— Zaraz pokażę chłopakom, jak trzeba ustawiać babę!

Z tymi słowami wywrócił na mnie talerz.

— Sama żryj tę breję — skrzywił się Giena.

Talerz z gorącym rassolnikiem nie po prostu się przewrócił.

Odepchnął go od siebie ze złością, a tłusta ciecz z kaszą pęczak chlusnęła prosto na mój domowy welurowy komplet.

Kawałek kiszonego ogórka pacnął mnie w obojczyk, a bulion poparzył skórę przez materiał.

Ktoś z jego czterech kolegów, siedzących w mojej kuchni z piwem, nerwowo stuknął widelcem o brzeg salaterki.

Nikt nie powiedział ani słowa.

Giena odchylił się na oparcie krzesła, dłubiąc wykałaczką w zębach.

— No co tak zamarłaś, Toma?

Idź się przebrać i pokrój porządnie kiełbasę, chłopaki czekają na zakąskę.

Zawsze włazisz pod rękę, kiedy ludzie odpoczywają.

Nie krzyczał.

I właśnie w tym rzecz, że powiedział to zwyczajnie, z leniwą wyższością.

To właśnie ta absolutna pewność własnej racji uderzyła mnie mocniej niż gorąca zupa.

Byliśmy małżeństwem od trzech lat.

Do mojego przestronnego trzypokojowego mieszkania w bloku z wielkiej płyty, kupionego jeszcze w latach dwutysięcznych, Giena wprowadził się z jedną sportową torbą i wielkimi pretensjami do życia.

Na początku był cichy, przyglądał się.

Potem zaczął się „urządzać”.

Tu krzywo przybił półkę, tam wziął na kredyt większy telewizor.

I niepostrzeżenie dla samego siebie uznał, że pieczątka w paszporcie daje mu pakiet kontrolny nad moim życiem i moim terytorium.

Strzepnęłam pęczak z piersi.

Odwróciłam się i poszłam do łazienki.

Zmywając tłustą plamę pod zimną wodą, patrzyłam w lustro.

Mam 52 lata.

Jestem główną księgową, mam dorosłą córkę z pierwszego małżeństwa, mieszkającą w innym mieście, i całkiem niezłą poduszkę finansową.

Po jaką cholerę znoszę we własnym domu tego przybłędę, który postanowił pobawić się w patriarchalnego pana na mój koszt?

Przebrałam się w dżinsy, wzięłam kluczyki do samochodu i bez słowa wyszłam na korytarz.

— O, obraziła się! — dobiegło z kuchni wśród rechotu jego kumpli.

— Niech się przewietrzy, babom to dobrze robi!

Giena myślał, że pojechałam do koleżanki połykać łzy.

A ja pojechałam do sklepu budowlanego.

Po nowe zamki i grube, 120-litrowe worki na śmieci.

Szeleściły, czarne, nieprzezroczyste.

Weekend mąż spędził u swojej matki — wyjechał w sobotę rano, dumnie trzaskając drzwiami, postanawiając urządzić „wychowawczą przerwę”.

Ja wykorzystałam tę przerwę z maksymalnym pożytkiem.

W poniedziałek wieczorem na klatce schodowej rozległo się zamieszanie.

Klucz bezskutecznie zgrzytał w nowej wkładce zamka.

Potem pięść uderzyła w stalowe obicie drzwi.

— Toma!

Co to za cyrk?!

Otwieraj! — darł się mąż.

Przekręciłam zasuwkę i pociągnęłam drzwi do siebie.

Od razu uderzył mnie w nos zapach taniego tytoniu i wczorajszego przepicia.

Na progu stał Giena, a za jego plecami majaczyła Taisija Karpowna — moja teściowa, która mieszkała trzy przystanki od nas i najwyraźniej przyplątała się za synkiem, żeby dopilnować, jak dobrze będę go przepraszać.

Giena otworzył usta, żeby wyrzucić z siebie kolejną porcję przekleństw, ale słowa utknęły mu w gardle.

Za mną, leniwie opierając się o framugę, stał kapitan Smirnow.

Nasz dzielnicowy.

Jeszcze w porze obiadowej podjechałam do jego punktu i napisałam oświadczenie, że były konkubent ma agresywne usposobienie i potrzebuję obecności policji przy przekazywaniu jego rzeczy, aby uniknąć zniszczenia mojego mienia.

— Dobry wieczór — powiedział obojętnie Smirnow, poprawiając kaburę.

— Mamy tu spór cywilnoprawny.

W celu uniknięcia naruszeń prawa proszę bez używania rąk.

Zabieracie swoje mienie i opuszczacie klatkę schodową.

Przy moich nogach ciasnymi rzędami stało sześć wypchanych czarnych worów.

Giena zamrugał niezrozumiale.

— Jakie mienie?

Jaka klatka?!

Jesteśmy małżeństwem!

Spróbował zrobić krok do przedpokoju, ale Smirnow nawet nie ruszył się z miejsca, tylko ciężko spojrzał na niego spod brwi.

— Toma, zwariowałaś? — głos męża nagle się załamał.

— Połowa mieszkania jest moja!

Robiłem remont, kupowałem płytki do łazienki!

Pójdę do sądu!

Oparłam się o ścianę i z pewną mściwą satysfakcją obserwowałam, jak spływa z niego piątkowa buta.

— Idź, Giena.

Sąd to świetne miejsce — odpowiedziałam spokojnie.

— Tylko że prawnik dziś rano długo śmiał się z twojego „remontu”.

Mieszkanie jest sprzed małżeństwa.

Żeby sąd uznał je za majątek wspólny, musiałbyś zrobić z niego pałac, podwajając jego wartość.

A paragony za tandetne płytki, które kupiłeś z mojej karty kredytowej, możesz sobie wsadzić do kieszeni.

Wyciągi bankowe mam przy sobie.

— Jestem tu zameldowany! — wypluł swój ostatni argument.

— Tymczasowa rejestracja została anulowana wczoraj przez Gosuslugi.

Pozew rozwodowy wysłany listem poleconym.

Jedyne, co kupiłeś tu sam za własne pieniądze, to szczotka do toalety.

Jest w trzecim worku od lewej.

Możesz sprawdzić.

Wtedy do akcji wkroczyła teściowa.

Taisija Karpowna przecisnęła się do przodu, z obrzydzeniem zerkając na dzielnicowego.

— Tomoczko, czy ty jesteś przy zdrowych zmysłach? — zaśpiewała swoim firmowym, miodowym głosikiem, w którym przebijała trucizna.

— Na stare lata zostaniesz sama!

No, chłop się uniósł, komu się nie zdarza?

Po co się kompromitować i wciągać w to policję?

Kobieta powinna być mądrzejsza, wygładzać kanty…

Komu ty będziesz potrzebna po pięćdziesiątce?

Spojrzałam w wodniste oczy tej kobiety, która przez całe życie znosiła pijackie wybryki swojego męża i przyzwyczaiła syna do myśli, że kobieta to darmowa służąca bez prawa głosu.

— To pani go potrzebuje, Taisijo Karpowno.

Pani go tak wychowała, to pani niech go dalej dokarmia.

A kanty mam już dość wygładzać — od tego dorobiłam się osteochondrozy szyi.

Popchnęłam nogą najbliższy worek tak, że wytoczył się na klatkę schodową prosto pod buty Gieny.

— Wszystkiego dobrego.

Drzwi zatrzasnęły się.

Przekręciłam zamek na dwa obroty, a ten suchy metaliczny klik wydał mi się najpiękniejszą muzyką na świecie.

Smirnow chrząknął, poszedł do kuchni pisać notatkę o braku roszczeń, a ja po raz pierwszy od dawna poczułam, jak lekko oddycha się we własnym mieszkaniu.

Wiecie, co mnie dziwi?

Kiedy opowiedziałam tę historię koleżankom w pracy, dwie rówieśniczki zaczęły kręcić głowami.

Mówiły, że nie warto było ciąć z ramienia, że samotność jest straszna, że spodnie w domu to jednak oparcie.

A ja powiem wam tak: jeśli pozwolisz mężczyźnie raz wytrzeć o siebie nogi, jutro wniesie do domu błoto z całego podwórka.

Straszne nie jest zostać samą w wieku 52 lat.

Straszne jest w wieku 52 lat spierać z ubrania zupę, usłużnie kroić kiełbasę bezczelnym darmozjadom i przekonywać samą siebie, że to właśnie jest ta słynna kobieca szczęśliwość.