejmować samodzielne decyzje.

Teściowa tego nie wybaczyła.

Zaczęła metodycznie nastawiać syna przeciwko żonie.

— Popatrz na nią.

Rozpuściła się po porodzie.

Chodzi w starym szlafroku.

Co ty w niej znalazłeś?

A kiedyś jeszcze była niczego sobie.

— Dlaczego ona siedzi w domu?

Na macierzyńskim?

Można by pomyśleć, że to praca.

Ty harujesz jak przeklęty, a ona maluje paznokcie.

— Ona cię zdradza.

Wczoraj widziałam, jak rozmawiała pod blokiem z jakimś mężczyzną i się uśmiechała.

Na pewno zdradza.

Nadia dowiadywała się o tych rozmowach przypadkiem.

Wadim wybuchał, krzyczał, a potem, gdy ochłonął, opowiadał jej rewelacje matki.

Sam też w nie wierzył.

Antonina Pietrowna umiała prać mózgi po mistrzowsku.

Rozwiązanie przyszło w kwietniu.

Wadim wrócił do domu późno, pachniał cudzymi perfumami.

Nadia milczała.

Tydzień później powiedział wprost:

— Spotkałem inną.

Krystynę.

Kochamy się.

Składam pozew o rozwód.

Nadia wtedy oniemiała.

Po prostu stała w kuchni i patrzyła w jeden punkt.

Wadim przestępował z nogi na nogę i dodawał:

— Mama mówi, że musimy rozstać się cywilizowanie.

Bez skandali.

Przecież nie będziesz przeszkadzać mojemu szczęściu?

Tym bardziej że sama jesteś winna.

Nie umiałaś zachować rodziny.

Tak właśnie.

Nie umiała zachować.

Miesiąc później byli już po rozwodzie.

Majątek podzielili sprawiedliwie: jemu przypadło nowe życie, jej stare mieszkanie i córka.

Rankiem po wizycie byłej teściowej Nadia zadzwoniła do jedynej osoby, której ufała.

Weronika, przyjaciółka ze studiów, pracowała jako prawniczka od spraw rodzinnych.

Spotkały się w małej kawiarni niedaleko biura Weroniki.

Weronika słuchała, mieszając cappuccino, a jej brwi z każdą minutą wędrowały coraz wyżej.

Kiedy Nadia skończyła i złapała oddech, przyjaciółka cicho gwizdnęła.

— No niezły cyrk.

Przez dziesięć lat praktyki wiele słyszałam, ale żeby teściowa przyszła i poprosiła, by nie płacić alimentów na dziecko ze względu na futro dla kochanki… to nowy gatunek.

Sztuka.

— Co mam robić? — cicho spytała Nadia.

— Nie chcę już więcej upokorzeń.

Ona mi groziła.

Powiedziała, że znajdzie na mnie sposób.

Weronika odsunęła filiżankę i poważnie spojrzała na przyjaciółkę.

— Zapamiętaj jedną prostą rzecz.

Antonina Pietrowna jest dla ciebie zerem.

Prawnym zerem bez pałeczki.

Nie ma żadnych praw do żądań, żadnych podstaw do roszczeń.

Alimenty ma obowiązek płacić twój były mąż.

I tylko on.

Jeśli nie płaci, to jego dług, a nie twój problem.

Ty tutaj jesteś stroną poszkodowaną.

Dziecko ma prawo do utrzymania od obojga rodziców.

I kropka.

— A jeśli naprawdę nie zapłaci?

Weronika uśmiechnęła się krzywo.

— Jest kilka scenariuszy.

Pierwszy — komornicy.

Wszczynasz postępowanie egzekucyjne, a oni blokują jego konta.

Wszystkie.

Co do kopiejki.

Drugi — kara umowna, odsetki za zwłokę.

Za każdy dzień opóźnienia naliczana jest kara.

Po pół roku kwota długu może wzrosnąć kilkakrotnie.

Trzeci — odpowiedzialność administracyjna.

Czwarty — karna.

Jeśli będzie uporczywie uchylał się od płacenia, można pociągnąć go do odpowiedzialności z artykułu 157 kodeksu karnego.

Tam są i prace obowiązkowe, i areszt do trzech miesięcy.

— Karna? — Nadia z niedowierzaniem pokręciła głową.

— To naprawdę możliwe?

— Absolutnie.

Miałam trzy takie sprawy w zeszłym roku.

Wszyscy trzej dobiegli do bankomatu szybciej, niż ja dopiłam poranną kawę.

Nikt nie chce wyroku.

Zwłaszcza tacy jak twój Wadim.

Maminsynkowie w kajdankach wyglądają szczególnie żałośnie.

Nadia zamyśliła się.

Przed oczami znów stanęła jej wczorajsza scena: teściowa z torbą, papiery na stole, ton pełen żądań.

I ostatnie słowa: „pożałujesz”.

— Wydaje mi się, że ona coś knuje, — powiedziała Nadia.

— Nie przyszła tak po prostu.

Badała grunt.

Sprawdzała moją reakcję.

— Całkiem możliwe, — kiwnęła Weronika.

— Dlatego radzę ci ich wyprzedzić.

Nie czekać, aż wymyślą kolejną podłość.

Przejdź do ofensywy.

Najpierw sprawdź, skąd Wadim ma pieniądze na nowe życie.

Jeśli płaci za wynajmowane mieszkanie, kupuje futra i jeździ samochodem, to znaczy, że ma dochód.

I najprawdopodobniej go ukrywa.

— Jak to sprawdzić?

— W tym ci pomogę.

Mam znajomego adwokata.

Arkadija Wiktorowicza.

Specjalistę od spraw rozwodowych.

On takie sprawy rozgryza jak pestki.

Umów się do niego na konsultację.

Stracisz godzinę, za to poznasz swoje realne możliwości.

Nadia zapisała numer telefonu i adres.

Kiedy wyszła z kawiarni, pogoda już się poprawiła.

Chmury się rozeszły, a przez nie przebijało się nieśmiałe październikowe słońce.

Nagle poczuła dziwną lekkość.

Po raz pierwszy od dawna sytuacja przestawała być beznadziejna.

Miała oparcie.

Wiedzę.

Plan.

Dwa dni później siedziała w przestronnym gabinecie adwokata.

Arkadij Wiktorowicz okazał się szczupłym starszym mężczyzną w okularach w cienkiej złotej oprawce.

Mówił krótko, ale każde jego słowo trafiało dokładnie w cel.

Nadia wyłożyła przed nim wszystkie dokumenty: wyrok sądu o zasądzeniu alimentów, swoje obliczenia, korespondencję z byłym mężem, w której po raz setny obiecywał „zapłacić w przyszłym tygodniu”.

Adwokat przejrzał papiery, coś zanotował w notesie i powiedział:

— Obraz jest jasny.

Zaległość za trzy miesiące.

Kwota głównego długu to około dwustu czterdziestu tysięcy rubli.

Plus kara za zwłokę.

Jeśli wszystko policzymy prawidłowo, przez sąd można wyegzekwować kwotę zbliżoną do pół miliona.

— On nie ma takich pieniędzy.

Oficjalnie zarabia grosze.

— Oficjalnie tak, — adwokat poprawił okulary i po raz pierwszy pozwolił sobie na lekki uśmiech.

— A nieoficjalnie?

Złożymy zapytania.

Podniesiemy historię ruchów na kontach.

Nawet jeśli dostaje pensję w kopercie, zawsze zostają ślady.

Wynajem mieszkania kosztuje.

Karty kredytowe, zakupy w sklepach, płatności za samochód.

Jeśli wydatki znacząco przewyższają zadeklarowany dochód, nazywa się to bezpodstawnym wzbogaceniem.

Sąd bardzo takich rzeczy nie lubi.

Pojawiają się pytania ze strony urzędu skarbowego.

I tam zaczynają się zupełnie inne problemy.

Nie tylko rodzinne, ale i administracyjne.

— I co mam zrobić teraz?

— Teraz obserwować.

Na razie nikomu nic pani nie mówi.

Niech były mąż i jego matka myślą, że się pani poddała i przełknęła zniewagę.

A my po cichu zbierzemy dowody.

Poprosimy o wyciągi.

Sprawdzimy, co to za dziewczyna ta Krystyna i z jakich środków żyje.

Nadia skinęła głową.

Ta rada całkowicie pokrywała się z tym, co mówiła Weronika.

Żadnego pośpiechu.

Zimna kalkulacja.

Wychodząc od adwokata, poczuła niezwykły przypływ determinacji.

W domu czekała na nią Alisa, lekcje, codzienne troski.

Ale teraz w zwyczajną rutynę wplatała się nowa nić.

Cienka, lecz mocna jak stalowa struna.

Oczekiwanie na odpłatę.

Następne dwa tygodnie zeszły na zbieraniu informacji.

Nadia działała ostrożnie, starając się niczym nie zdradzić swoich zamiarów.

Wadim zadzwonił do niej tylko raz, suchym tonem uprzedzając, że pieniędzy na razie nie ma, ale wkrótce na pewno będą.

Nie zaczęła się kłócić, i to chyba go uspokoiło.

Antonina Pietrowna też się nie pojawiała.

Najwyraźniej raportowała synowi o swojej bezowocnej misji i czekała, aż synowa zacznie bić się w histerii.

Nadia milczała, a to milczenie zwodniczo przypominało kapitulację.

Tymczasem Weronika, przez swoje kanały, pomogła zdobyć pierwsze informacje.

Wieczorem, kiedy Alisa już położyła się spać, przyjaciółka przysłała wiadomość z prośbą o pilny telefon.

Nadia wybrała numer.

— Siedzisz? — Głos Weroniki brzmiał podekscytowanie.

— Znalazłam coś ciekawego.

— Mów.

— Pamiętasz, opowiadałaś, że Krystyna chwaliła się nowym stanowiskiem?

Że niby zatrudniła się jako marketingowiec w stołecznej firmie?

— Tak, było coś takiego.

Wadim mówił, że dużo zarabia.

— No więc.

Żaden z niej marketingowiec.

Ona w ogóle nie pracuje od marca.

Zwolniła się z ostatniego miejsca.

Oficjalnie nie jest nigdzie zatrudniona.

Za to w ciągu ostatniego pół roku kupiła samochód.

Używany, ale i tak nie za darmo.

I uwaga: w sierpniu poleciała z koleżankami za granicę.

Na tydzień.

Sądząc po zdjęciach w mediach społecznościowych, których nie uważa za konieczne ukrywać, odpoczywała tam całkiem nieźle.

Nadia powoli opadła na krzesło.

W głowie klikały jej liczby.

Córka prosiła o nowe buty na zimę, a ona liczyła każdą kopiejkę.

Jej były mąż fundował kochance zagraniczne wyjazdy.

— Skąd pieniądze? — wyszeptała.

— Tu jest najciekawsze.

Uruchomiłam pewne kontakty.

Nie będę wchodzić w szczegóły, ale udało się ustalić, że Wadim pół roku temu zmienił pracę.

Zatrudnił się w firmie transportowej u jakiegoś dalekiego krewnego.

Oficjalnie — za minimalną stawkę.

A faktycznie dostaje w kopercie bardzo przyzwoite sumy.

Stąd mieszkanie w dobrej dzielnicy, wyjazdy i futra.

— Ma inną pensję i ukrywa ją przed sądem, — powoli powiedziała Nadia, bardziej do siebie niż do przyjaciółki.

— Dokładnie.

I to poważne naruszenie.

Ukrywanie dochodów w celu uchylania się od płacenia alimentów.

Tutaj już majaczy odpowiedzialność karna, jeśli poprawnie złożyć zawiadomienie.

Arkadij Wiktorowicz będzie zachwycony.

On uwielbia takie sprawy.

Nadia pożegnała się i położyła telefon na stole.

W mieszkaniu było cicho.

Tylko lodówka cicho buczała w kuchni, a gdzieś za ścianą sąsiedzi oglądali telewizję.

Siedziała w ciemności i patrzyła na uliczną latarnię za oknem.

Żółte światło rozmywało się w mokrej szybie.

Coś się w niej przewracało.

Nie złość.

Nie.

Zimna, gniewna determinacja.

Nie była już ofiarą.

Była myśliwym.

Następnego dnia Nadia znów spotkała się z adwokatem.

Na stole przed Arkadijem Wiktorowiczem leżały wydrukowane zdjęcia z profilu społecznościowego Krystyny: plaża, basen, uśmiechnięta dziewczyna z kieliszkiem w ręku.

Obok — zrzuty ekranu ogłoszeń o sprzedaży samochodu powiązane z kontem kochanki byłego męża.

I wyciągi, które Weronika jakimś cudem zdołała zdobyć.

— To wystarczy, — krótko powiedział adwokat.

— Składamy pozew.

Zaległość alimentacyjna, kara za zwłokę oraz żądanie ustalenia rzeczywistej wysokości dochodów.

Przygotuję wniosek w trzy dni.

Rozprawę wyznaczymy nie wcześniej niż za miesiąc, żeby pozwany miał mniej czasu na przygotowanie.

I osobno radzę złożyć zawiadomienie do urzędu skarbowego.

Niech sprawdzą, skąd bezrobotna dziewczyna ma pieniądze na drogie zabawki.

— A oni sprawdzą?

— Mają obowiązek.

Anonimowe zgłoszenie, ale z załączonymi dowodami.

Uzasadnione.

Takie rzeczy rzadko pozostają bez uwagi.

Zwłaszcza teraz, gdy zaostrzono kontrolę nad niepłaceniem podatków.

Nadia podpisała dokumenty, pełnomocnictwo i wyszła na ulicę.

Był listopad.

Zimny wiatr gnał po chodniku zwiędłe liście.

Podniosła kołnierz płaszcza i powoli poszła w stronę metra.

W torbie leżała teczka z kopiami pozwu.

Tam też był pendrive ze zdjęciami Krystyny.

Fotografie z wakacji, na których dziewczyna pozowała na tle oceanu, a w tle widać było czyjąś męską rękę.

Rękę jej byłego męża, który „nie mógł płacić alimentów”, bo rzekomo nie miał pieniędzy.

Nagle przypomniała sobie, jak w zeszłym roku Alisa zachorowała na grypę.

Temperatura podeszła pod czterdzieści stopni i trzeba było wzywać karetkę.

Wadim był wtedy w delegacji i nawet nie oddzwonił.

Nadia spędziła noc w szpitalu, przyciskając do siebie rozpaloną, gorączkującą córkę.

A on w tym czasie, jak później się okazało, wcale nie pracował.

Wypoczywał z Krystyną w podmiejskim pensjonacie.

Teściowa potem jeszcze wyrzucała Nadi: „Dziecka nie umiesz ustrzec, a matką się nazywasz”.

Te wspomnienia już nie sprawiały bólu.

Tylko jeszcze mocniej cementowały jej determinację.

Nie pozwoli już tym ludziom deptać swojego życia.

Pozew przyjęto.

Wyznaczono datę rozprawy.

Wadim dowiedział się o sądzie tydzień przed posiedzeniem.

Pewnie przyszło mu wezwanie.

Nadia spodziewała się telefonu.

I telefon nastąpił.

Wieczorem, kiedy układała Alisę do snu, telefon zawibrował na szafce nocnej.

Wyszła na korytarz i przyłożyła słuchawkę do ucha.

— Nadia, co ty wyprawiasz? — Głos Wadima drżał z oburzenia.

— Zupełnie zwariowałaś?

Po co złożyłaś pozew?

— Bo nie płacisz alimentów, — odpowiedziała spokojnie.

— Przecież wyjaśniłem!

Mam chwilowe trudności.

Miesiąc.

Tylko miesiąc.

Naprawdę tak trudno poczekać?

— Ja nie mam twoich trudności.

Mam twoją córkę, która potrzebuje jedzenia, ubrań i lekarstw.

Twoja matka przyszła do mojego domu i prosiła, żebym zwolniła cię z obowiązków ze względu na futro dla twojej nowej kobiety.

Uważasz, że to normalne?

W słuchawce zapadła pauza.

Widocznie Antonina Pietrowna nie zrelacjonowała synowi swojej wizyty w szczegółach.

— Mama nie to miała na myśli.

Ty wszystko przekręciłaś, jak zawsze!

Zawsze wszystko przekręcasz.

Z tobą nie da się rozmawiać.

— Wadim, do sądu została tydzień.

Mój adwokat przygotował dokumenty.

Twoje dochody, twoje wydatki, wyjazdy Krystyny, samochód, urlop za granicą.

Wszystko to zostanie przedstawione sądowi.

Jeśli chcesz rozwiązać sprawę polubownie, spłać cały dług.

Z karą za zwłokę.

Przed rozprawą.

— Grozisz mi? — Prawie krzyczał.

— Ty, która zniszczyłaś nasze małżeństwo, teraz próbujesz zniszczyć moją nową rodzinę?

Zazdrościsz?

Zazdrościsz, że ja jestem szczęśliwy, a ty siedzisz sama w swojej norze?

Myślisz, że jak mi zaszkodzisz, będziesz szczęśliwsza?

Nie będziesz!

— Do sądu, — powtórzyła Nadia i się rozłączyła.

Ręce jej drżały.

Ale w duszy miała spokój.

Zrobiła wszystko właściwie.

Teraz głos należał do prawa.

Rozprawa odbyła się w środę o drugiej po południu.

Sala była mała, duszna i jakaś obskurna.

Wysokie okna, drewniane ławy, bladozielone ściany.

Nadia przyjechała piętnaście minut przed rozpoczęciem razem z Arkadijem Wiktorowiczem.

Adwokat wyglądał niewzruszenie, przeglądał jakieś papiery i przy okazji dawał ostatnie wskazówki:

— Mówi pani tylko wtedy, kiedy panią zapytają.

Na prowokacje nie reagować.

Jeśli teściowa albo pozwany zaczną być chamscy, milczeć.

Za panią będę mówił ja.

Wadim pojawił się po minucie.

Obok niego, trzymając go pod rękę, szła Antonina Pietrowna.

Krystyna również raczyła się zjawić.

Wystroiła się jak na wystawny obiad: krótka sukienka, wysokie obcasy, jaskrawy makijaż.

Teściowa obejrzała Nadię od stóp do głów, przecedziła coś przez zęby i demonstracyjnie usiadła na ławie w najdalszym końcu sali.

Sekretarz ogłosiła skład sądu.

Sędzia, kobieta około czterdziestu pięciu lat, o zmęczonej twarzy i czujnym spojrzeniu, zajęła swoje miejsce.

Posiedzenie się rozpoczęło.

Pierwszy występował adwokat Nadi.

Mówił cicho, ale każde słowo brzmiało ważko.

Przedstawił fakty.

Kwotę głównego długu.

Terminy.

Karę za zwłokę.

Wyliczenie odsetek.

Następnie przeszedł do dowodów ukrywania dochodów.

Wyciągi.

Zdjęcia z mediów społecznościowych.

Kopie ogłoszeń o sprzedaży samochodu powiązane z kontem nowej żony pozwanego.

Dowody zagranicznych wyjazdów.

Sędzia marszczyła brwi, studiując dokumenty.

Potem podniósł się Wadim.

Jego adwokat, młody i wyraźnie niedoświadczony chłopak, próbował naciskać na to, że dochody pozwanego nie są potwierdzone, że samochód kupiono za pieniądze rodziców Krystyny, a wyjazd był prezentem od przyjaciółki.

Ale każdy jego argument rozbijał się o kolejne pytania.

Sędzia zapytała:

— Proszę dokumentalnie potwierdzić źródło środków na zakup samochodu.

Jest umowa darowizny?

Pokwitowania?

Adwokat Wadima się zmieszał.

Pokwitowań nie było.

— Informacje o dochodach pozwanego, — kontynuowała sędzia, kartkując papiery, — wskazują, że oficjalne wynagrodzenie jest prawie cztery razy niższe od jego miesięcznych wydatków.

Jak to państwo wyjaśnią?

— Pozwany korzysta z oszczędności. — Głos adwokata brzmiał niepewnie.

— Z oszczędności, których nie wykazano na żadnym koncie, — sparował Arkadij Wiktorowicz.

— Wnoszę o dołączenie do akt zaświadczenia z banku o braku depozytów.

Sędzia skinęła głową.

Ostatnią kroplą było wystąpienie Antoniny Pietrowny.

Poprosiła o głos, a sędzia po chwili wahania pozwoliła.

— Wysoki Sądzie, — zaczęła teściowa słodkim, miodowym głosem, — ta kobieta zgubiła mojego syna.

Zawsze była chciwa i mściwa.

Potrzebne są jej tylko pieniądze.

Ona nawet nie pozwala mu widywać dziecka!

A chłopiec po prostu chce zbudować nowe życie.

Jest młody, przystojny.

Potrzebuje wolności.

A ta, — machnęła ręką w stronę Nadi, — wyciąga z niego żyły.

Proszę, wejdźcie państwo w jego położenie.

Sędzia zdjęła okulary i spojrzała na Antoninę Pietrownę długim, ciężkim wzrokiem.

— Szanowna pani, czy pani skończyła?

Sąd rozpatruje sprawę dotyczącą uchylania się od płacenia alimentów.

Pani opinia o cechach osobistych powódki nie ma związku z przedmiotem postępowania.

Proszę usiąść.

Antonina Pietrowna zrobiła się purpurowa, chciała coś odpowiedzieć, ale jej adwokat szepnął jej coś do ucha i, zaciskając usta, opadła na ławę.

Krystyna siedziała blada i zła.

Wyraźnie nie spodziewała się takiego obrotu spraw.

Sędzia ogłosiła krótką przerwę, a następnie odczytała wyrok.

— Żądania pozwu uwzględnić częściowo.

Zasądzić od pozwanego zaległość alimentacyjną w pełnej wysokości, a także karę za każdy dzień zwłoki.

Łączna kwota do zapłaty wynosi czterysta osiemdziesiąt siedem tysięcy rubli.

Ponadto sąd zobowiązuje pozwanego do przedstawienia rzetelnych informacji o swoich dochodach i kieruje materiały sprawy do urzędu skarbowego w celu sprawdzenia faktów ukrywania dochodów.

Wadimowi opadła szczęka.

Stał, nie wierząc własnym uszom.

Krystyna złapała go za rękaw i syknęła:

— Jakie czterysta osiemdziesiąt tysięcy?

Mówiłeś, że wszystko załatwimy.

Mówiłeś, że ona się nie odważy!

Antonina Pietrowna pobladła jak płótno.

Patrzyła na Nadię z taką nienawiścią, że zdawało się, iż powietrze w sali rozgrzało się do czerwoności.

Nadia w milczeniu zebrała papiery, podziękowała adwokatowi i wyszła na korytarz.

Nie obejrzała się.

Wiedziała, że to jeszcze nie koniec.

Prawdziwa burza dopiero się zaczynała.

Burza rozpętała się tego samego wieczoru, ale nie u Nadi, lecz w zupełnie innym miejscu.

Krystyna wróciła do domu pierwsza.

Rzuciła klucze na szafkę i, nie zdejmując płaszcza, przeszła do salonu.

W środku kipiała z wściekłości.

Czterysta osiemdziesiąt siedem tysięcy.

Plus kontrola skarbowa.

Plus wstyd w sądzie.

I po co?

Po to, żeby siedzieć w dusznej sali i słuchać, jak jego mamusia plecie brednie o chciwej byłej żonie?

Po pół godzinie do mieszkania weszli Wadim i Antonina Pietrowna.

Matka trzymała syna pod rękę i mówiła podnieconym tonem:

— Złożymy apelację.

To niezgodne z prawem.

Zadzwonię do Siemiona Arkadijewicza, to stary prawnik, pomoże.

Nie martw się, mój chłopcze.

Załatwimy ich.

Ta żmija jeszcze pożałuje.

Krystyna stała w drzwiach salonu ze skrzyżowanymi na piersi rękami.

Jej twarz nie wyrażała już oddania ani miłości.

Tylko zimne rozdrażnienie.

— Dość, — powiedziała ostro.

Antonina Pietrowna urwała.

— Co znaczy „dość”? — zapytała, ściszając głos.

— Dość już tych rozmów o żmijach i apelacjach.

Pani syn jest winien prawie pół miliona.

Rozumiecie, jaka to kwota?

Ja nie mam takich pieniędzy.

My nie mamy takich pieniędzy.

Słyszeliście w sądzie, co powiedziała sędzia?

Kontrola skarbowa.

Jeśli znajdą, skąd wzięły się środki na mój samochód i wyjazd, będę miała duże problemy.

Jeszcze mi grzywien brakowało.

— Dziecinko, — zaśpiewała Antonina Pietrowna, próbując przejąć kontrolę nad sytuacją, — nie trzeba się tak denerwować.

Wszystko załatwimy.

Sprzedamy samochód, pożyczymy od znajomych.

Ale najważniejsze to nie pozwolić tej kanalii wygrać.

Przecież kochasz Wadika?

Krystyna zmrużyła oczy.

W jej spojrzeniu błysnęło coś twardego.

— Kocham?

Ja kocham spokojne życie.

A pani syn zaciągnął mnie do sądu i zrobił ze mnie kompletną idiotkę.

Obiecywaliście mi, że nie będzie problemów z byłą żoną.

Że to cicha szara mysz, która nie powie słowa sprzeciwu.

I gdzie teraz ta mysz?

Starła nas na proch.

A wy stoicie i opowiadacie mi o jakiejś apelacji.

Wadim, który do tej pory milczał, zrobił krok do przodu.

— Krystyno, posłuchaj…

— Nie, to ty posłuchaj. — Wbiła palec w jego pierś.

— Obiecałeś mi normalne życie.

A w rezultacie jesteś winien pieniądze byłej żonie, twoja matka wtrąca się w nasze sprawy, a teraz jeszcze urząd skarbowy będzie grzebał w moich dochodach.

Nie potrzebuję tego.

Mam własną głowę na karku.

I wiesz co?

Nie zamierzam spłacać twoich długów.

To twoje problemy.

Ty je stworzyłeś, ty je rozwiązuj.

— Ale jesteśmy rodziną, — zagubiony Wadim wymamrotał.

— Rodziną? — Krystyna gorzko się roześmiała.

— Jaką rodziną?

Nawet nie potrafisz zarobić tyle, żeby twoja własna córka nie liczyła groszy.

Myślisz, że chcę takiego męża?

Antonina Pietrowna wysunęła się zza pleców syna, a jej twarz pokryła się czerwonymi plamami.

— Ach ty niewdzięczna dziewucho!

My z Wadikiem tyle dla ciebie zrobiliśmy!

Opłaciliśmy mieszkanie, podarowaliśmy samochód, te durne kurorty!

A ty teraz kręcisz nosem?

Myślisz, że znajdziesz kogoś lepszego?

Komu ty jesteś potrzebna z takim charakterem?

— Opłaciliście mieszkanie? — Krystyna już się nie hamowała.

— Przez pół roku jęczeliście, że nie ma pieniędzy.

Samochód wzięliśmy na kredyt.

A kredyt, nawiasem mówiąc, jest na mnie.

Wyjazd zorganizowałam sobie sama.

Pani syn tylko obiecał oddać połowę i nie oddał.

Więc niczego mi nie podarowaliście.

Za to problemów podarowaliście mi ponad głowę.

Odwróciła się gwałtownie, podeszła do szafy i wyciągnęła torbę podróżną.

— Koniec.

Rozmowa skończona.

Wadim, do jutra wieczorem ma cię tutaj nie być.

Rzeczy spakuję i wystawię na korytarz.

Mieszkanie jest wynajmowane, umowa jest na mnie.

Nie mam już z czego płacić czynszu.

Możesz wracać do mamusi.

A ja pojadę do rodziców.

— Krystyno, nie wygłupiaj się, — Wadim pobladł.

— Przecież się kochamy.

Usiądźmy spokojnie i porozmawiajmy.

— Nie ma o czym rozmawiać.

Jesteś bankrutem.

Masz długi i sprawy sądowe.

Twoja matka to szalona starucha, która uważa wszystkich dookoła za winnych.

A ja chcę żyć spokojnie.

Bez histerii i kontroli.

Wynoś się.

Antonina Pietrowna chwyciła się za serce i runęła w fotel, ale jej teatralny gest nikogo nie wzruszył.

Krystyna w milczeniu wyszła do sypialni i zamknęła drzwi na klucz.

Wadim został na środku salonu.

Patrzył na zamknięte drzwi i nie mógł uwierzyć, że wszystko wali się tak szybko i tak nieodwracalnie.

Antonina Pietrowna cicho zawodziła w fotelu, lamentując nad niesprawiedliwością świata i czarną niewdzięcznością młodzieży.

Jej syn powoli opadł na kanapę i objął głowę rękami.

W mieszkaniu zawisła dźwięcząca cisza.

Taka sama jak wtedy w sądzie, gdy sędzia odczytywała wyrok.

Tej samej nocy Krystyna, leżąc w sypialni, zadzwoniła do matki.

Rozmowa była krótka, ale treściwa.

— Mamo, przyjedź jutro rano.

Pomożesz mi spakować rzeczy.

— A co się stało?

— Odchodzę od Wadima.

Okazał się wydmuszką.

Długi, alimenty, urząd skarbowy.

Nie potrzebuję tego.

— A mieszkanie?

Przecież wynajmowaliście.

— Umowa jest na mnie.

Uprzedziłam właścicielkę.

Jutro się wyprowadzam.

Wadima wyrzucam.

Niech leci do mamusi.

Ona jest u niego najmądrzejsza, to niech teraz go utrzymuje.

— A samochód?

— Samochód jest na mnie.

Kredyt też jest na mnie.

Ale go sprzedam.

I w ogóle, mamo, wiesz co?

Specjalnie wszystko zapisywałam na siebie.

Przecież ty mnie tego uczyłaś.

Wadim to taki gamoń, że nawet nie czytał, co podpisuje.

Więc ja nic nie tracę.

— Mądra dziewczyna.

Słusznie.

Nie można przepaść przez cudzą głupotę.

Przyjeżdżaj.

Ojciec się ucieszy.

Następnego dnia Wadim wrócił z pracy wcześniej niż zwykle i znalazł swoje rzeczy starannie złożone w dwóch dużych torbach na korytarzu.

Kluczy od mieszkania nie było w kieszeni.

Krystyna zabrała je jeszcze rano.

Drzwi do sypialni były szeroko otwarte.

Puste wieszaki smętnie kołysały się w szafie.

Zadzwonił do Krystyny.

Odrzuciła połączenie.

Zadzwonił ponownie.

Cisza.

Wtedy wybrał numer matki.

— Mamo, ona mnie wyrzuciła.

Antonina Pietrowna, zapomniawszy o wczorajszym ataku serca, zaczęła wyzywać Krystynę najgorszymi słowami, a potem oświadczyła:

— Widzisz?

Mówiłam ci.

Wszystkie baby są takie same.

Poza matką.

Przyjeżdżaj.

Twój pokój stoi tak, jak stał.

Przekimasz się na razie.

A potem coś wymyślimy.

Ja jeszcze tym ladacznicom pokażę.

I Nadce, i tej twojej Krystynie.

Jeszcze u mnie zatańczą.

Wadim odłożył telefon, chwycił torby i wyszedł na klatkę schodową.

Drzwi zatrzasnęły się za nim głuchym metalicznym szczękiem.

Stał w półmroku klatki i czuł, jak ziemia usuwa mu się spod nóg.

Życie, które jeszcze wczoraj wydawało się jasne i obiecujące, teraz skurczyło się do dwóch zakurzonych toreb w obskurnym korytarzu.

Minęło pół roku.

Nadia stała przy oknie w swojej kuchni i patrzyła na podwórko.

Wiosna wchodziła w swoje prawa nieśmiało, ale uparcie.

Śnieg stopniał, odsłaniając zeszłoroczną szarą trawę, ale gdzieniegdzie przebijały się już pierwsze mlecze.

Słońce świeciło jasno i ciepło.

Alisa biegała po podwórku z koleżankami, dźwięcznie się śmiejąc i wymachując skakankami.

Pieniądze od Wadima wpłynęły dwa miesiące po sądzie.

Najpierw na konto spadła pierwsza część, potem druga.

Skąd je wziął, Nadia nie wiedziała i nie chciała wiedzieć.

Sprzedał coś, pożyczył od znajomych, wziął kredyt w banku na lichwiarski procent — to już jej nie dotyczyło.

Adwokat zrobił swoje.

Komornicy zadziałali sprawnie.

Alimenty za następny miesiąc przyszły co do dnia, jak w zegarku.

Więcej opóźnień nie było.

Antonina Pietrowna zniknęła z horyzontu.

Tylko raz Nadia przypadkiem zobaczyła ją w centrum handlowym.

Teściowa stała przy bankomacie, nerwowo wciskała przyciski i zaciekle potrząsała torebką.

Wyglądała na postarzałą i jakąś podniszczoną.

Albo farba na włosach wyblakła, albo zmarszczki stały się bardziej widoczne.

Podniosła głowę, spotkała wzrok Nadi i natychmiast odwróciła się, udając, że jej nie poznała.

Nadia nie podeszła.

Po prostu przeszła obok, lekko pchając przed sobą wózek z zakupami.

Wieczorem tego samego dnia zadzwoniła Weronika.

— Wyobraź sobie, słyszałaś nowinę?

— Nie.

Jaką nowinę?

— Spotkałam w sądzie naszą wspólną znajomą, sekretarkę z kancelarii.

Opowiedziała, że kontrola skarbowa u Krystyny zakończyła się dużą grzywną i domiarem podatku.

Przypisali jej wszystko: i niepłacenie podatków od dochodu, i jakieś naruszenia w deklaracjach.

W końcu jej rodzice musieli sprzedać daczę, żeby spłacić długi.

Tak to wygląda.

Nie zawsze jest karnawał.

— Prawie mi jej żal, — cicho powiedziała Nadia.

— A niesłusznie.

Wiedziała, na co idzie.

Wiedziała, że facet ma dziecko, że nie płaci alimentów, a mimo to woziła go po kurortach i żądała futer.

Niech więc teraz zbiera owoce.

Sprawiedliwość istnieje.

Nadia pożegnała się i odłożyła telefon.

Nalała sobie herbaty, usiadła przy stole i bezmyślnie przekartkowała wczorajszą gazetę.

W kuchni było cicho.

Za oknem zapadał zmierzch.

Rozległ się dzwonek do drzwi.

Nadia drgnęła.

Od pewnego czasu wieczorny dzwonek do drzwi wywoływał w niej trwałe uczucie niepokoju.

Podeszła do wizjera i zamarła.

Na progu stał Wadim.

Był sam.

Bez matki.

Bez Krystyny.

Po prostu mężczyzna w pogniecionej kurtce, z zapadłą twarzą i trzydniowym zarostem.

W rękach trzymał jakąś papierową torbę.

Wyglądał na winnego i jednocześnie proszącego.

Nadia otworzyła drzwi, ale nie cofnęła się w głąb przedpokoju.

Stanęła w przejściu, zasłaniając wejście.

— Cześć, — powiedział Wadim cicho.

— Mogę wejść?

— Po co?

— Porozmawiać.

Przyniosłem Alisie prezent.

Niewielki.

Bardzo chcę ją zobaczyć.

Proszę.

— Alisa już śpi, — skłamała Nadia.

— Co chciałeś powiedzieć?

Wadim zamieszał się, przełożył torbę z jednej ręki do drugiej.

— Nadia, chcę wrócić.

Wszystko zrozumiałem.

Byłem głupcem.

Mama mnie omotała, Krystyna mnie wykorzystała.

Straciłem głowę.

Ale teraz zrozumiałem.

Ty jesteś jedyną osobą, która naprawdę mnie kochała.

Spróbujmy jeszcze raz.

Przecież mamy córkę.

Przecież jesteśmy rodziną.

Naprawię się.

Słowo honoru.

Będę pracował, będę pomagał.

Tylko daj mi szansę.

Nadia słuchała go, nie przerywając.

Patrzyła na człowieka, którego kiedyś kochała aż do drżenia, i nie czuła nic.

Tylko zmęczenie.

I lekkie obrzydzenie.

— Wadim, spóźniłeś się, — powiedziała cicho, ale stanowczo.

— Pociąg odjechał.

Dokonałeś wyboru wtedy, półtora roku temu.

Nie jestem twoim pasem awaryjnym.

Nie jestem lotniskiem, na które wraca się, kiedy połamie się skrzydła.

Odejdź.

Prezent zostaw, przekażę Alisie od ciebie.

Ale sam więcej tutaj nie przychodź.

Wzięła torbę z jego osłabionych palców, zrobiła krok w tył i zamknęła drzwi.

Za drzwiami rozległ się ciężki oddech.

Potem kroki.

Potem cisza.

Nadia wróciła do kuchni, postawiła torbę na parapecie i znów wzięła do rąk filiżankę z herbatą.

Herbata prawie wystygła.

Upiła łyk i pomyślała, że jutro trzeba będzie opłacić rachunki, zapisać córkę na tańce, kupić nowe buty na wiosnę.

Spraw było dużo.

Życie toczyło się dalej.

A dwa kwartały od jej domu, w małym oddziale banku, w tym samym czasie stała Antonina Pietrowna.

Nerwowo miętosiła w rękach pokwitowanie.

Za szybą siedziała młoda kasjerka i cierpliwie czekała, aż starsza kobieta przeliczy pogniecione banknoty.

— Brakuje jeszcze czterystu trzydziestu dwóch rubli, — powtórzyła kasjerka.

— To kolejna rata kredytu pani syna.

Będzie pani wpłacać gotówką czy kartą?

— Gotówką, — burknęła Antonina Pietrowna i zaczęła grzebać w portfelu.

Wyjęła ostatnie pieniądze, położyła je w podajniku i wymamrotała pod nosem, ale dość głośno, by ją usłyszano:

— Niedługo emerytura.

Doczekaliśmy się.

Syn po uszy w długach, była synowa żmija spod kamienia, ta latawica Krystyna w ogóle okazała się oszustką.

Teraz ja jedna muszę wszystko odkręcać.

A dlaczego?

Bo dobrzy ludzie nie potrafią nic doradzić.

Wszędzie tylko złość.

Kasjerka, przyjmując banknoty, nie powstrzymała się i cicho, prawie do siebie, powiedziała:

— Nic nie szkodzi.

Może następnym razem pomyśli, zanim odejdzie od rodziny.

Antonina Pietrowna podniosła głowę, gotowa wybuchnąć gniewną tyradą, ale kasjerka już odwróciła się do monitora i zaczęła stukać w klawisze.

Kolejka za plecami teściowej głucho zaszemrała.

Kobieta chwyciła torebkę i, purpurowa z oburzenia, ruszyła do wyjścia.

Drzwi banku zatrzasnęły się za nią, odcinając ją od ciepła i światła.

Na ulicy znów zaczynał padać deszcz.