Wnuka nie dają.

— Mamo, ja już po prostu nie mogę, rozumiesz?

— Lida przycisnęła telefon ramieniem do ucha,

jednocześnie próbując przełożyć śpiącego syna do łóżeczka.

— On nie śpi trzecią noc.

Kręci mi się w głowie tak, że boję się go upuścić.

Proszę, przyjedź chociaż na parę godzin, ja po prostu się prześpię.

— Lida, nie zaczynaj, — warknęła matka.

— Nie jesteś pierwsza, która urodziła, i nie ostatnia.

U wszystkich dzieci nie śpią.

My swoje w ogóle bez pieluch i pralek wychowaliśmy i jakoś przeżyliśmy.

— Co mają do tego pieluchy, mamo?

Ja po prostu proszę o pomoc.

Jesteś przecież na emeryturze, masz mnóstwo czasu.

— Ja mam czas na zasłużony odpoczynek, córko.

My z ojcem swoje odpracowaliśmy.

Nikt nam nie pomagał, babcie tylko w święta zaglądały.

Sami urodziliście — sami się zajmujcie.

To wasz wybór, wasza odpowiedzialność.

Połóż go do łóżeczka i sama się połóż, żadna filozofia.

To wszystko, zaczyna mi się serial, jutro się zdzwonimy.

W słuchawce rozległy się krótkie sygnały.

Lida i Pasza spotykali się przez dwa lata, potem skromnie wzięli ślub, nie chcąc wydawać pieniędzy na huczne wesele, i wynajęli małe jednopokojowe mieszkanie na obrzeżach.

Zaszła w ciążę niemal od razu po ślubie.

— Słuchaj, jak myślisz, ucieszą się? — pytała Lida, głaszcząc jeszcze płaski brzuch.

— W końcu to pierwsze wnuki z obu stron.

U mojej mamy jestem jedyna, a u twoich ty też jesteś jedynakiem.

Pasza uśmiechnął się i objął ją:

— Oczywiście, że się ucieszą, Lid.

Chodź, zjemy kolację, jutro im powiemy.

Następnego ranka pojechali uszczęśliwić rodzinę.

Najpierw pojechali do rodziców Lidy.

— Mamo, tato, mamy wiadomość, — Lida promieniała.

— Wkrótce będziecie mieli wnuka.

Albo wnuczkę.

Matka wzruszyła ramionami.

— No cóż, taka kolej rzeczy.

I tak kiedyś musiało się to stać.

Najważniejsze, Lida, żebyś dostała normalny zasiłek macierzyński.

Będziesz pracować do końca, prawda?

— Chyba… — Lida nawet się trochę zmieszała.

— A wy… nie cieszycie się?

— Dlaczego nie?

Cieszymy się, — burknął ojciec, nie odrywając się od telewizora.

— Po prostu teraz są ciężkie czasy.

Stoicie już na własnych nogach?

Mieszkanie wynajmowane, samochód na kredyt…

No, ale dobrze.

Będzie dziecko — będzie i jedzenie.

Reakcja rodziców Paszy była prawie taka sama.

Jego matka, Anna Pietrowna, jeszcze uważnie obejrzała Lidę.

— Ciąża to nie choroba, — oznajmiła.

— Najważniejsze, żebyś nie rozpieszczała dziecka, bo Paszka u nas w dzieciństwie ciągle siedział na głowie.

A tak — oczywiście gratuluję.

Będziemy czekać.Lida wtedy zrzuciła to na wiek i „starą szkołę”.

No cóż, ludzie nie zawsze potrafią skakać z radości, tak bywa.

Najważniejsze, że nie są przeciw, prawda?

Przygotowania do narodzin dziecka szły pełną parą.

Pasza brał każdą dorywczą pracę, wracał do domu czarny ze zmęczenia, ale za każdym razem przynosił to paczkę pieluch, to nowe body.

Rodzice też postanowili się zaangażować.

— Naradziliśmy się z ojcem, — powiedziała mama Lidy przez telefon.

— Kupimy wam łóżeczko.

Najprostsze, drewniane.

Zbytki nie są potrzebne, i tak za dwa lata z niego wyrośnie.

— Dziękuję, mamo! — Lida szczerze się ucieszyła.

Tydzień później zadzwoniła teściowa:

— Lida, byłam w sklepie, kupiłam wam prezent.

Wpadnijcie i odbierzcie.

Kiedy razem z Paszą przyjechali do Anny Pietrownej, na komodzie w przedpokoju stał jaskrawo niebieski plastikowy nocnik.

Zwykły, najtańszy.

— Oto, — powiedziała z dumą teściowa.

— Rzecz potrzebna.

Spodobał mi się, taki solidny.

Lida mrugnęła zdezorientowana, patrząc na Paszę.

Ten tylko wzruszył ramionami.

— Eee… dziękuję, Anno Pietrowno.

Ale przecież potrzebny będzie dopiero za… no, co najmniej siedem–osiem miesięcy.

A teraz może coś… na wypis ze szpitala, albo pieluchy?

— Na wypis kupicie sobie sami, macie specyficzny gust, — ucięła teściowa.

— A nocnik to rzecz potrzebna.

I tak się przyda, po co czekać?

W drodze do domu Lida nie wytrzymała:

— Pasz, to jakiś żart?

Nocnik dla noworodka?

Ona mówi poważnie?

— Daj spokój, Lid.

Taka już jest.

Praktyczna.

Typ „wszystko do domu”.

Nie bierz tego do głowy, najważniejsze, że łóżeczko jest.

Wypis ze szpitala był szybki i rzeczowy.

Rodzice przyjechali, wręczyli bukiety, zrobili zdjęcia przy wejściu.

Tema spał w rożku.

— Och, jaki nosek, — rzuciła mimochodem mama Lidy.

— No dobrze, jedźcie do domu, urządzajcie się.

My jeszcze musimy zdążyć na działkę, ogórki czekają.

— Nie wpadniecie do nas? — cicho zapytała Lida, przyciskając zawiniątko do piersi.

— Chociaż na herbatę… bliżej popatrzeć na Temę?

— Lidoczko, jeszcze się na niego napatrzymy, — wtrąciła Anna Pietrowna.

— Teraz musicie się sami przyzwyczaić.

Będziemy tylko przeszkadzać.

Odpoczywajcie.Odjechali.

Lida stała przy wejściu do klatki, patrzyła za ich samochodami i czuła się tak, jakby właśnie wysadzono ją na bezludnej wyspie.

Pierwsze dwa tygodnie minęły jak we mgle.

Tema pomylił dzień z nocą, Pasza wychodził o siódmej rano i wracał o dziewiątej wieczorem.

Lida kręciła się jak wiewiórka w kołowrotku: pranie, prasowanie, karmienie, próby przygotowania chociaż jakiejś kolacji.

Plecy bolały ją bez przerwy, a w lustrze widziała bladą kobietę z ciemnymi kręgami pod oczami.

Matki dzwoniły dwa razy w tygodniu.

— Cześć, jak się macie? Jak Tema? — pytała teściowa.

— Ciężko, Anno Pietrowno.

Boli go brzuszek, cały czas płacze.

Prawie nie śpię.

— No cóż, kochana, macierzyństwo to praca.

Trzeba wytrzymać.

Najważniejsze, żebyś trzymała się rytmu.

Dobrze, lecę, mam wizytę na manicure.

Matka nie była lepsza:

— Wszystko w porządku?

No to świetnie!

Dobra, pa.

Musimy jechać na działkę.

Nadeszła sobota.

Pasza, jedyny raz w tygodniu, został w domu.

Wziął syna, a Lida w końcu mogła wziąć kąpiel, a nie szybki prysznic.

Leżąc w ciepłej wodzie, po prostu płakała.

Z bezsilności.

Wszystkim jej koleżankom w pierwszych miesiącach, a nawet latach pomagali rodzice.

A czym ona jest gorsza?

Wyszła z łazienki i poszła do sypialni.

Mąż poszedł za nią.

— Lid, pomyślałem…

Może zaprosimy je jutro?

Obie.

Porozmawiamy jak ludzie.

Może po prostu nie rozumieją, jak bardzo jest nam trudno?

— Już rozmawiałam z mamą, Pasz.

Powiedziała: „sami urodziliście — sami wychowujcie”.

— No, może jeśli poprosimy razem, to zmiękną?

Powiemy, że nie potrzebujemy prezentów, tylko właśnie pomocy…

Lida pomyślała i się zgodziła.

Przebrała się i zadzwoniła najpierw do matki, a potem do teściowej.Niedzielny obiad wyszedł napięty.

Lida upiekła ciasto, choć ręce drżały jej ze zmęczenia.

Matki przyjechały jednocześnie i przywiozły jabłka.

Każda — dokładnie po cztery sztuki, jakby się umówiły.

— Ojej, jak tu teraz ciasno, — zauważyła mama Lidy, siadając do stołu.

— Lida, dawno wycierałaś kurz na szafie?

— Mamo, ja nie mam czasu wycierać kurzu, śpię po trzy godziny na dobę.

— Zła organizacja czasu, — stwierdziła Anna Pietrowna.

— Pasza, dlaczego nie pomagasz żonie?

— Pracuję, mamo.

Na dwóch pracach, jeśli zapomniałaś.

Żeby płacić za to mieszkanie i utrzymać Lidę z synem.

— Wszyscy pracują, — wzruszyła ramionami teściowa.

— Dobrze, po co nas wezwaliście?

Lida głęboko odetchnęła i położyła ręce na stole.

— Mamy, bardzo potrzebujemy pomocy.

Właśnie pomocy, nie pieniędzy i nie prezentów.

Proszę, ustalcie grafik.

Choćby dwa razy w tygodniu po dwie godziny.

Ktoś przychodzi, wychodzi z Temą na spacer, a ja w tym czasie albo śpię, albo załatwiam sprawy.

Naprawdę sobie nie radzimy.

Babcie spojrzały na siebie.

— Lida, — odezwała się pierwsza jej matka.

— Już to omawiałyśmy.

Ja swoją normę wykonałam.

Wychowałam cię w latach dziewięćdziesiątych, kiedy nie było co jeść i ludzie prali w miskach.

I nikt do mnie nie przychodził!

Dlaczego teraz mam poświęcać swoje plany?

Mam basen, przyjaciółki, działkę…

— Ale to przecież wasz wnuk!

Jedyny! — wykrzyknęła Lida.

— Naprawdę w ogóle nie chcecie z nim pobyć?

Zobaczyć, jak się uśmiecha, jak rośnie?

— Popatrzymy na niego, kiedy podrośnie i będzie można z nim rozmawiać, — odezwała się Anna Pietrowna.

— A teraz co?

On tylko je i krzyczy.

Wy jesteście rodzicami.

To wasz obowiązek.

My swoje dzieci wychowaliśmy sami, nikt nam nie pomagał.

— Czyli jeśli wam było źle, to i mnie ma być źle? — uniosła się Lida.

— To taka rodzinna tradycja?

Przekazać pałeczkę cierpienia dalej?

— Nie bądź bezczelna, — powiedziała sucho matka.

— Kupiliśmy ci łóżeczko?

Kupiliśmy.

Przyjechaliśmy na wypis?

Przyjechaliśmy.

Czego jeszcze chcesz?

Żebyśmy się tu wprowadzili?

— Chcę, żebyście byli dziadkami!

Pasza położył rękę na jej ramieniu, próbując ją uspokoić.

— Mamo, ciociu Walio, mówicie poważnie?

Naprawdę aż tak wam wszystko jedno?

Przecież nie jesteśmy obcymi ludźmi…

— Pasza, nie przekręcaj, — Anna Pietrowna wstała.

— Kochamy was.

Ale mamy swoje życie.

Postanowiliście być dorośli — bądźcie nimi.

A pomoc… no, jeśli coś nagłego się wydarzy — zadzwońcie.

A tak — radźcie sobie.

Dobrze, Walio, chodźmy.

Bo spóźnimy się na autobus.Matka i teściowa wyszły, a Lida opadła na krzesło i wpatrywała się w nietknięte ciasto.

— Lid… — Pasza usiadł obok niej.

— Daj spokój.

Słyszysz?

Poradzimy sobie sami.

— Sami, — powtórzyła.

— Wiesz, co jest najstraszniejsze?

Oni przecież kiedyś się zestarzeją.

Im też będzie potrzebna pomoc.

Zastrzyki, lekarstwa, po prostu z kimś porozmawiać.

I co ja im wtedy powiem?

„Ja swoją normę wykonałam, wychowałam syna, a teraz mam basen”?

— My nie będziemy tacy jak oni, — powiedział stanowczo Pasza.

— Nigdy.

Mijały miesiące.

Tema rósł, zaczął raczkować, potem zrobił pierwsze kroki.

Lida przestała dzwonić do matki, żeby narzekać na zmęczenie.

W ogóle przestała dzwonić pierwsza.

Rozmowy stały się krótkie:

— Jak się macie?

— Dobrze.

— Jak Tema?

— Rośnie.

— No to pa.

— Pa.

A kiedy Temie skończyło się półtora roku, mama Lidy zadzwoniła w sobotni poranek.

— Lid, pomyśleliśmy tu z ojcem…

Może przywieziecie nam wnuka na weekend?

Pogoda jest dobra, jesteśmy na działce, świeże powietrze…

Lida spojrzała na Temę, który w tym momencie z zapałem budował wieżę z klocków.

— Nie, mamo.

Nie przywieziemy.

— Dlaczego?

Stęskniliśmy się.

— Stęskniliście się? — Lida uśmiechnęła się krzywo.

— Wiesz, jaki ma tryb dnia?

Co je?

Jakie bajki lubi przed snem?

Ostatni raz widziałaś go trzy miesiące temu, kiedy sami wpadliśmy do was na pół godziny.

— No i co?

Przecież też jesteśmy rodzicami, poradzimy sobie!

— Nie, mamo.

Nie poradzicie sobie.

Bo dziecko to odpowiedzialność, a nie zabawka.

To wy nam to przez półtora roku wpajaliście.

My urodziliśmy — my się zajmujemy.

To nasz syn.

A wy macie zasłużony odpoczynek.

Odpoczywajcie dalej.

Lida odłożyła słuchawkę i usiadła obok syna.

O co walczyli, na to trafili.

Wszystko uczciwie.

Teraz rodzice Paszy i Lidy są obrażeni: dlaczego nie dają im wnuka?

Już dorosły, samodzielny, chodzi do szkoły — najwyższy czas się nim zajmować!

Tylko że Lida i Pasza uważają inaczej.

Syn to ich odpowiedzialność i nie zamierzają jej na nikogo przerzucać.