— Twoja siostra znowu nagadała ci, że byłam dla niej niegrzeczna, i ty przybiegłeś urządzać mi przesłuchanie? — Wierzysz jej krokodylim łzom bardziej niż mnie?

— Specjalnie czekałaś, aż wyjadę na stację benzynową, żeby do niej zadzwonić i wylać

na nią kubeł pomyj?

Walery nie wszedł do kuchni, lecz wkręcił się w próg drzwi jak korkociąg w starą,

wyschniętą korkową zatyczkę.

Jego twarz, zazwyczaj spokojna, a nawet flegmatyczna, teraz pokryła się czerwonymi

plamami, a w kąciku ust zebrała się ślina, co zawsze było pewnym znakiem jego skrajnego pobudzenia.

Larisa nie drgnęła.

Metodycznie opuszczała ciężki nóż kuchenny na drewnianą deskę, zamieniając kawałek

wołowej polędwicy w równe kostki na gulasz.

Uderzenie.

Zgrzyt metalu o drewno.

Uderzenie.

Dźwięk był głuchy, wilgotny i rytmiczny.

— Pytam cię, Lariso, — Walery zrobił krok w stronę stołu, nachylając się nad nią.

— Sprawia ci przyjemność doprowadzanie człowieka do zawału?

Inga ledwo mówi, dusi się do słuchawki.

— Jeśli się dusi, powinna wezwać pogotowie, a nie skarżyć się tobie, — spokojnym

tonem odpowiedziała Larisa, nie podnosząc wzroku znad mięsa.

— Odsuń się, Walera.

Mam w rękach ostry przedmiot, a ty machasz rękami.

— Nie zmieniaj tematu!

Uderzył dłonią w blat tak, że słoik z solą podskoczył.

— Zadzwoniła do mnie minutę temu.

Powiedziała, że ty do niej zadzwoniłaś i oznajmiłaś, że jest… cytuję: „nikomu

niepotrzebną pasożytnicą, która wysysa z brata wszystkie siły”.

Powiedziałaś to?

Larisa w końcu odłożyła nóż.

Powoli wytarła ręce papierowym ręcznikiem, zgniatając go w gęstą kulę nasiąkniętą sokiem z mięsa.

Potem podniosła wzrok na męża.

W jej oczach nie było strachu ani usprawiedliwienia, tylko zmęczona, chłodna odraza,

z jaką patrzy się na nabrojonnego kota, który zniszczył drogie buty.

— Walera, włącz logikę, jeśli jeszcze ją masz, — powiedziała cicho.

— Wyjechałeś dwadzieścia minut temu.

— Ja przez cały ten czas stoję tutaj.

— Mięso samo się nie pokroi.

— Mój telefon leży w salonie na ładowarce, na stoliku kawowym.

— Mijałeś go, kiedy leciałeś tu urządzać awanturę.

— Jak mogłam zadzwonić do twojej siostry, krojąc wołowinę w innym pokoju?

Siłą myśli?

Walery na chwilę zamarł.

Jego spojrzenie uciekło w stronę korytarza, ale zaraz wróciło do żony.

Przyznać się do błędu oznaczałoby oddać pozycję, a w ich rodzinie nie było to przyjęte.

Wykrzywił usta w niedowierzającym uśmiechu.

— Mogłaś go wziąć, zadzwonić, nagadać bzdur i odłożyć z powrotem.

— Albo masz zestaw słuchawkowy.

— Nie rób ze mnie idioty, Lariso.

— Inga nie kłamie.

Po co miałaby to robić?

— Rzeczywiście, po co? — Larisa rzuciła brudny ręcznik do kosza.

— Może dlatego, że ma za dużo wolnego czasu i za mało własnego życia?

— Albo dlatego, że za każdym razem, gdy planujemy wakacje, nagle przeżywa kryzys,

który wymaga twojej uwagi i naszych pieniędzy?

— Wczoraj omawialiśmy rezerwację hotelu, Walera.

— I o cudzie, dziś nagle staję się chamką, która obraża jej godność.

— Znowu o pieniądzach, — syknął Walery.

— Jesteś wyrachowaną, zimną kobietą.

— Człowiek płacze!

— Boli ją!

— A ty stoisz tu i mówisz o alibi i telefonach.

Wyciągnął z kieszeni dżinsów swój smartfon i potrząsnął nim przed twarzą żony jak

sędzia niepodważalnym dowodem.

— Wysłała mi nagranie głosowe.

— Właśnie teraz.

— Chcę, żebyś tego posłuchała.

— Żebyś usłyszała, do czego doprowadziłaś moją siostrę swoim wyniosłym zachowaniem.

Larisa westchnęła i skrzyżowała ręce na piersi, opierając biodro o blat kuchenny.

Zapach surowego mięsa i cebuli mieszał się z ostrym aromatem taniej wody kolońskiej

męża, tworząc duszną, mdłą mieszankę.

— Nie chcę słuchać jej spektakli, Walera.

— Nie, posłuchasz, — wskazał palcem na ekran.

— Posłuchasz i powiesz mi prosto w oczy, że ona wszystko wymyśliła.

— Już ci to powiedziałam.

— Ale ciebie nie interesują fakty.

— Potrzebujesz tylko pretekstu.

— Przyszedłeś tu nie wyjaśniać, tylko karać.

— Spójrz na siebie.

— Nawet nie sprawdziłeś mojego telefonu.

— Nawet nie spojrzałeś na historię połączeń.

— Wystarczy ci, że Inga jęczy do słuchawki.

— Bo znam ją trzydzieści pięć lat! — ryknął Walery.

— Ona muchy nie skrzywdzi.

— Jest dobra, wrażliwa.

— A ty…

— Ty zawsze patrzysz na nas jak na brud pod nogami.

— Myślisz, że nie widzę?

— Ten twój wzrok, te zaciśnięte usta.

— Oczywiście, że mogłaś ją obrazić.

— To w twoim stylu — uderzyć i udawać świętą.

Larisa milczała, patrząc na człowieka, z którym dzieliła życie.

Jego twarz wykrzywiała się w grymasie świętego oburzenia, ale za tym kryło się coś innego.

Słabość.

Chorobliwa zależność od opinii starszej siostry.

Nie był mężem broniącym rodziny.

Był psem spuszczonym ze smyczy na komendę.

— Sprawdź, — powiedziała krótko, kiwając głową w stronę salonu.

— Idź i zobacz połączenia wychodzące.

— Jeśli jest tam telefon do Ingi z ostatniej godziny, spakuję się i wyjdę sama.

— Teraz.

Walery się zawahał.

Pewność żony wytrącała go z równowagi, ale trucizna wlana przez siostrę działała bezbłędnie.

— Mogłaś usunąć połączenie, — mruknął już słabiej.

— Jesteś sprytna, Lara.

— Zawsze wszystko kalkulujesz.

— Ale emocji nie da się podrobić.

Znów uniósł telefon, palec zawisł nad przyciskiem odtwarzania.

— No dawaj, — uśmiechnęła się Larisa, a ten uśmiech był ostrzejszy niż nóż na stole.

— Włącz.

— Posłuchajmy, jaką rolę wybrała dziś Inga.

— Ofiary czy niewinnej obrażonej.

— Zamknij się, — syknął Walery i nacisnął „play”.

Kuchnię wypełnił szum głośnika.

Zapowiadał kolejną porcję kłamstw opakowanych w rodzinne uczucia.

Larisa wiedziała, że zaczyna się najbrudniejsze.

I tym razem nie zamierzała milczeć.

Z głośnika telefonu, dławiąc się i szlochając, popłynął głos Ingi.

To było prawdziwe przedstawienie audio, godne prowincjonalnego teatru dramatycznego.

— Walery… nie wiem, za co ona mnie tak nienawidzi…

— Ja tylko zapytałam… chciałam wiedzieć, co u was…

— A ona…

— Powiedziała, że jestem nikim.

— Że pasożytuję na waszej rodzinie.

— Że ty… że jesteś pantoflarzem, który bez niej kroku nie zrobi.

— Walera, mam ciśnienie sto osiemdziesiąt…

— Tak mnie boli… braciszku…

— Dlaczego ona tak ze mną?

— Przecież ja do niej z całego serca…

Walery słuchał z zamkniętymi oczami.

Na jego twarzy malował się ból męczennika.

Kiwnął głową przy każdym słowie, jakby to był święty tekst.

Kiedy nagranie zakończyło się przeciągłym szlochem i ciszą, wyłączył telefon.

Spojrzał na żonę z triumfem.

— No i?

— Co teraz powiesz?

— Powiesz, że to halucynacja?

— A może sztuczna inteligencja wygenerowała jej głos?

— Słyszysz, w jakim ona jest stanie?

— Człowiek na granicy udaru!

Larisa stała nieruchomo, oparta o blat.

Jej twarz była spokojna, ale w środku zaczynał narastać zimny gniew.

Nie ten gorący, który każe krzyczeć.

Lecz lodowaty, wyrachowany.

— Powiem ci trzy rzeczy, Walera, — powiedziała twardo.

— I jeśli mi przerwiesz, po prostu wyjdę.

— Po pierwsze.

— W nagraniu Inga mówi, że tylko zapytała, co u nas.

— Ale przed chwilą powiedziałeś, że to ona do mnie dzwoniła.

— Jeśli ona dzwoniła, to ja powinnam mieć połączenie przychodzące.

— A jeśli ja dzwoniłam, to po co miałabym dzwonić, żeby tylko „odpowiedzieć”?

— Widzisz sprzeczność?

— Czepiasz się słów! — wybuchł Walery.

Larisa uniosła rękę.

— Po drugie.

— W tle słychać telewizor.

— Lecą wiadomości.

— Zaczynają się o dziewiętnastej.

— Teraz jest dziewiętnaście zero pięć.

— Wszedłeś do domu o dziewiętnastej.

— Czyli nagranie powstało dokładnie wtedy, gdy parkowałeś.

— Ona to zaplanowała.

— Czekała na moment.

— Jesteś zimną, wyrachowaną… — wyszeptał Walery.

— Człowiek cierpi, a ty analizujesz dźwięki.

— Nie jesteś kobietą.

— Jesteś robotem.

— Zamiast serca masz kalkulator.

— Po trzecie, — kontynuowała Larisa, ignorując obelgę.

— Słowa „pasożytka” i „nikim”.

— Walera, przypomnij sobie zeszłego Sylwestra.

— Kto krzyczał te słowa?

— Kto nazywał mnie pasożytką w twoim mieszkaniu, choć remont był za moje pieniądze?

— To słownictwo twojej siostry.

— Ja tak nie mówię.

— Ona wkłada swoje słowa w moje usta.

— A ty to łykasz bez zastanowienia.

— Dość! — wrzasnął Walery tak, że zadrżały szafki.

— Dość! — wrzasnął Walery.

— Przestań udawać Sherlocka Holmesa!

— Mam gdzieś twoje logiczne wywody!

— Mam gdzieś, o której były wiadomości!

— Liczy się to, że mojej siostrze jest źle!

— Liczy się to, że tworzysz taką atmosferę, że musi się bronić!

Zaczął chodzić po kuchni jak zwierzę w klatce.

— Myślisz, że nie rozumiem, co robisz?

— Próbujesz zrobić z niej wariatkę.

— Chcesz mnie odciąć od rodziny.

— To klasyczny manipulacyjny schemat!

— Wmawiasz mi, że czarne jest białe!

— Ale ja znam Ingę.

— Ona jest święta.

— Wychowała mnie, kiedy matka zmarła.

— A ty…

— Kim ty jesteś?

— Jesteś tylko żoną.

— Żon może być wiele, a siostra jest jedna.

Larisa gorzko się uśmiechnęła.

To był moment prawdy.

— „Tylko żoną”, — powtórzyła powoli.

— Ciekawe.

— Kiedy potrzebowałeś pieniędzy, byłam wsparciem.

— Kiedy byłeś chory, byłam opieką.

— A teraz jestem „tylko żoną”?

— Nie wypominaj mi tego! — krzyknął Walery.

— To był twój obowiązek!

— A twoim obowiązkiem jest mieć własny rozum, — odpowiedziała Larisa.

— Przypomnij sobie ostatni miesiąc.

— Urodziny twojego siostrzeńca.

— Inga zrobiła scenę o prezent.

— A potem to ja przepraszałam.

— Bo byłaś niemiła! — rzucił.

— Zawsze jesteś niezadowolona!

— Zatruwasz wszystko swoją obecnością!

— Ona jest wrażliwa!

— Ona wysysa energię, — powiedziała Larisa twardo.

— Jest energetycznym wampirem.

— A ty jesteś jej głównym dawcą.

Walery nagle się zatrzymał.

Oddychał ciężko.

Tracił kontrolę.

— Dość, — powiedział cicho.

— Nie chcę wyjaśnień.

— Chcę spokoju w rodzinie.

— Spokoju? — zapytała Larisa.

— Czyli mam się podporządkować?

— Weź telefon.

— Zadzwoń do niej.

— Przeproś.

— Teraz.

— Inaczej…

— Inaczej co? — zapytała spokojnie.

Powietrze zgęstniało.

— Inaczej, — powiedział Walery powoli, — będziemy musieli wszystko przemyśleć.

— Nie mogę żyć z wrogiem.

— Wybieraj.

Larisa długo patrzyła na niego.

— Naprawdę nie rozumiesz, dlaczego ona to robi?

— Co? — zapytał nerwowo.

— Jest samotna, Walera.

— Nie ma życia.

— Ty jesteś dla niej wszystkim.

— Traktuje cię jak własność.

— Ja jestem rywalką.

— Przestań! — krzyknął.

— To chore!

— To prawda, — powiedziała Larisa.

— Ona cię kontroluje.

— Potrzebuje cię słabego.

— To bzdury!

— To ty jesteś problemem!

— Ty jesteś pusta, — syknął.

— Dlatego nie mamy dzieci.

Zapadła cisza.

Ciężka.

Larisa nie odpowiedziała od razu.

Coś w niej pękło.

— Rozumiem, — powiedziała spokojnie.

— Teraz wszystko jest jasne.

Walery poczuł się zwycięzcą.

— Inga miała rację, — dodał.

— Nie jesteś dla mnie.

— Jesteś egoistką.

Rzucił telefon na stół.

— Dzwoń.

— Przeproś.

Larisa spojrzała na niego.

W jej oczach nie było nic.

— Masz rację, — powiedziała cicho.

— Tak dalej się nie da żyć.

Minęła go.

Poszła do drzwi.

— Dokąd idziesz?! — krzyknął.

— Nigdzie nie pójdziesz!

Ale ona się nie zatrzymała.

Założyła płaszcz.

Wzięła torebkę.

— Jeśli wyjdziesz, nie wrócisz! — wrzasnął.

— Zmienię zamki!

Larisa spojrzała na niego chłodno.

— Rób, co chcesz.

— Nie potrzebuję od ciebie niczego.

— Ani domu.

— Ani ciebie.

— Odsuń się.

Walery się cofnął.

Droga była wolna.

Drzwi się otworzyły.

Wpadło zimne powietrze.

Larisa wyszła.

Drzwi się zamknęły.

Cisza.

Walery został sam.

Telefon zadzwonił.

To była Inga.

— No i? — zapytała wesoło.

— Przeprosiła?

Walery usiadł na podłodze.

— Odeszła, — wyszeptał.

— Na zawsze.

Cisza.

— Co?! — krzyknęła Inga.

— Sprowadź ją z powrotem!

Ale on nie odpowiedział.

Siedział tam.

Sam.

Z jej głosem.

Na zawsze.