— Zjeżdżaj do swojego tatusia,
kręcić ogony krowom!

Żeby za godzinę
was tu nie było!
Głos Kiryła
rozbrzmiewał po całym mieszkaniu
tak, że nawet szyby w kuchni
lekko zadźwięczały.
Mała Liza,
stojąca przy kanapie
z pluszowym zajączkiem,
drgnęła
i przytuliła się
do nogi matki.
Ola milczała.
Stała na środku pokoju
z dziecięcą kurtką w rękach
i patrzyła na męża
tak, jakby widziała go
po raz pierwszy.
— Słyszałaś, co powiedziałem? —
rzucił zirytowany Kirył.
— Czy w waszej wsi
uczą tylko muczeć?
Ola powoli się schyliła
i zapięła suwak
w kurtce córki.
— Liza, załóż czapkę.
— Mamusiu… —
szepnęła dziewczynka.
— Wszystko dobrze, słoneczko.
Kirył prychnął.
— Oczywiście, że dobrze.
Pojedziecie z powrotem
do swojego „bogactwa” —
do szop
i ziemniaków.
Podszedł do barku,
nalał sobie whisky
i zrobił duży łyk.
— W ogóle nie rozumiem,
jak mogłem się z tobą ożenić.
Ola nic nie odpowiedziała.
Trzy lata temu
też tego nie rozumiała.
Poznali się przypadkiem.
Ona przyjechała do miasta
na kursy księgowości.
Mieszkała u koleżanki
w małym pokoju.
Kirył wtedy pracował
jako menedżer w salonie samochodowym.
Miał drogi garnitur,
gładki uśmiech
i umiał pięknie mówić.
Zobaczył ją w kawiarni.
— Przepraszam,
czy mogę się dosiąść?
Ola speszyła się.
— Proszę.
Zamówił dwa cappuccino.
— Nie jesteś stąd, prawda?
— Nie. Jestem ze wsi.
Uśmiechnął się.
— Tak właśnie myślałem.
Masz… bardzo spokojne spojrzenie.
Ola się zarumieniła.
Tydzień później
zaprosił ją na kolację.
Po trzech miesiącach
oświadczył się.
Przyjaciółki mówiły:
— Ola, masz szczęście.
Miastowy, mieszkanie, samochód.
Ola wtedy wierzyła,
że to prawda.
Po ślubie
wszystko się zmieniło.
Najpierw trochę.
— Ola, nie zakładaj tej sukienki.
Jest zbyt wiejska.
— Ola, nie mów tak.
Od razu słychać,
że jesteś ze wsi.
— Ola, nie kompromituj mnie
przed znajomymi.
Starała się.
Uczyła się mówić inaczej.
Ubierać się inaczej.
Częściej milczeć.
Kiedy urodziła się Liza,
było jeszcze gorzej.
— Nie zamierzam siedzieć z dzieckiem, —
powiedział Kirył.
— Mam pracę.
Ola siedziała w domu.
Jej ojciec czasem dzwonił.
— Córeczko, jak tam u was?
— Wszystko dobrze, tato.
Nigdy nie mówiła prawdy.
Bo wiedziała:
jeśli się dowie — przyjedzie.
A tego Kirył
na pewno by nie wybaczył.
Ostatnia kłótnia
zaczęła się od drobiazgu.
Kirył wrócił do domu
zły.
— Gdzie jest obiad?
— Już podgrzewam…
— Już? —
uderzył dłonią w stół.
— Właśnie wróciłem z pracy!
Ola powiedziała cicho:
— Liza była chora,
byłam z nią u lekarza.
— I co z tego? —
warknął.
— Nie masz innych obowiązków?
Otworzył lodówkę.
— Znowu zupa?
Boże, czy ty w ogóle
umiesz gotować coś normalnego?
Liza cicho zapłakała.
Kirył gwałtownie się odwrócił.
— I przestań ryczeć!
Ola wzięła córkę na ręce.
— Nie krzycz na nią.
On się zaśmiał.
— A co mi zrobisz?
I wtedy Ola powiedziała:
— Kirył, musimy porozmawiać.
On przewrócił oczami.
— Tylko nie zaczynaj.
— Tak dalej nie można.
I wtedy wybuchł.
— Kim ty w ogóle jesteś?!
Wieśniara!
Żyjesz na mój koszt
i jeszcze stawiasz warunki!
Ola milczała.
— Myślisz, że bez ciebie zginę?
Takich jak ty są setki!
Machnął ręką na drzwi.
— Wynoś się do swojej wsi
gnój przerzucać!
Żeby za godzinę
was tu nie było!
Cisza po tych słowach
była straszniejsza
niż krzyk.
Ola tylko kiwnęła głową.
— Dobrze.
Kirył tego nie oczekiwał.
— Co?
Ola poszła do sypialni.
Po dwudziestu minutach
przy drzwiach stała
mała walizka.
Liza trzymała
swojego zajączka.
Kirył patrzył
z irytacją.
— I bardzo dobrze.
Posiedzisz u tatusia,
pomyślisz o życiu.
Ola spokojnie powiedziała:
— Pomyślę.
I wyszła.
Autobus do wsi
odjeżdżał późnym wieczorem.
Ola siedziała przy oknie,
przytulając śpiącą Lizę.
Światła miasta
powoli znikały.
W jej piersi
było dziwne uczucie.
Ból.
I jednocześnie ulga.
Napisała do ojca:
„Tato, możemy przyjechać?”
Odpowiedź przyszła niemal od razu.
„Córeczko, co się stało?”
Długo patrzyła na ekran.
Potem napisała:
„Po prostu trochę u ciebie pomieszkamy.”
Minutę później przyszła odpowiedź:
„Dom zawsze jest twój.”
Ola zamknęła oczy.
I po raz pierwszy od dawna
pozwoliła sobie płakać.
Kirył był pewien,
że wróci za tydzień.
Najwyżej za dwa.
Dokąd miałaby pójść?
Bez pracy.
Z dzieckiem.
Opowiadał znajomym w barze:
— Przybiegnie.
Jeszcze będzie przepraszać.
Śmiali się.
— Oczywiście, że wróci.
Ale minął tydzień.
Potem drugi.
Ola nie pisała.
Pewnego dnia
Kirył zadzwonił.
— No i co?
Wybawiłaś się?
— Nie.
— Kiedy wracasz do domu?
— Nie wrócimy.
Zaśmiał się.
— Daj spokój.
Ile tam wytrzymasz?
— Nie wiem.
— Jak ci się znudzi
doić krowy — zadzwoń.
Powiedziała cicho:
— Dobrze.
I się rozłączyła.
Kirył był pewien,
że się łamie.
Ale minęły jeszcze dwa miesiące.
I ona
nadal nie wracała.







