— Co za bzdury…
Na ekranie laptopa, który oświetlał kuchnię zimnym, niebieskim światłem, po raz

trzeci pojawiło się czerwone powiadomienie.
„Niewystarczające środki do wykonania operacji”.
Alina patrzyła tępo na migający kursor.
Czuła, jak w jej brzuchu, gdzieś pod żebrami, dziecko porusza się jak ciężki kamień.
Ósmy miesiąc nie był łatwy.
Puchły jej nogi.
Plecy bolały od każdego dłuższego siedzenia.
A teraz jeszcze ten głupi błąd banku.
Potarła skronie, próbując odpędzić zawroty głowy.
Odwróciła głowę w stronę męża.
Roman siedział naprzeciwko.
Leniwie przeglądał wiadomości w telefonie.
Przed nim stała filiżanka z niedopitą kawą.
Wyglądał całkowicie spokojnie.
Jakby świat wokół niego był zrobiony z miękkiej waty i stabilności.
— Rom, coś jest nie tak z kontem oszczędnościowym.
Powiedziała Alina, starając się mówić spokojnie.
— Próbuję zapłacić za dostawę łóżeczka i komody.
— Ale bank odrzuca płatność.
— Przelej mi dwieście tysięcy.
— Zamknę zamówienie, póki jeszcze jest zniżka.
Roman nie podniósł od razu głowy.
Powoli przesunął palcem po ekranie.
Wstrzymał oddech na sekundę.
Jak nurek przed skokiem do lodowatej wody.
I dopiero wtedy odłożył telefon.
W jego spojrzeniu nie było strachu ani winy.
Była tylko zmęczona stanowczość.
Jak u człowieka, który musi wyjaśnić trudne rzeczy dziecku.
— Nie mogę ci przelać pieniędzy, Alina.
Powiedział spokojnie.
— Konto jest puste.
Alina zamrugała.
Sens słów docierał do niej powoli.
Jak dźwięk przez wodę.
— Co znaczy puste?
Odwróciła się do niego całym ciałem.
Krzesło skrzypnęło pod nią.
— Tam było osiemset pięćdziesiąt tysięcy.
— Moje pieniądze z macierzyńskiego.
— Twoja premia.
— Wszystko, co odkładaliśmy pół roku.
— Gdzie to jest?
— Ktoś nas okradł?
— Nikt nas nie okradł.
Roman wziął filiżankę.
Upił łyk zimnej kawy.
— Ja przelałem te pieniądze.
— Jana dostała potwierdzenie.
— Central Saint Martins.
— Wiesz, że marzyła o tym od dziewiątej klasy.
— Terminy się kończyły.
— Trzeba było zapłacić pierwszy semestr i akademik.
— Inaczej straciłaby miejsce.
W kuchni zapadła cisza.
Lodówka buczała.
Za oknem jechały samochody.
Ale dla Aliny wszystko to zniknęło.
Został tylko on.
Siedzący naprzeciwko niej.
Mówiący o Londynie jak o zakupie chleba.
— Oddałeś pieniądze na studia?
Zapytała cicho.
Palce jej zmarzły.
— Wszystkie pieniądze?
— Rom, rodzę za trzy tygodnie.
— Nie kupiliśmy nic.
— Tylko pieluchy.
— Umawialiśmy się.
— Łóżeczko.
— Wózek.
— Umowa z porodówką.
— O czym ty myślałeś?
— Myślałem o przyszłości mojej córki.
Roman odpowiedział ostro.
W jego głosie pojawiła się surowość.
— Alina, zrozum.
— To Londyn.
— To szansa raz w życiu.
— Jana jest utalentowana.
— Nie mogłem pozwolić, żeby zmarnowała się tutaj.
— Na jakimś kierunku zarządzania.
— Tylko dlatego, że musimy kupić kolejną stertę plastiku.
— Stertę plastiku?
Alina wstała.
Ciężki brzuch jej przeszkadzał.
Ale złość dodała jej siły.
— Nazywasz rzeczy dla naszego syna plastikiem?
— Gdzie mam go położyć?
— Do pudełka po butach?
— Czym go nakarmię, jeśli nie będę mieć mleka?
— Ty w ogóle rozumiesz, ile kosztuje dziecko?
Roman skrzywił się.
Jakby bolał go ząb.
— Nie dramatyzuj.
— Niemowlęciu wszystko jedno.
— Teraz ludzie oddają rzeczy za darmo.
— Wejdź na ogłoszenia.
— Wózki, wanienki…
— Używają kilka miesięcy i sprzedają za grosze.
— Po co nam nowy wózek za sto tysięcy?
— Można kupić używany za pięć.
— To tylko pokazówka, Alina.
— A edukacja Jany to inwestycja.
Mówił to z przekonaniem.
Z absolutną pewnością.
Jakby miał rację.
Alina poczuła, że chce go uderzyć.
Nie w twarz.
Czymś ciężkim.
W tę jego pewność.
— Czyli tak teraz żyjemy.
Powiedziała powoli.
Opierając się o stół.
— Dokładnie tak.
— Zapłaciłeś za studia swojej córki w Londynie, a mnie proponujesz kupić wózek na OLX, bo budżet się skończył?
— „Tam prestiż, a tu jakoś przetrwamy”?
— Nie zamierzam pozbawiać mojego dziecka wszystkiego przez twoje ambicje!
— Dla nas jesteś bankrutem, a dla nich milionerem?
— Wynoś się z mojego domu!
— Po co przesadzasz?
Roman westchnął.
Jakby rozmowa była dla niego ciężarem.
— Jana to moja córka.
— Odpowiadam za nią.
— Ma dziewiętnaście lat.
— To początek życia.
— A nasz maluch potrzebuje tylko ciepła i mleka.
— Damy radę.
— Dostanę wypłatę w przyszłym miesiącu.
— Kupimy minimum.
— Trzeba ustalić priorytety.
— Priorytety?
Alina się uśmiechnęła.
Ten uśmiech był zimny.
— Ukradłeś pieniądze swojemu nienarodzonemu synowi.
— Żeby twoja była żona mogła się chwalić.
— Że jej córka studiuje w Anglii.
— Pytałeś mnie o zdanie?
— To były też moje pieniądze.
— Moje!
— Oddam ci twoje pieniądze!
Roman podniósł głos.
Stracił kontrolę.
— Czemu liczysz każdy grosz?
— Jesteśmy rodziną czy firmą?
— Podjąłem decyzję.
— Męską decyzję.
— Nie będę odbierał dziecku przyszłości przez twoje wymysły!
— Przestań z tym patosem.
Roman machnął ręką.
— Przejdzie ci.
— Urodzimy.
— Wychowamy dziecko.
— I będziemy się z tego śmiać.
— Pochodzi w używanych rzeczach kilka miesięcy.
— Nic mu się nie stanie.
— Za to siostra będzie miała europejski dyplom.
— Powinnaś być dumna.
— A nie robić sceny.
— Sceny?
Alina wyprostowała się.
Brzuch się napiął.
Skóra piekła.
Ale w środku zrobiło się zimno i jasno.
— Jeśli uważasz, że zostawienie żony bez pieniędzy przed porodem to powód do dumy…
— To nie mamy o czym rozmawiać.
— I co zrobisz?
Roman skrzyżował ręce.
Patrzył na nią z góry.
— Zabronisz mi spać w sypialni?
— Nie.
Alina podeszła do okna.
Otworzyła je gwałtownie.
Do środka wpadło zimne powietrze.
— Wynoś się z mojego domu.
— Co?
Roman zakrztusił się.
— Mówisz poważnie?
— Przez pieniądze?
— Wynoś się.
— Z.
— Mojego.
— Domu.
Powiedziała wyraźnie.
Odwróciła się do niego.
W jej oczach nie było łez.
Tylko stal.
— Spakuj swoje rzeczy.
— I wyjdź.
— Jedź do swojego Londynu.
— Albo do byłej.
— Gdzie chcesz.
— Ale za godzinę ma cię tu nie być.
Roman się nie ruszył.
Krzywo się uśmiechnął.
Znów sięgnął po telefon.
Jakby jej słowa były tylko irytującą muchą.
— Alina, przestań histeryzować.
Powiedział leniwie.
— Nie powinnaś się denerwować.
— Skoczy ci ciśnienie.
— Idź się połóż.
— Ja umyję naczynia.
— Pogadamy rano.
— Kiedy się uspokoisz.
— I przestaniesz mówić głupoty.
Alina nic nie odpowiedziała.
Przeszła obok niego.
Weszła do sypialni.
Po chwili rozległy się dźwięki.
Otwieranej szafy.
I głuchy stuk czegoś ciężkiego o podłogę.
Roman zesztywniał.
Odłożył telefon.
Powoli ruszył do pokoju.
Na środku leżała jego duża walizka.
Ta sama z wakacji.
Alina otwierała szafę.
Wyjmowała jego rzeczy.
Układała je.
I wkładała do walizki.
Spokojnie.
Bez krzyku.
Jak maszyna.
— Co ty robisz?
Roman stanął w drzwiach.
Poczuł chłód na plecach.
— Zostaw koszulę.
— Jest droga.
— Wyprasujesz ją gdzie indziej.
Odpowiedziała spokojnie.
Nie przestając.
— Albo poproś Marinę.
— Ona zrozumie twój „heroizm”.
— Niech zajmie się też twoim życiem.
— Zwariowałaś?!
Krzyknął.
Podbiegł do niej.
Próbował wyrwać ubrania.
— To też moje mieszkanie!
— Mieszkamy tu trzy lata!
— Nie możesz mnie tak wyrzucić!
Alina cofnęła się.
Ochroniła brzuch.
Jej spojrzenie stwardniało.
— Twoje mieszkanie?
Zapytała lodowato.
— To mieszkanie jest po mojej babci.
— Jesteś tu zameldowany?
— Nie.
— Włożyłeś pieniądze w remont?
— Nie.
— Po prostu tu mieszkałeś.
— Jak gość.
— I przestałeś płacić.
— A więc tak?
Twarz Romana poczerwieniała.
— Czyli byłem dla ciebie tylko lokatorem?
— A wszystkie te słowa o miłości i rodzinie to były kłamstwa?
— Wystarczyło, że pojawiły się trudności…
— Wystarczyło, że zachowałem się jak prawdziwy mężczyzna…
— I pomogłem córce…
— A ty pokazałaś swoją prawdziwą twarz!
— Wyrachowana…
— Interesowna…
— Przestań.
Przerwała mu Alina.
— To nie ja jestem interesowna.
— To ty jesteś.
— Rozwiązałeś swoje problemy moimi pieniędzmi.
— Kupiłeś sobie tytuł „Ojca Roku”.
— Okradając mnie i swoje dziecko.
— Chcesz być dobry dla tych, którzy cię odrzucili.
— A ignorujesz tych, którzy byli przy tobie.
— To nie są trudności.
— To zdrada.
— A ze zdrajcą nie mieszkam.
Rzuciła ubrania do walizki.
— Masz dziesięć minut.
— Jeśli nie wyjdziesz…
— Wyrzucę twoje rzeczy na śmietnik.
— I zrobię to z przyjemnością.
Roman patrzył na nią.
Zrozumiał, że nie żartuje.
Poczuł się obrażony.
Jak ofiara.
— Dobrze.
Powiedział przez zęby.
— Wyjdę.
— Ale pożałujesz.
— Wrócisz do mnie.
— Kiedy zrozumiesz, że sama nie dasz rady.
— Ale ja tego nie zapomnę.
Zaczął pakować rzeczy.
Chaotycznie.
Z hałasem.
Wrzucał wszystko do walizki.
Liczył, że go zatrzyma.
Ale ona nawet się nie odwróciła.
— Klucze na komodzie.
Powiedziała Alina.
Roman rzucił je z hukiem.
Metal zadźwięczał.
— Jadę do Mariny.
— Tam wiedzą, czym jest wdzięczność.
— Jana mnie doceniła.
— Marina też doceni.
— A ty…
— Małostkowa i chciwa.
— Zostań ze swoimi wózkami.
— Żegnaj, Romanie.
Jej głos był spokojny.
Bez emocji.
Wyszedł.
Drzwi się zamknęły.
Zamek przekręcił się dwa razy.
Roman wyszedł na zewnątrz.
Zimne powietrze uderzyło go w twarz.
Telefon zawibrował w kieszeni.
Powiadomienie z banku.
Środki malały.
Mimo to zamówił taksówkę.
Klasa „Comfort Plus”.
Nie chciał wyglądać na przegranego.
Nie przed byłą żoną.
Pojedzie jak zwycięzca.
Jak wybawiciel.
Pewny, że go przyjmą.
— Nic…
Myślał, patrząc na światła.
— Pojadę.
— Wszystko jej wyjaśnię.
— Pośmiejemy się z tej kobiety.
— Zostanę kilka dni.
— Opłaciłem Londyn.
— Są mi coś winni.
Wsiadł do samochodu.
Podał adres.
Nie był tam od lat.
W jego głowie wszystko było jasne.
Wierzył, że kupił miłość.
Za pieniądze.
Taksówka zatrzymała się przy budynku.
Z ogrodzeniem.
Wysiadł.
Wyjął walizkę.
Podszedł do wejścia.
Wpisał kod.
Drzwi się otworzyły.
Jakby na niego czekały.
W windzie spojrzał w lustro.
Poprawił włosy.
Wyglądał na zmęczonego.
Ale pewnego siebie.
Zadzwonił do drzwi.
Przygotował uśmiech.
Usłyszał kroki.
Ciężkie.
Nie kobiece.
Drzwi się otworzyły.
Na progu stał obcy mężczyzna.
Zadbany.
Z jabłkiem w ręku.
— Kogo pan szuka?
Zapytał spokojnie.
— Mariny.
— Albo Jany.
— Jestem jej ojcem.
— A pan?
— Igor.
Odpowiedział.
— Marina!
— Twój były tu jest.
W głębi mieszkania pojawiła się Marina.
Miała na sobie jedwabny szlafrok.
Jej włosy były idealne.
Twarz spokojna.
Spojrzała na niego.
Bez ciepła.
— Roman?
— Co ty tu robisz o tej porze?
— Mamy gości.
— Chcę zobaczyć córkę.
Powiedział.
Spróbował wejść.
Igor się nie ruszył.
— Mów tutaj.
Powiedziała Marina chłodno.
— Jana się pakuje.
— Nie ma dla ciebie czasu.
Roman poczuł ból.
Stał w progu.
Jak obcy.
— Marina…
— Mamy problem.
— Z Aliną…
— Wyszedłem.
— Potrzebuję gdzieś się zatrzymać.
— Tylko na kilka dni.
— Pomyślałem, że skoro zapłaciłem za Londyn…
Marina się zaśmiała.
Krótko.
Spojrzała na Igora.
Z pogardą.
— Serio?
— Przyszedłeś z walizką?
— I liczysz, że cię przyjmę?
— Wyrzuciła cię ciężarna żona?
— I teraz chcesz kanapę?
— Oddałem wszystko dla naszej córki!
Krzyknął Roman.
— Nie mam nic!
— Zostałem bez pieniędzy!
— Nie zasługuję na pomoc?
Igor spojrzał na niego spokojnie.
Bez gniewu.
Z pogardą.
— Zapłacenie za dziecko to obowiązek.
— Nie bohaterstwo.
— Nie daje ci prawa do noclegu.
— To mój dom.
— Nie masz tu miejsca.
— Moja córka tu jest!
— Moja była żona tu jest!
— Była.
Podkreśliła Marina.
— Mamy swoje życie.
— I ty też.
— Myślałeś, że czekamy na ciebie?
— Jak na bohatera?
Roman zaczął się gubić.
Jego obraz się rozpadał.
— Pomogłem…
— Uratowałem…
— Jana tego chciała…
— Dałeś pieniądze dla własnego ego.
Powiedziała Marina.
— Chcesz wyglądać na ważnego.
— A zostawiłeś ciężarną żonę.
— To twój problem.
— Nas to nie obchodzi.
— I nie mieszaj w to Jany.
— Jana!
Krzyknął Roman.
— Wyjdź!
— Powiedz im!
— Nie krzycz.
Igor zrobił krok do przodu.
Lekko go odepchnął.
Roman się zachwiał.
— Powiedziano ci, żebyś wyszedł.
— To nie noclegownia.
— Jesteście… potworami.
Wyszeptał Roman.
Jego ręce drżały.
— Oddałem wszystko…
— Nie oddałeś swojego.
Powiedziała chłodno Marina.
— Oddałeś to, co należało do twojego dziecka.
— I oczekiwałeś wdzięczności?
— Jedź do hotelu.
— Albo na dworzec.
— Wynoś się.
Dodał Igor.
Drzwi się zamknęły.
Dźwięk odbił się echem.
Roman został sam.
Na pustym korytarzu.
Uderzył pięścią w ścianę.
Ból był niczym.
W porównaniu z upokorzeniem.
Nie odszedł.
Nie mógł się ruszyć.
Jakby przyrósł do podłogi.
— Jana!
Znowu nacisnął dzwonek.
— Wyjdź!
— Zostałem bez niczego!
Drzwi uchyliły się.
Pojawiła się Jana.
Z telefonem w ręku.
Jej spojrzenie było zimne.
— Czemu krzyczysz?
— Jest późno.
— Wezwą policję.
— Jana…
— Alina mnie wyrzuciła.
— Nie mam gdzie iść.
— Pozwól mi zostać.
— Choćby w kuchni.
Jana westchnęła.
Przewróciła oczami.
— Nie da się.
— Mam wszędzie rzeczy.
— Jutro impreza.
— Mama jest zdenerwowana.
— Po co jej powiedziałeś prawdę?
— Mogłeś skłamać.
Roman zamarł.
— Oddałem wszystko dla ciebie!
— Osiemset tysięcy!
— Zostawiłem dziecko bez niczego!
— Nie rób z siebie ofiary.
Powiedziała Jana.
— To twój obowiązek.
— Nic ci nie jesteśmy winni.
— A tych pieniędzy i tak mało.
— Muszę oszczędzać.
— Zostałem na ulicy…
Wyszeptał Roman.
— Nie żal ci mnie?
Jana spojrzała na niego.
Chłodno.
— To twój wybór.
— Sam stworzyłeś swoje życie.
— Sam rozwiązuj swoje problemy.
— Idź do hostelu.
Igor pojawił się obok niej.
Położył rękę na jej ramieniu.
— Koniec.
— Idź do środka.
— A ty znikaj.
— Albo cię wyrzucę.
— Jana!
Krzyknął ostatni raz.
Nie odwróciła się.
Drzwi zamknęły się.
Na zawsze.
Roman został sam.
Zszedł powoli na dół.
Wyszedł na zewnątrz.
Usiadł na ławce.
Nie czuł zimna.
Wyjął telefon.
Wiadomość z banku.
„Brak środków”.
Otworzył czat z Aliną.
Nie było zdjęcia.
Nie było statusu.
Zadzwonił.
Odrzucono.
Jeszcze raz.
Znowu.
— Abonent niedostępny.
Opuścił telefon.
Spojrzał na okna.
Światło tylko w jednym pokoju.
Wyobraził sobie śmiech.
I pogardę.
Pomyślał o Alinie.
Samej.
W ciemności.
Nienawidziła go.
Myślał, że kupuje miłość.
A kupił samotność.
Siedział nieruchomo.
Z walizką obok.
Z dwustoma rublami w kieszeni.
I córką w Londynie.
Która nie wpuściła go do domu.
Zamknął oczy.
W środku była pustka.
Dostał to, za co zapłacił.







